Umieć być obok

Umieć być obok

Rozwój, działanie, inspiracje. Ja, ja, ja. Przychodzi nagle moment, że oprócz „ja” pojawia się „Ty”, dla którego świadomie chcesz się poświęcić. To cena umiejętności bycia obok.

Może wstęp do tej muszkieciny brzmi smutno, ale tak naprawdę nie chcę tu pisać o smutku.

Wiem doskonale czym jest samotność wywołana byciem niezrozumianym. Wiem równie dobrze czym jest samotność w tłumie, który myśli „on nigdy nie jest sam”. Wiem także czym jest samotność we dwoje, gdy nawet miłość zdaje się nie wystarczać do bycia razem.

Niewiele jednak wiem o sytuacjach, gdy to ja jestem obok czyjejś samotności i staję się gwarantem wsparcia, obecności i bliskości. Przychodzą takie chwile, gdy wszystkie obiecane samemu sobie wnioski wysnute na bazie doświadczeń czy esencjach z przeczytanych mądrych książek, nie przedstawiają zbyt wielkiej wartości. Są bezużyteczne, niepotrzebne i nijakie.

To momenty, gdy niepewność jutra jest ciągle bezmyślnie odtwarzanym utworem w słuchanej non-stop stacji radiowej. To czas na odpowiedzialność wyrażaną nie jako słowo, ale działanie. To okres wielkiej nauki pokory i nabywania umiejętności słuchania i spełniania nie swoich potrzeb.

O czym chcę powiedzieć? O byciu dla drugiego człowieka, ale nie takim zwyczajnym, opartym na komunikowaniu swoich spraw i przeżyć. O byciu takim trochę obok, w 100% dla kogoś innego. O istnieniu przez moment totalnie nie dla siebie.

Przedziwne to doświadczenie, gdy oczekujesz, a tu nagle to od Ciebie się oczekuje i nie masz żadnej wymówki, by się uchylić od odpowiedzialności. Zresztą, nie możesz jej mieć, bo inaczej nie byłbyś człowiekiem wartym jakiejkolwiek uwagi. Wszystkie znane Ci piękne hasła bledną wobec rzeczywistości, w której się znajdujesz i w której musisz dać radę. Nie dla siebie, ale dla tego, kto potrzebuje Twojego silnego ramienia, Twojego wsparcia, dobrego słowa, uśmiechu i najprostszej pod słońcem obecności. Brzmi to wszystko tak prosto i banalnie, a jest najwspanialszym darem, który można ofiarować drugiemu człowiekowi. Twojemu najbliższemu, najdroższemu, temu, któremu codziennie mówisz „kocham Cię”, nie zastanawiając się jak bardzo te słowa Cię zobowiązują.

Trudno wyrazić słowami jakie to piękne przeżycie, które obciążone refleksją pozwala po raz kolejny docenić jak bardzo jesteśmy ułomni, gdy „wszystko jest wporzo”. Bo w byciu „wporzo” złudne i zgubne jest to, że myślimy, iż „wporzo” będzie już zawsze. Gdy przestaje być „wporzo”, możemy reagować różnie: buntem, gniewem, agresją, otępieniem, płaczem, narzekaniem. To bardzo ludzkie, jednakże obnażające jednocześnie jak delikatni jesteśmy, jak niewiele potrzeba, by nas zdestabilizować, jak nieważne są te pierdoły, które wydają się najbardziej znaczące na co dzień, a z punktu widzenia zdrowia i życia – to błahostki.

Może jestem masochistą, ale lubię takie doświadczenia. Przypominają mi kim jestem i kim chcę być. Prostują ścieżki głupich rozkmin, bezwzględnie i brutalnie sprowadzając mnie z chmur przemyśleń na ziemię namacalnych problemów do rozwiązania. Będąc dla kogoś ważnym i potrzebnym, zaczynam rozumieć kim jestem dla siebie i mogę zdefiniować się na nowo bez żadnych kompleksów i nieprawdziwych wyobrażeń. To najcenniejsze lekcje od życia, jakie mogę dostać i jestem za nie cholernie wdzięczny.


Nie wiem, czy mnie rozumiecie. Dziś chyba przesadnie o to nie dbam. Chciałem podzielić się tym, co siedzi w mojej głowie, bo ostatnie dni spędzam w szpitalu. Nie jako pacjent, ale jako ten, który przychodzi do pacjenta. Kompletnie zmieniła mi się optyka w sytuacji, gdy przed chwilą miałem wylądować w szpitalnym łóżku, a moja operacja jednak odsunęła się w czasie i role się odwróciły. To doświadczenie zapamiętam na długo, ale cieszę się i wierzę, że Szef próbuje mi dzięki niemu coś powiedzieć i zwrócić moje myśli na właściwe tory. Czas pokaże czy dobrze zrozumiałem Jego przesłanie.

Moja obecność w realu jest teraz bardzo ważna, dlatego jest mnie tutaj mniej. Szpadę skierowałem do walki z przeciwnościami losu na życiowych zakrętach, ale nie martwcie się. Wrócę silniejszy :)

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Ana

    Czasami mam wrażenie, że zostałam zaprogramowana do takiego bycia obok. Często mi się to zdarza, choć i często działa w jedną stronę. Na szczęście, szpitale do tej pory omijałam, ale bywają w życiu sytuacje, że ktoś obok dla samej zwykłej obecności może się przydać.

  • rozsądna

    Nie wiem z czym się zmagasz, ale wiem, że najważniejsze jest pozytywne nastawienie (wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi) oraz niezachwiana wiara w szczęśliwe zakończenie. I wiem, że to działa, bo przekonałam się na własnej skórze.
    Gdy mój syn w wieku trzech miesięcy trafił do szpitala z zapaleniem oskrzeli, zamiast wracać do zdrowia stawał się coraz bardziej chory – zapalenie oskrzeli przeszło w zapalenie płuc, potem w zapalenie opon mózgowych, a po miesiącu pobytu w szpitalu nastąpiła zapaść serca i syn leżał pod tlenem, gdy lekarz powiedział mi, że właściwie pozostała tylko modlitwa.
    A ja cały ten czas spędziłam w szpitalu, bo karmiłam go piersią i bałam się go zostawić chociaż na chwilę, przekonana, że jak mnie nie będzie, to coś mu się stanie. I miałam rację, bo to ja zobaczyłam, że coś jest nie tak i musiałam zrobić awanturę dyżurującej lekarce, żeby go zbadała i odkryła, że ma zapaść serca. Zaznaczę, że przez cały pobyt prosiłam, żeby syna wysłać do kliniki w mieście wojewódzkim, ale słyszałam, że pani ordynator leczy tak samo i jak mi się nie podoba, to mogę zabrać dziecko swoim autem. Wiedziała doskonale, że to niemożliwe, bo syn się dusił, miał całodobowo podawany specjalny lek i mógł być przewieziony tylko karetką.
    I gdy wydawało się, że już nic nie da się zrobić i nawet ja, wieczna optymistka, się załamałam, zdarzył się cud. Po słowach lekarza pierwszy raz w życiu publicznie się rozpłakałam, bo coś we mnie pękło i puściła tama opanowania. Ale wtedy przyjechał mąż, nieświadomy, co się zdarzyło, jednak po usłyszeniu wiadomości nie załamał się tylko mnie przytulił i powiedział, żebym się nie martwiła, że się nie poddamy, że załatwimy karetkę, zapłacimy, jeśli trzeba i wywieziemy syna do kliniki. Ledwie wyszedł, żeby coś załatwiać, kiedy przyszedł lekarz i oświadczył, że jest karetka i zabierają dziecko i mnie do kliniki.Okazało się, że jakiś pacjent z kliniki został przywieziony ta karetką i wracała pusta,
    I to był przełom. Jeszcze miesiąc spędziliśmy w klinice, ale syn wyzdrowiał, bo okazało się, że jednak inaczej leczą w klinice i są nowsze, skuteczniejsze leki dla niemowląt.
    Nie wspomniałam, że przez cały czas pobytu w szpitalu słyszałam, że syn umrze albo będzie nienormalny i gdybym w to uwierzyła i nie umiała się „odstresowywać”, to bym pewnie tam oszalała, ale nie dałam sobie tego wmówić. Jestem nieuleczalną optymistką i zawsze wierzę w szczęśliwe zakończenia :)
    I ta historia też zakończyła się szczęśliwie, bo syn właśnie dostał się na studia na kierunku finanse i rachunkowość :)
    Wiara czyni cuda i nie mówię tu o religii, ale o naszym przekonaniu, nastawieniu i oczekiwaniach.
    „Według wiary Waszej niech Wam się stanie” jest napisane w Biblii i to naprawdę działa.

    A więc życzę Ci wiary w szczęśliwe zakończenia:)

    • rozsądna, rozłożyłaś mnie na łopatki swoją historią. Bardzo dziękuję Ci za ten komentarz i kłaniam się w pas. Co prawda, ja kwalifikowałbym to jako mikrocud pochodzący od Boga, ale oczywiście niech każdy decyduje sam o tym, jak interpretuje swoje doświadczenia.

      Niesamowita historia… Ufff. Trochę brakuje mi słów. Oczywiście pozdrów syna i trzymam kciuki za powodzenie na studiach :)

      • rozsądna

        Ja wierzę, że istnieje siła, która stworzyła ten najpiękniejszy ze światów i sprawia, że wciąż trwa pomimo różnych zawirowań, a którą z braku innych określeń nazywam Bogiem. Ale nie wierzę w żadne religie, chociaż, jak zapewne większość osób w Polsce zostałam wychowana w katolicyzmie. Generalnie nie chodzę do kościoła z wyjątkiem sytuacji szczególnych typu wesele, chrzciny itp. Ale zawsze odwiedzam kościoły i modlę się w nich o zdrowie i szczęście moich najbliższych, gdy jestem w nowych, nigdy nie odwiedzanych wcześniej miejscach. I opowiem Ci dlaczego.

        Sporo lat temu spędzałam parę dni w Pradze (w której notabene się zakochałam i od tamtej pory odwiedzałam z dziećmi) i weszłam do pewnego kościoła, który bardzo mi się spodobał. Już w środku poczułam potrzebę modlitwy, więc pomodliłam się o zdrowie i szczęście mojej rodziny. Następnego dnia wracałam już do domu i od południa usiłowałam (bez skutku) dodzwonić się do męża, żeby się z nim umówić, gdzie i o której ma mnie odebrać. Zadzwoniłam w końcu do brata i z nim się umówiłam. Jak mnie odebrał, nic nie chciał powiedzieć, co z moim mężem – sugerował, że zepsuła mu się komórka albo rozładowała, a był na ranczu poza miastem. Ale gdy dowiózł mnie do domu zobaczyłam męża leżącego na kanapie, poobijanego, z koszmarnie spuchniętą ręką. Okazało się, że miał wypadek – traktor, którym jechał ostro pod górę dachował i gdyby nie miał kabiny, to zostałaby z niego krwawa miazga. A mój drugi brat, który był świadkiem wypadku, był przekonany, że zostałam wdową, tak groźnie to wyglądało i praktycznie zakrawało na cud, że przeżył tę kraksę. Bo nic poważnego poza stłuczeniami mu się nie stało, nawet nic nie złamał.

        Od tamtej pory w każdym nowym miejscu, które odwiedzam, idę do kościoła się pomodlić. Miesiąc temu modliłam się w Berlinie w katedrze św. Jadwigi. Wierzę, że to działa, a jak wspomniałam – wiara czyni cuda:)

  • Wszystkiego dobrego i dużo sił :)

    • Dziękuje za wsparcie. Dobrych wibracji nigdy za wiele. Dzisiaj wiele się wyjaśniło, więc wygląda na to, że sprawy mają się coraz lepiej. Pozostaje czekać na… dobre wiadomości!