Zbyt duże nadzieje – Bruce Springsteen, płyta High Hopes

Zbyt duże nadzieje – Bruce Springsteen, płyta High Hopes
Ocena3.5
  • Muzyka
  • Teksty
  • Kreatywność
  • Technika

Boss szefuje już 54 lata (!), a wiosen mu nie przybywa. Nadal aktywnie działa na scenie muzycznej i tego podważyć nie można. Wydaje mi się, że doszedł do momentu, gdy zaczyna używać metkownicy. Średnia płyta z naklejką Bruce Springteen nie jest niestety arcydziełem z automatu.

Podziwiam, ale nie dam się pokroić

Bruce Springsteen to zdecydowanie jeden z dinozaurów muzyki rockowej, który nie bez powodu nazywany jest Bossem. Kto nie zna utworu Streets of Philadelphia, niech się nawet nie przyznaje i odrobi zadanie domowe.

Za ten utwór z 1993 roku otrzymał Oscara. Gdy dzisiaj słucham jego nowej płyty – High Hopes, nie czuję, że minęło 20 lat. Boss brzmi ciągle tak samo, choć może nawet nieco szlachetniej, ale w tej kwestii wiek akurat działa na jego korzyść. Przesłuchałem całą płytę w oczekiwaniu na… Sam nie wiem na co. Względem Bruce’a zawsze ma się jakieś oczekiwania. Jest melodyjnie, jest piosenkowo, jest przejmująco, jest dobrze. To dobrze jednak nie przekłada się na super, świetnie, rewelacja. Nie jestem wielkim fanem Bossa, ale może dlatego, że ma swój od lat niezmienny styl – byłem przygotowany na coś więcej niż odcinanie kuponów. Nazwa płyty sugeruje wielkie nadzieje. Niestety, zbyt wielkie i niespełnione.

Lepiej nie będzie?

Czepiam się i to aż za bardzo. Muzyka Bossa na High Hope przecież jest zrobiona całkiem zgrabnie. Brakuje mi jednak w niej tego czegoś. Nie potrafię określić owego czynnika X. Bruce Springsteen zawsze go przecież miał. Utwory brzmią podobnie do tych zwykle słyszanych na jego płytach, ale jak tamte mnie hipnotyzowały, tak te mnie nudzą. Nie wymagam rewolucji i nie oczekuję, aby Boss nagle zaczął rapować i grać na skrzypcach. Przy tej płycie jednak miałem nadzieję na strzał, na ruch w jakichś nieznanych kierunkach, mini-eksperymenty osadzone w tradycji poprzednich dokonań. Dostałem za to prostą, ale dobrą perkusję, przewidywalną gitarę, wkurzające po pewnym czasie chórki, piekielnie wyciągnięte na wierzch tamburyno i dużo, duuużo, duuuuuużo wszystkiego naraz. Apogeum przegięcia z misz-maszem jest utwór Heaven’s Wall. Za każdym razem, gdy uruchamia się w playerze, szybko szukam przycisku NEXT, żeby się uchronić przed tym koszmarkiem.

Boss prawdopodobnie chciał dobrze, ale nie wyszło. Na szczęście jest kilka numerów, które poruszyły moje serce. Jeśli dziś miałbym typować utwory do Oscara, na pewno na liście znalazłby się cudowny społecznie zaangażowany American Skin (41 Shots) czy pięknie prowadzony w rytmie walca Hunter of Invisible Game. Te dwa klucze do mojego wnętrza otworzyły je na oścież tylko dlatego, że są to przemyślane i wspaniale prawdziwe kawałki muzyki. Takie zawsze smakują. Podobnie jak The Wall.

Czyżby Boss mógł nagrywać jedynie ballady? Może, ale na tej płycie właśnie one ratują moją nadzieję na to, że będzie lepiej. Po cichu liczę na poprawkę przy następnym krążku. Byle Bruce nie zaśpiewał mi wtedy Dream Baby Dream, bo na 100% nie dam mu kolejnej szansy.

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)