Zmartwychwstanie 2018

Zmartwychwstanie 2018

Jest Wiel­ka Sobo­ta i cze­ka­my na cud. Kil­ka lat temu też cze­ka­łem na cud. Ci, co sie­dzą w blo­gos­fe­rze nie pierw­szy rok, pamię­ta­ją, co wywi­ną­łem i wie­cie co? Było war­to.

W tym roku znów nie czu­ję Świąt. Jestem gdzieś na bocz­nym torze tych wszyst­kich wyda­rzeń i nie potra­fię cie­szyć się tymi mały­mi szcze­gó­ła­mi, czy­li pisan­ka­mi, baran­ka­mi i atmos­fe­rą ocze­ki­wa­nia na cud. Wie­rzę w Boga i to nie jest tak, że odsze­dłem od Kościo­ła, ale jak już pisa­łem, jestem wkur­wio­nym kato­li­kiem i póki co, to się nie zmie­ni­ło. Sta­łem się rosz­cze­nio­wy wobec Kościo­ła jako wspól­no­ty i jeśli czu­ję mini­mal­ny dys­kom­fort, ucie­kam. Dla­te­go nie usta­łem w wiel­kiej kolej­ce do spo­wie­dzi w Noc Kon­fe­sjo­na­łów, czy­li Wiel­ki Pią­tek. Czy czu­ję się grzesz­ni­kiem? Jasne, że tak. Czy mi to cią­ży? Jasne, że tak. Czy na ten moment jestem w sta­nie coś z tym zro­bić? Nie­ste­ty nie. Pójść i wyspo­wia­dać się to pro­ści­zna. Gorzej z życiem póź­niej, po spo­wie­dzi, bo zobo­wią­zać się do cze­goś, a póź­niej ze skru­chą liczyć na wyba­cze­nie, że się tego nie dotrzy­ma­ło, to nie w moim sty­lu. Może chcę być zbyt dosko­na­ły, dla­te­go trud­no mi się idzie do i odcho­dzi od kon­fe­sjo­na­łu.

Blogosfera jak konfesjonał

Mia­łem tu taki czas, w któ­rym robi­łem moją Waż­no­bu­rzę. Jak wte­dy czu­łem, tak robi­łem. Obra­zi­łem wie­le osób, gry­złem i kąsa­łem na każ­dym kro­ku. Pró­bo­wa­łem obni­żyć war­tość tek­stów, fil­mów i innych ele­men­tów, z któ­rych korzy­sta się w blo­gos­fe­rze, przed­sta­wia­jąc sie­bie jako nie­do­ce­nio­ne­go blo­ge­ra. Kie­ro­wa­ła mną chęć szyb­kie­go zdo­by­cia popu­lar­no­ści i może tro­chę jak Komi­nek, chcia­łem wypły­nąć na kon­tro­wer­sji, tyl­ko on wyzy­wał mar­kę Dr Oet­ker, a ja żywych ludzi, więc prze­kro­czy­łem wszel­kie gra­ni­ce, któ­re pozwa­la­ły mi być postrze­ga­nym jako war­to­ścio­wy, trans­pa­rent­ny, uczci­wy blo­ger, cie­szą­cy się zaufa­niem publicz­nym. Dziś patrzę na ten czas z per­spek­ty­wy 4 lat i widzę jak wie­le się zmie­ni­ło. Wte­dy chcia­łem potrak­to­wać blo­gos­fe­rę jako swo­isty kon­fe­sjo­nał, w któ­rym wyznam wszyst­kie swo­je grze­chy, więc rani­łem innych ludzi, któ­rzy mi zaufa­li i rani­łem w rezul­ta­cie sie­bie. Mia­łem swo­ją rze­szę Czy­tel­ni­ków, mia­łem zawsze wie­le komen­ta­rzy pod posta­mi i tak bar­dzo szcze­rze, to tęsk­nię za tą moją publicz­no­ścią, któ­ra prze­ści­ga się reak­cjach na moje tek­sty. Cza­sem wyda­je mi się, że stra­ci­łem tę ostrość pió­ra, któ­rą mia­łem wte­dy. Ale po takiej reflek­sji patrzę na mój blog i kolej­ne tek­sty poja­wia­ją­ce się sto­sun­ko­wo czę­sto, i widzę, że nie jest źle. Musz­kie­ter nie jest stra­co­ny, choć nie wie­rzy­łem, że kie­dy­kol­wiek znów zacznie tu pisać. Wie­lu z Was nie wie­rzy­ło, że wró­cę po tak dużej kata­stro­fie wize­run­ko­wej. Dziś już o niej nie myślę tak czę­sto, ale cią­gle co jakiś czas odzy­wa­ją się echa tam­tych ciem­nych dni. Chcę wró­cić w sio­dło i tyl­ko to się liczy. Poja­wia­ją się nowi Czy­tel­ni­cy, któ­rzy może mniej komen­tu­ją, ale są ze mną. I jakoś sta­ram się nie przej­mo­wać, że na fra­zę "musz­kie­ter" lądu­ję na czwar­tej stro­nie w Google. Potrze­ba cza­su i pra­cy, żeby znów polu­bił mnie inter­net. Trze­ba cza­su, żeby znów mi zaufa­no.

Zmartwychwstanie blogera i człowieka

Cze­kam spo­koj­nie do jutra, żeby w każ­dej Świą­ty­ni zabrzmia­ło "zwy­cięz­ca śmier­ci, pie­kła i sza­ta­na, wycho­dzi z gro­bu dnia trze­cie­go z rana". Dziś świę­ci­łem jaj­ka i widzia­łem z jaką bru­tal­no­ścią nie­któ­rzy para­fia­nie pcha­li się ze swo­ją świę­con­ką, żeby obe­rwać desz­czem wody świę­co­nej. Jed­na kobie­ta nie­mal mnie nie stra­to­wa­ła. Potrze­bu­je­my sym­bo­li, a ta pani, któ­ra nie zdą­ży­ła powie­dzieć "prze­pra­szam", potrze­bu­je ich z pew­no­ścią bar­dziej. Naj­go­rzej, że w tym amo­ku cią­gnę­ła za sobą paro­let­nie dziec­ko. Mówi­łem już, że nie czu­ję tych Świąt? Nie czu­ję też takie­go pato­lo­gicz­ne­go zacho­wa­nia. Na szczę­ście widzia­łem i spo­koj­niej­sze rodzi­ny, któ­re cie­szy­ły się z tego zim­ne­go prysz­ni­ca. Jak sam ksiądz powie­dział - kto się boi wody świę­co­nej, to kon­fe­sjo­nał cze­ka ze spo­wie­dzią - i lał zapa­mię­ta­le kro­pi­dłem. Na moment poczu­łem, że nie ma pato­su i tego wiel­kie­go obu­rze­nia na żar­ty z Wiel­kiej­no­cy, a jaja nie są naj­waż­niej­sze, bo rów­nież są jedy­nie sym­bo­lem nowe­go życia.

W blo­gos­fe­rze byłem tą panią z dziec­kiem i wyla­łem to dziec­ko z kąpie­lą. Dziś znów piszę jako Musz­kie­ter. Nie uży­wam tej ksyw­ki, bo teraz to bar­dziej nazwa blo­ga, miej­sca prze­peł­nio­ne­go think­sty­lem, w któ­rym cią­gle szu­kam ludzi myślą­cych. Robię retro­spek­ty­wę i widzę jak bar­dzo zmie­ni­ła się moja wia­ra w suk­ces i co tak napraw­dę on zna­czy. Tu mogę się wyży­wać inte­lek­tu­al­nie i być sobą. W realu teraz też, bo od kil­ku mie­się­cy uzna­łem, że chcę zmie­nić swo­je życie i być może dla­te­go znów odblo­ko­wa­łem się na pisa­nie. Pamię­tam jak pisa­łem tekst o zakoń­cze­niu dzia­łal­no­ści Musz­kie­te­ra i jak cięż­ko mi było roz­sta­wać się z tym całym dobro­dziej­stwem inwen­ta­rza. Wte­dy gło­sy z zewnątrz były podzie­lo­ne. Pisz pod swo­im dotych­cza­so­wym szyl­dem i olej całą resz­tę. Albo otwórz nowy blog i zrób nowe roz­da­nie. Wie­dzia­łem, że chcę być czę­ścią tego zja­wi­ska i cią­gle czu­ję, że jestem.

Mało blo­ge­rów zna to miej­sce, ale jako blo­ger czu­ję się, jak gdy­bym tak tro­chę zmar­twych­wstał, a wszyst­ko zaczę­ło się od tego, że chcia­łem obu­dzić się do życia w rze­czy­wi­sto­ści. Prze­sta­łem kła­mać, uwol­ni­łem się od wie­lu lat ciszy w kil­ku tema­tach i znów zaczą­łem oddy­chać świe­żym powie­trzem zmian. Wresz­cie noszę spodnie, któ­re mi się podo­ba­ją, golę wło­sy u jed­nej fry­zjer­ki w taki spo­sób, któ­ry do mnie prze­ma­wia. Zeszły ze mnie ogra­ni­cze­nia, któ­rych źró­dło było we mnie w środ­ku. Wycią­gną­łem je wresz­cie na wierzch i poczu­łem się wol­ny. Czu­ję się sobą, a to naj­cen­niej­sze, co odbie­ram jako moje mini-zmar­twych­wsta­nie, bo grzesz­ny czas ciem­no­ści postrze­gam jako śmierć. Mam nadzie­ję, że pój­dę jesz­cze dalej, ale teraz cisza. Cze­kam i pra­cu­ję na wię­cej.

***

Życzę Wam na ten czas odro­dze­nia wia­ry w cuda, przede wszyst­kim miej­sca, gdzie będzie­cie czuć się jak w domu, ludzi, któ­rzy zapeł­nią to miej­sce życz­li­wo­ścią i rado­ścią, wyzwań, któ­re potwier­dzą Waszą war­tość i odwa­gę, a tak­że skrom­ne­go okrusz­ka miło­ści, któ­rej udzie­la Pan Bóg w posta­ci Jezu­sa Chry­stu­sa. Niech Wasze domy będą goto­we przy­jąć to, co naj­mniej­sze, bez­bron­ne, ulot­ne i naj­pięk­niej­sze. Jak chwi­le, któ­re sobie poświę­ca­cie, bo w Świę­ta naj­wspa­nial­szym pre­zen­tem, czy to przy­nie­sio­nym przez Św. Miko­ła­ja czy tam Króliczka/​Zajączka/​Whatever jest obec­ność. Tak, obec­no­ści życz­li­wych ludzi życzę Wam naj­bar­dziej.

Weso­łe­go Alle­lu­ja!