Zazwyczaj dochodzę sam

Zazwyczaj dochodzę sam

Kie­dyś usły­sza­łem, że jestem zbyt­nim indy­wi­du­ali­stą, by żyć w gru­pie. Oczy­wi­ście nie zga­dzam się z tym stwier­dze­niem. Dopó­ki gru­pa nie jest małym kół­kiem wza­jem­nej ado­ra­cji potra­fię w niej funk­cjo­no­wać.

O dochodzeniu słów kilka

Zawsze do wszyst­kie­go docho­dzi­łem sam. Mój brat zazwy­czaj za szyb­ko pró­bo­wał stwo­rzyć swo­je dzie­cię­ce pała­ce, a te jak dom­ki z kart roz­pa­da­ły się w czę­ści. Ja jestem inny. Każ­dą małą budow­lę w moim życiu wzno­si­łem klo­cek po kloc­ku, kawa­łek po kawał­ku, krok po kro­ku. Hoł­du­ję zasa­dzie, że nie ma dróg na skró­ty. Choć to wyświech­ta­ne porze­ka­dło, to ja się z nim w 100% zga­dzam.

Zasta­na­wiam się, czy rze­czy­wi­ście to jest dobra meto­da. W cza­sie, gdy ja się męczę i pocę, nie­raz muszę zro­bić krok w tył, by pójść dalej. Przy­glą­dam się jak ktoś z uśmie­chem na twa­rzy zakła­da żół­tą koszul­kę lide­ra, wyprze­dza mnie i po cwa­niac­ku zba­cza z dro­gi. Czu­ję się wte­dy jak zwy­kły fra­jer. Prze­cież było­by mi łatwiej, ale ja naiw­niak ide­ali­sta muszę się spo­cić, żeby poczuć war­tość wyko­na­nej pra­cy. Cza­sem chciał­bym mieć swo­je zasa­dy w dupie. Poważ­nie. Ale nie potra­fię. Do wszyst­kie­go muszę dojść sam, ze swo­imi zdol­no­ścia­mi i ogra­ni­cze­nia­mi. Wte­dy dopie­ro czu­ję, że poko­na­łem prze­szko­dy i tra­sę wła­ści­wie.

Napotkani przyjaciele (i wrogowie)

Naj­lep­szy­mi kom­pa­na­mi w dro­dze do celu są przy­ja­cie­le, ale i wro­go­wie. Chy­ba nie­raz bar­dziej cenię tych dru­gich, bo mnie inspi­ru­ją do (przeciw)działania. Przy­ja­cie­le są wspar­ciem. Przy nich mogę czuć się swo­bod­nie, być żenu­ją­co nud­ny, nie­ide­al­ny i roz­tar­gnio­ny. Oni i tak zosta­ną ze mną, bo łączy nas jed­no z naj­sil­niej­szych na świe­cie uczuć.

Gorzej z wro­ga­mi. Na praw­dzi­wych trze­ba sobie zasłu­żyć, a cza­sem i zapra­co­wać. Lubię, gdy są. Ich poziom zaawan­so­wa­nia jest indy­wi­du­al­ną mia­rą sza­cun­ku do same­go sie­bie. Hmmm... Może wróg to za dużo powie­dzia­ne? Bar­dziej traf­ne będzie nie-sprzy­mie­rze­niec. O tak, dużo lep­sze okre­śle­nie.

Po co wspo­mi­nam o jed­nych i dru­gich w kon­tek­ście docho­dze­nia? Taką praw­dę życio­wą odkry­wam cią­gle na nowo: do nicze­go nie docie­ram sam. Poma­ga­cie mi Wy, bez wzglę­du na to, czy podo­ba się Wam to, co robię, piszę i jak żyję. Nawet jak jeste­ście w opo­zy­cji do całe­go zja­wi­ska zwa­ne­go Musz­kie­ter, nie­świa­do­mie poda­je­cie mi dłoń (i idzie­cie mi na rękę). Zachwy­ca­cie mnie swo­ją róż­no­rod­no­ścią, pozio­mem inte­lek­tu­al­nym, gru­bo­ścią kla­pek zało­żo­nych na oczy, ale i kolo­ra­mi szkieł oku­la­rów, któ­re nosi­cie na przy­dłu­ga­wych nosach. Nakrę­ca­cie mnie jak budzik, któ­ry ma w pew­nym momen­cie gło­śno bić na alarm i obu­dzić śpią­cych. Będę dzwo­nił, spo­koj­na gło­wu­nia.

To dzię­ki Wam idę po swo­je, a na całe szczę­ście osią­gnę je bez żad­ne­go pro­ble­mu i przy­jem­nie się przy tym zmę­czę. Buzia­ki.

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Share on LinkedIn0Tweet about this on Twitter