Wielkanoc nie na żarty

Wielkanoc nie na żarty

Wielkanoc trwa w najlepsze. Ze stołu znikają kolejne porcje jajek i przepysznych potraw. Jestem przejedzony i jakby delikatnie zniesmaczony.

To moje pierwsze Święta Wielkiejnocy, których nie czuję. Nie wiem co się stało, ale mam wrażenie, że tego przebywania w Kościele i nabożeństw jest za dużo. Mógłbym ograniczyć się do krytykowania przejedzenia i przepychu na naszych stołach, który zawsze właściwy jest dla wszystkich Świąt, ale byłoby to zbytnie uproszczenie wymiaru Świąt.

Wiem, że powinienem przeżywać, cieszyć się, czuć to Zmartwychwstanie, ale ja widzę jajka, krzątającą się w kuchni rodzinę, która zaraz po odleżeniu obfitego obiadu pędzi do kościoła na nudną liturgię. Wiem, jestem katolikiem i to mnie zobowiązuje do posłuszeństwa wobec naszych obrzędów, ale w tym roku coś we mnie pękło i nie daje mi radości. Może to krzywdzące dla Świąt Wielkiejnocy, ale czy nie stały się one tylko tradycją dla nas, katolików?

Mamy stado jajek, baranków i rytuałów, które stwarzają okazję do spotkania rodzinnego, ale czy o to tylko chodzi? By posprzątać cały dom od stóp do głów, by nasiedzieć się w kuchni, by donośnie śpiewać w kościele i do znudzenia analizować wymiar męki pańskiej.

Jestem zmęczony Świętami. Może to chwilowy kryzys, ale dopadł mnie właśnie w tę Wielkanoc.

Może to kwestia pogody? :) Kto to widział, żeby w kwietniu padał śnieg. Nie tłumaczę się, choć szukam wytłumaczenia. Zastanawiając się nad swoim życiem, które w małym mieście płynie nieco inaczej, znajduję odpowiedzi tylko egzystencjalne.

Może w naszym życiu wiara staje się tylko przykrym obowiązkiem, zwłaszcza w rodzinnych stronach, w towarzystwie naszych rodziców, którzy patrzą spod byka na brak szacunku do tradycji. Pójście do kościoła tylko po to, by zaspokoić oczekiwania jest bez sensu. To trzeba czuć, gdzieś wewnątrz. Działać z potrzeby serca.

Czy dzisiaj potrafimy kochać Jezusa Zmartwychwstałego, który przynosi nam Dobrą Nowinę? Bo prawdopodobnie tu chodzi o tę prawdziwą miłość, która się nie chwieje i jest stała. Oceniamy Kościół jako wspólnotę, w której trudno przebywać ze względu na jej wymagania i ułomności. Rozsądek podpowiada jedno – przecież te wszystkie wielkanocne wydarzenia są nierealne, a serce drugie – trzeba wierzyć i mieć nadzieję na zbawienie właśnie dzięki Zmartwychwstaniu.

Wiara katolicka jest oparta na zaufaniu i choć brzmi to jak banał, wchodząc na Msze w naszych kościołach nie widzę tego zaufania. Jest przykry obowiązek i strach przed końcem świata, którym dla wielu wiernych jest ich własna śmierć. Dlatego tylu staruszków w kościele, a młodych jak na lekarstwo.

Kościół stał się nudny i przestarzały w swojej formie. Dlaczego tak sądzę? Widzę po sobie, że przestaje do mnie docierać. Bardzo mnie to boli, a jednocześnie niepokoi, bo czuję stratę czegoś, co określało mnie jako człowieka dobrej woli. Ciekaw jestem ilu z Was ma takie rozterki patrząc na opasłe wielkanocne stoły. Ile jest w Waszych Świętach wiary, a ile tradycji.

Jeśli czujecie, że możemy o tym podyskutować, komentarze czekają :)

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • partenos

    Wiesz?
    Porusza mnie to Twoje wyznanie. Chciałabym Ci tylko napisać, że to, że jesteśmy katolikami, jeszcze nas do niczego tak naprawdę nie zobowiązuje… Chrześcijaństwo jest religią wolności. Może ludzie, nasi bliscy czegoś od nas oczekują, ale Bóg pozostawia nam wolność do końca.

    Ja tu dostrzegam raczej kwestię przyjmowania bądź nie przyjmowania pewnych tradycji… Jeśli tradycja nie ma fundamentu w postaci głębokich przeżyć (wiary), to nic dziwnego, że nuży, a nawet denerwuje…

    Z drugiej strony pewne stany bywają przejściowe. Jednego roku czujemy
    jakieś święta, innego – nie. Czasem ci sami ludzie jednego dnia dodają
    nam skrzydeł, a innego przyciskają do ziemi. Tak to już jest w życiu.
    Chyba ważne, byśmy przyjmowali te swoje kryzysy z pokorą i jakoś
    zaakceptowali je w sobie, bo są częścią naszego życia. Potrzebną częścią.
    Pozdrawiam, Aneta.

  • Donek

    Każdy z nas ma prawo do kryzysu i nie możemy się za to na siebie obrażać. Trzeba być cierpliwym również wobec siebie, dać sobie czas. Pewne rzeczy przychodzą i PRZEchodzą z czasem… :)

    Warto też pamiętać, że Pan przychodzi tylko do tego, który szczerze Go szuka, a nie do tego, który szuka siebie i swojego zadowolenia. :) Jeśli chcemy dobrze przeżywać Święta, musimy zacząć od naprawy siebie.

    Tak, ta kultura konsumencka w Kościele momentami przeraża, ale chyba zapominamy, że Kościół to my. Jacy my jesteśmy, taki jest nasz Kościół. Każdy jest za niego odpowiedzialny.

    Moja koleżanka na swoim blogu niedawno napisała:

    „Może warto zrewidować własne oczekiwania względem Kościoła i
    przyjrzeć się swojej trosce o niego – na ile jest to autentyczna troska,
    a na ile zwykłe malkontenctwo i roszczeniowość. Może warto też
    zastanowić się, co JA daję swojemu Kościołowi, a nie tylko co ON mi
    daje…”

    Lubię to jej pisanie, bo jest bardzo optymistyczne i rozsądne zarazem. Zauważa niedobre tendencje i szczerze o nich mówi, ale zwykle kończy optymistycznie. Może tego Ci dziś trzeba, Muszkieterze?

    Proponuję ten wpis:

    http://wboskimkregu.bloa.pl/2014/11/17/super-star-czy-bog-zywy/

    • Tekst jakoś wzbudził we mnie nadzieję na zmianę i wytłumaczył twórczy proces kryzysu, który może dla Kościoła być czymś pozytywnym. Wydaje mi się, że nie tylko dla Kościoła, co i jego członków, w tym mnie. Nie chcę wiary na siłę, choć te przykre obowiązki oddalają od przyjemności pójścia choćby na Mszę. Chcę wiary z ducha, a o takiej marzy chyba każdy katolik.

      Dziękuję Ci za ten komentarz i link.

      • donek

        Jesli jest tak jak piszesz, to sie ciesze. :-)
        Szczerze mówiąc, po przeczytaniu tego Twojego wpisu i komentarzy pod nim, poczulem sie deko zdołowany. Przynajmniej taka była moja pierwsza reakcja. Potem jednak pomyslalem, ze masz prawo do swego kryzysu, wszyscy mamy… I masz prawo o tym pisać.

        Pozdrawiam i życzę Ci tej wiary, za którą wyraźnie tęsknisz. Dodam tylko, że ta tęsknota to dobry objaw. To jest pierwszy krok sine qua non, czyli bez którego łaska nie mogłaby zadziałać. Nastepny krok będzie Jego. Wierzę w to. ;-)

  • Ja otwarcie się przyznaję – katoliczką już nie jestem, oczywiście nadal wierzę w Boga, ale kościół już nie. Nie podoba mi się sposób w jaki teraz funkcjonuje, chociaż obecnego papieża bardzo podziwiam. Niestety wydaje mi się, że święta stają się ostatnio tylko obowiązkiem, często zmęczeniem i przejedzeniem, a przecież idea była inna…

    • Właśnie. To pytanie, które sięga do samego dna, do gruntu, do fundamentu. Jaka jest idea Świąt? Moim zdaniem mają nam one przypominać o tym, co było i co będzie, ale do tego nie potrzeba jajka, tylko wiary. Tak bardzo mi jej brakuje w kościołach.

  • Ania

    Może nie jestem odpowiednią osobą do wypowiadania się o kościele ale on już jakiś czas temu stał się nudny i przestarzały. Ale ja jestem tylko obserwatorem nie uczestnikiem. Patrzę na to kompletnie z boku. Wielkanoc jak dla mnie e kościele jest jeszcze bardziej skomercjalizowana niż Boże Narodzenie.

    • Zastanawiam się, co można zrobić, aby się temu przeciwstawić.

      • Ania

        Obawiam się, że nie za wiele.. Jak sam piszesz do tego potrzeba wiary a tej w ludziach brakuje i będzie brakować. Wiem ze niepowinnam uogolniac i wrzucać wszystkich do jedynego wora ale jeśli nie zmieni się podejście KSIĘŻY nie zmieni się nic. Nie po to jest Kościół żeby miał kontrole nad wszystkim nie po to…

        • Nie wiem, czy problem leży tylko po stronie księży. Oni są tylko elementem, który co prawda powinien stać na czele, być liderem, jednakże bez pracy u podstaw nie będzie kołaczy. Każdy z katolików musi ciągle odpowiadać sobie na pytanie po co ta cała szopka. Tak mi się wydaje :)

          • Ania

            Ciężko odpowiadać sobie na te pytania kiedy ta szopka trwa i nie chodzi tu tylko o Święta bo one są elementem. Chodzi o całokształt, o to ze brak tolerancji jest propagowany z ambony głośno wyraźnie i stanowczo… Jeżeli tak ma wyglądać ten cały katolicyzm to ja odpadam.

          • donek

            Rozumiem Twoją frustrację. Sam momentami „odpadam” i mam dość, ale pomyśl, że księża to nie jest jakiś inny rodzaj ludzi, raczej nie wzięli się z Marsa. ;-) Księża biorą się z nas, wychodzą z naszych rodzin. Jacy my jesteśmy, jakie są nasze rodziny, takich mamy kapłanów… Jedno z drugiego wynika. Zgadzam się z Muszkieterem, że tu trzeba „pracy u podstaw”, czyli musimy zacząć od nas samych, od naszych rodzin…

          • Ania

            To bardzo ciężki temat i drażliwy. Rzadko się wypowiadam o księżach i kosciele bo nikt nigdy nie chce tego słuchać, wie lepiej itd. Kiedyś ksiądz był jaki ma wzorem. dł niczego nie namawiał, nie zmuszał, nie wyrzucal z kościoła teraz jest inaczej. A co do rodzin, to owszem księża wywodzą się z normalnych rodzin i są normalnymi ludźmi Ale decydując się na kapłaństwo decydują się na wyrzeczenia a tych wyrzeczeń niektórzy nie są w stanie przestrzegać… I U mnie nie działa w tym przypadku zasada ze każdy zasługuje na druga szansę. Nie w tym przypadku. I tez się zgadzam ze pracę trzeba zacząć u podstaw. Podstaw edukacji, rodziny, kościoła…

          • donek

            Oni też czasem pochodzą z poranionych, rozbitych rodzin. Nie znamy ich historii. Nie wiemy, dlaczego sobie nie radzą.
            Nie jestem pewien, czy możemy wymagać od nich wiecej niż od siebie samych. Ślubowali, owszem, ale to nie sprawiło, że nagle przestali być poranionymi ludźmi.
            Trochę wiem, co dzieje sie dzis w seminariach duchownych. Niemal każdy kandydat ma „popapraną” historię… To, że ktoś zostaje księdzem nie czyni go automatycznie świetym.
            Masz racje – kiedys ksieza byli inni, ale inne byly tez rodziny, ktore dawaly im mocny fundament w postaci prawdziwej milosci, poswieconego czasu, dobrego wychowania.
            Seminarium nie jest w stanie dać tego fundamentu. Nic nie zastąpi zdrowej rodziny…
            Zgadzam się, to nie są łatwe tematy.

          • Ania

            W takiej sytuacji nie powinno się wyrażać zgody na ich śluby! Wiem jestem okrutna, Ale ksiądz to osoba której pewnych rzeczy po prostu nie wolno bez względu na przeszłość. Tu można już wejść w „boską” sferę, ale nie nie zrobię tego.

          • donek

            Na szczescie Pan Bog jest bardziej miłosierny i wyrozumiały. ;-) Jak powolywal apostołów, wiedział, że beda słabi i beda Go zdradzac… To Go nie powstrzymało. Pan buduje na słabym człowieku, bo wie, ze tylko ten, któremu wiele wybaczono, wiele ukocha.
            Dobrego dnia.