Wyświechtany konkret czy piękno niedopowiedzeń

Wyświechtany konkret czy piękno niedopowiedzeń

O gustach się dyskutuje, mimo tego, że każdy ma swój. W sztuce operuje się różnymi środkami stylistycznymi i nie będę się wymądrzał, że się na tym znam. Jestem odbiorcą, a on jest zawsze najważniejszy.

Nie znam się na kulturze tak jak Marysia Organ. Nie mam kilku fakultetów z dziedzin stricte i około kulturalnych. Nie uczestniczę w bujnym życiu kulturalnym jak Magda Stępień. Czytam za mało prozy, za mało wierszy. Nie za dużo oglądam (wprost przeciwnie do Dawida Adamka i Jacka Napory) i nie za dużo słucham, choć jestem częstym bywalcem koncertów. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłem w teatrze (a może w ogóle nie byłem?), więc pewnie nie dogadałbym się z Dawidem Mlekickim. Nisza w wersji multi to dla mnie zbyt daleko idąca alternatywa wobec mainstreamu, w którym pewnie nigdy nie poczuję się tak źle jak Kajetan Obarski.

Istnieję w przestrzeni kulturalnej głównie jako widz, słuchasz, czytelnik. Po prostu odbiorca. Chciałbym dziś napisać o tym, co cenię, co mnie rusza, co do mnie dociera i za co mogę być wrzucany do worka świadomych niefachowców (lub nieświadomych fachowców – jak kto woli). Nie tłumaczę się – chcę być zrozumiany, bo mam wrażenie, że tak wiele osób nie do końca odpytuje siebie samego z oczekiwań, podążając za trendami wyznaczanymi przez większość, a to jest zwyczajnie przykre.

Im większy odjazd… tym lepiej!

Zdaje się, że definicją sztuki jest czasem… brak jej zrozumienia. Coś zupełnie niepojętego odbieram moimi zmysłami i czuję, że mam do czynienia z czymś ode mnie większym, nie do ogarnięcia przez moją percepcję. Tak, to zdecydowanie sztuka przywalić tak, aby odbiorca kompletnie nic nie zrozumiał. Niedopowiedzenia tak daleko idące, że nie do odczytania – miażdżą.

Zauważam taki trend i sam czasem padam jego ofiarą, bo w sztuce nietrudno o przesadę i brak hamulców. Wydawałoby się, że wypada, aby kultura jednak regulowała co już gównem nazwać można, a czego jeszcze nie. Ale co ona biedna może. Zawsze granicę stawia człowiek, nie twórca – odbiorca. Dlatego mamy tak wiele niedorozwiniętych bohomazów w sztuce, nad którymi brandzlują się zazwyczaj znawcy kompletnie odklejeni od rzeczywistości.

A ja właśnie lubię tę rzeczywistość, ten konkret, ten sok, tę prostolinijną wartość. Przeczytałem kiedyś, że zazwyczaj prawdy są proste. Możemy mieć różną wrażliwość, która tworzy nowe ścieżki interpretacyjne, ale wspólną cechą ludzi jest umiejętność pojmowania. Piętno wąskich horyzontów jest zmorą przeciętnych krytyków, uważających się za znawców uzurpujących sobie prawo do oceny nie tylko dzieł, ale i odbiorców tych dzieł. Stąd czytamy, słuchamy i widzimy, że jesteśmy idiotami, bo tylko nieliczni mają prawo do rozeznania się w nieoczywistości. To taki małostkowy wyznacznik inteligencji, nie tylko kulturalnej, który kompletnie mija się z realnym ilorazem.

Jak na to wszystko patrzę to wydaje mi się, że pompowanie i puszenie się jest puste jak balon wypełniony helem. Gdyby tak uwolnić ten nabrzmiały gaz, to przynajmniej zrobi się trochę śmieszniej, bo dotychczas grube głosy zaczną cienko piszczeć. Autorytety są ważne, co nie zmienia faktu, że nie powinny bagatelizować maluczkich, bo z ich szeregów wychodzą twórcy najczystszej próby. Odbiorcy też, a może nawet przede wszystkim.

Poziom odjazdu nie jest ważny, bo najistotniejszym czynnikiem wydaje się jego prawdziwość. Największego rozpiździelu kulturalnego dostarczają nam osobniki niezrównoważone. To oni prowokują do spojrzenia na sprawy przez ich pokiereszowany kalejdoskop i chyba dlatego wyprowadzają aż tak silny cios w psychikę, myśli i uczucia odbiorcy. Więc podniecamy się na potęgę tym, czego nie rozumiemy, bo musielibyśmy stać się w pewnym stopniu niepoczytalni jak komunikujący do nas swoją sztukę twórca.

Nie ma ideałów

Uwielbiam sztukę nieidealną, bliską człowiekowi, ale tworzoną nie pod wpływem odurzeń, zaburzeń i innych czynników deregulacyjnych. Logika pomieszana z emocją za każdym zderzeniem z moją wrażliwością bałamuci mnie na prawo i lewo. Nie potrafię jej powstrzymać. Niezwykle wysoko cenię sobie dosłowność. Choć niedopowiedzenia nie są niczym złym, to wolę jasne interpretacje, aby nie zakrzywiały rzeczywistości przedstawianych w dziele. Pomijam twory robione tylko po to, by emocjonować się ich niewydarzeniem, gdzie nieoczywistość podawana jest na każdym kroku dla gimnastyki intelektu, z której i tak nic nie wynika.

To chyba clue – lubię wynik i sens! Lubię brutalność czystych emocji i delikatność ludzkiej psychiki, które zmaglowane tworzą wspaniałą treść. Przyprawy w postaci uniesień w liczbie nieprzekraczającej 5 uniesień na 10 minut także są do przyjęcia, zwłaszcza w filmie i książce.

Najbardziej kręci mnie bliskość nadawcy i odbiorcy, ich więź, pozwalająca się zidentyfikować lub stanąć w opozycji. Barwa wynikająca z szarości, w której bez większego problemu można odnaleźć czerń i biel. I nie wiem już, czy ze mną coś jest nie tak, bo może przesadzam i potrzebuję czegoś więcej niż niezrozumiały bełkot, oceniany przez krytyków jako supernowa sztuki. Nie mam o tym pojęcia, ale zawsze, gdy wchodzę w swoją szarą rolę odbiorcy, kołacze się jedno małe pytanie w mojej obolałej od myśli głowie:

Damian, czy czasem nie wymagasz zbyt wiele?

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • A możesz podać przykłady? Co ma dla Ciebie wynik i sens, a co jest niezrozumiałym bełkotem?
    Z ciekawości :)

    • Na przykładzie filmów: świetny konkret z lekką nutką niedopowiedzenia, która nie razi – Incepcja, świetny pomysł, ale zmarnowany pomysł i przeintelektualizowany bełkot – Autostopem przez galaktykę. Inna para: rewelacyjny film drogi z wynikiem i sensem Into the Wild oraz miałki, bełkotliwy, kiepski On the Road.