U jak umiar – film Wilk z Wall Street

U jak umiar – film Wilk z Wall Street
Ocena4
  • Fabuła
  • Scenariusz
  • Gra aktorska
  • Zdjęcia
  • Muzyka

Wahałem się, czy pisać tę recenzję, bo co tu dodawać, kiedy już wszystko zostało powiedziane? Obiecałem jednak Dawidowi ze Sfilmowanych, że rypnę, to rypię. Wilk z Wall Street to nie jest łatwy orzech do zgryzienia.

Kto to jest ten wilk?

Wilk jest zwierzęciem stadnym, drapieżnym ssakiem ze skłonnościami terytorialnymi. W sumie jak się tak przyjrzeć głównemu bohaterowi tej biografii – Jordanowi Belfortowi (Leonardo DiCaprio), to niewiele się od wilka różni. Żądny władzy i pieniędzy, na początku nieopierzony i nieprzygotowany do tego, co go czeka, ale nieustannie sięgający po niemożliwe. Nie stroniący od używek, uczestniczący w setkach imprez z dziwką i koksem w tle, żyjący chwilą. Każdy by tak chciał, teoretycznie, ale zapewne tylko nieliczni byliby w stanie poradzić sobie z tak bogatym bagażem doświadczeń. Jordanowi też się nie udało, co było do przewidzenia już na samym starcie, gdy poznawałem jego postać z kinowego ekranu. Choć historia nie jest odkrywcza, to sposób w jaki została opowiedziana jest godny podziwu.

Smaczki

Zastanawiałem się jak podejść do tego filmu, bo spodziewałem się wielopłaszczyznowej analizy dramatu głównego bohatera, a dostałem wspaniały trzygodzinny obrazek, w którym napatrzyłem się już do porzygu na atrakcyjne tyłki, wszystkie stadia ćpania oraz uzależnienie od dobrobytu, które miesza w głowie. Całość podana w krzywym zwierciadle na tyle zniekształconym, że nagle ze zdrad i beztroskiego traktowania ludzi jak zabawki, my widzowie zaczynamy się śmiać do rozpuku. Rozkłada nas na łopatki piękno zewnętrzne drugiej żony Belforta – Naomi (Margot Robbie), ale nie zastanawiamy się jaką trzeba być suką, by potraktować swojego królewicza jak śmiecia w sytuacji, gdy on najbardziej potrzebuje wsparcia. Jesteśmy zachwyceni sceną, w której w ciągu zaledwie kilku minut Mark Hanna (Matthew McConaughey) w oskarowej formie niszczy charakter młodego Jordana. Leżymy i tarzamy się ze śmiechu, gdy Belfort na spółę ze swoim lekko stukniętym kumplem Donnie’m Azoff’em (Jonah Hill) czołgają się jak dżdżownice i niewyraźnie mamroczą po zażyciu nienormalnej dawki przeterminowanego wycofanego z użytku leku uznanego za silny narkotyk. No fakt, radosne to wydarzenia…

To się udało

Nie da się zaprzeczyć, że artyzm tego filmu polega jednocześnie na jego słabości. Fabularnie jest kiepsko. Historia jakich wiele. Tragiczna w skutkach, ale dająca światełko nadziei. Zabrakło mi refleksji w filmie, bo mimo tego, że trwał dosyć długo, to całą głębię przysłoniła goła dupa i ścieżka białego proszku. Byłbym jednak hipokrytą, gdybym stwierdził, że ten film nie jest dobry. Każda scena w nim jest przemyślana i dopracowana z chirurgiczną dokładnością (a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie). DiCaprio, który ma tyle samo przeciwników, co fanów, po raz kolejny udowodnił, że potrafi zagrać każdego, a im więcej zmarszczek mu przybywa, tym wiarygodniejszy staje się jako aktor. Tylko przez moment był postacią drugoplanową – w czasie obiadu z McConaughey’em, który rozniósł jakiekolwiek negatywne wyobrażenie o swoim aktorstwie na kawałki i nie pozostawił nam żadnej wątpliwości o swojej doskonałości. Ale wracając do głównego bohatera – już teraz mogę powiedzieć, że Leonardo to aktor wybitny. Poważnie. Mimo tego, że Wilkowi z Wall Street do bycia wybitnym trochę daleko i wiele momentów można uznać za tanią mainstreamową rozrywkę. Może o to chodziło reżyserowi Martinowi Scorsese, aby dramat pokazać w komediowy sposób? Jeśli tak, to udało mu się to koncertowo.

Z filmu wyciągnąłem za to jedno pozytywne przesłanie, które chyba jest wartością w nim najcenniejszą. W życiu nie ma przeszkód, aby sięgnąć po to, czego rzeczywiście od niego chcesz. Belfort wybrał kobiety, bogactwo i sławę. Czy jednak będziesz tym samym człowiekiem, gdy chęć rozwoju zastąpi chęć posiadania, potrzebę miłości – fizjologiczne zaspokajanie za pomocą byle kogo w łóżku, przyjaźń – układy? Pytanie jest tendencyjne, ale każdy z nas w swoich dążeniach do osiągnięcia sukcesu (nieważne jakiego – finansowego, prywatnego, zawodowego) powinien ciągle je sobie zadawać. Belfortowi udało się wyczołgać z bagna, ale naiwny jest ten, kto myśli, że skoro Jordan mógł, to i ja mogę. On nie mógł, jemu się tylko udało, a teraz żyje m.in. ze sprzedawania swojej historyjki na potrzeby scenariuszy filmów…

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+3Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Oj to ja bym tutaj polemizował. Owszem, jest nieco inna struktura, bo nie ma bum, za to wszystko powoli prowadzi do upadku, ale nie jest w żadnym aspekcie odkrywcze – nic nowego. Fabularnie jest to komedia, która stara się przez cały czas tuszować dramat, którego jest naprawdę niewiele. Mocne starcie z żoną przez chwilę wieje dramatem i nagle hop – komediowy komentarz, że 3 dni później wprowadził się do domu z Naomi. Z drugą żoną kłótnia o zdradach zaaranżowana jest na komediowo. Mamy dramat na morzu – śmiejemy się do rozpuku. W ogóle nie odbieram tego filmu przez pryzmat dramatu, nie chce nam także przekazać wyższej prawdy, ani nie skłania do większej refleksji – to rozrywka w stanie czystym. Oczywiście moim zdaniem. Możesz go odbierać zupełnie inaczej. :)

    • Bartek Juszczyk

      Uff, dzięki Bogu, że mogę ;)
      A na poważnie – niech zostanie jak jest, muszę to drugi raz oglądnąć btw, mam na to cholerną ochotę.

  • Pisząc moją recenzję byłam przekonana, że tylko ja nie „złapałam” fabuły. Ale jej tam po prostu nie ma. Jest ładny, cholernie długi obrazek, w który wrzucono świetnych aktorów, świetnego reżysera i masę pieniędzy. I dobrze. Ale udawanie, że film jest z przekazem jakimś jest śmieszne.
    Dzięki Ci, za udowodnienie, że nie jestem sama w moich odczuciach :)

  • Podpisuję się pod tą recenzją rękami i nogami. Poważnie. Przyczepiłeś się do jedynej konkretnej wady tego filmu, czyli tego, że nie przedstawia nic nowego, a sama fabuła nie jest specjalnie odkrywcza. Uważam jednak, że Scorsese chciał pokazać dramat w komediowy sposób, zapewniając widzowi 3 godziny niczym nieskrępowanej rozrywki. Jedynie dwie, trzy sceny były klasycznym dramatem, całą resztę skrzętnie ukryto bądź zatuszowano dzięki gagom, tekstom i montażowi, który tylko potwierdzał konwencję – to jest komedia. Dla mnie osobiście „Wilk z Wall Street” jest apogeum, kwintesencją tego co Scorsese potrafi zrobić wraz z DiCaprio. Obraz nie ma wad, ale tylko gdy odebrać go jako jako zbiór rewelacyjnie zaaranżowanych i zabawnych etiud, złączonych ze sobą prowizoryczną nicią. Wówczas może ze dwa razy odczułem, że szew nieco się pruje. Nie mniej jednak dla mnie film roku – trafia w mój gust idealnie.

    • Dawid, nie zgodze się z „nie przedstawia nic nowego, a sama fabuła nie jest specjalnie odkrywcza.”.

      Czyżby?
      Klasycznie w takich filmach – jak choćby Wall Street mamy najpierw
      życie sielskie anielskie, a w ostatnich 10 minutach „BUM” które wynika z
      okreslonego faktu (np.: ktoś zdradził0 i wszystko się pieprzy. Tu tego
      nie ma. Sam „upadek” to splot wypadków, niekoniecznie będących wielkim
      BUM, trochę ignorancji, trochę idealizmu o jeden krok za daleko, do tego
      małzonka, która w koncu „sie wkur.iła” i tak krok po kroku spadamy na
      dno (czy aby?). Ta fabuła kompletnie odbiega od klasycznych filmów, w
      których najpierw śledzimy lans bohatera, by w ostatnich nastu minutach
      doświadczyć – jakże satysfakcjonującego – upadku po wielkim „BUM”.

      Film ma masę wad, dłużyzn, jednocześnie jest zabawny i inspirujący, ale na pewno fabuła jest daleko od „klasycznego podejścia”.
      Amen.