Teatr, który nie bloguje – umiera

Teatr, który nie bloguje – umiera

W połowie października do mojej skrzynki zawitało zaproszenie na spotkanie to blog or not to blog, które odbyło się 22.10.2013 w Warszawie. Nie pojechałem – byłem zajęty, ale na szczęście pojawili się tam Andrzej Tucholski z jestKultura.pl oraz Monika Kamińska z Black Dresses.

Zderzenie dwóch dużych planet

Prawie zapomniałbym o tej imprezie, gdyby nie wpis Andrzeja na jego blogu (Spojrzałem w przyszłość i nie chce mi się mieć zdania). Tekst przepełniony goryczą, choć świetnie opisujący rozwój w ogólnym znaczeniu w oparciu o ekspansję motoryzacji. Zmusiłem się do obejrzenia całej debaty, która została umieszczona w internecie (o tutaj). Dlaczego to nie było do końca przyjemne? Po pierwsze – samo spotkanie zostało mocno rozciągnięte i niekiedy ziewałem słuchając wypowiedzi teatrologów i krytyków naprzeciwko błyskotliwych i szczerych, opartych na woli dyskutowania argumentach Andrzeja. Po drugie – pojawiło się tyle nieciekawych stwierdzeń na temat blogerów i ich pracy (tak! to jest ciężka praca!), że więcej energii poświęcono na tłumaczenie np. dlaczego twórca nie pozwala się okradać, a za udostępnienie własności intelektualnej chce zapłaty lub przynajmniej pytania o zgodę na użycie (nie mogę pojąć, że ludzie związani ze sztuką zastanawiają się nad zasadnością praw autorskich…). Po trzecie – młodzi mają uczyć nieco starszych (w niektórych przypadkach wręcz dinozaurów)? To się chyba jeszcze nigdy nie udało.

Nie jestem znawcą teatru, ba!, nie mam czasu, by do niego zaglądać (więc po co się wypowiadasz, głąbie?!), ponieważ na co dzień biegam na koncerty i słucham mnóstwa płyt. To moja praca i moja wrażliwość, co jednak nie znaczy, że pewnych zjawisk nie da się przełożyć na język sztuki, bez względu na to czy będą to formy teatralne, muzyczne czy plastyczne. Niestety to spotkanie było jak zderzenie dwóch planet, które współistnieją w tej samej galaktyce, ale posiadają zupełnie inne orbity. Na tej scenie głęboko w oczy (i niestety w kieszeń także) spojrzały sobie stary, jedyny dobry, porządek oraz nowy, „narcystyczny”, przedsiębiorczy świat.

Dlaczego Janusz Majcherek?

W pierwszej chwili ukłuło mnie w oczy (i uszy), że debatę prowadzi człowiek, który zupełnie nie zna blogosfery. Na szczęście to była tylko pierwsza chwila, ponieważ mimo rozwlekłego stylu bycia Pana Janusza i zadawania pytań często zawierających odpowiedź lub co najmniej ją sugerujących, udało się naszym dzielnym blogerom próbować rozmawiać niekoniecznie tylko o swoim „narcyzmie” i pieniądzach zarabianych na blogu. W drugiej chwili pomyślałem, że tak ceniona osoba jak Pan Majcherek rzeczywiście może wnieść coś do dyskusji z punktu widzenia osoby, która stoi niejako z boku zjawiska. W trzeciej jednak nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że trudno u Pana Janusza o obiektywizm, a właśnie to on powinien tego wieczoru królować, aby można było uznać, iż jest sens rozmawiać. Przykro było patrzeć i słuchać jak Pan Majcherek włożył w usta Moniki Kamińskiej to, czego nie powiedziała. Spotykam się z tym często w rozmowach, w których mój rozmówca jest bezwzględnie przekonany, niczym święta krowa, że jego racja jest najważniejsza (Jeśli masz swoje zdanie to i tak ja mam rację). Niech nawet i tę rację ma, ale gwałtem na dyskusji jest wtłaczanie do głów obecnych pytań i odpowiedzi w postaci monologu zagłuszającego słowa „oponenta” (bo jak wiemy, kto ma mikrofon, ten ma władzę).

(Zbyt) różne pokolenia

W debacie temat blogowania o teatrze został zaledwie muśnięty. Skupiono się na prawach autorskich oraz kasie. I to jest właśnie przykre, a mnie, jako blogera i człowieka rzeźbiącego w swoim odprysku kultury bolało to, z jakim zacięciem Andrzej uderzał obolałą głową w mur. Wiemy doskonale, że stara cegła niejedno przeszła, a że była wypalana w piecu przemian nie tylko kulturowych, ale i politycznych, to byłby cud przebić się przez nią na drugą stronę. W Teatrze Polskim starły się różne pokolenia, zupełnie inaczej ukształtowane, a jedynym mianownikiem wspólnym była miłość do teatru. Odnoszę wrażenie zatem, że aby odświeżyć stare budownictwo, pewne budowle należy zrównać z ziemią, pozostawiając tylko fundamenty.

Czy blogerzy dowiedzieli się, dlaczego krytycy i sam teatr nie nadąża za zmieniającą się formą promocji kultury? Zdaje się, że tak. Stara gwardia jest odporna na zmiany, choć chciałoby się powiedzieć oporna, żeby nikogo nie obrazić. Z jej punktu widzenia nowe jest gorsze i dlatego z góry nie szuka się w nim tej inności oraz różnorodności, która od zawsze była cechą napędzającą zmiany w każdej dziedzinie sztuki. Przypomina mi się powiedzenie pewnego pracownika stacji benzynowej w Stalowej Woli jak tankowałem Słonia (Fiat 125P): „Paaaanie, lepsze to już było!”. Otóż pozwolę się nie zgodzić. O tym, co było, jest i będzie lepsze zadecyduje historia, która ocenia nad wyraz bezwzględnie.

Czy stara gwardia dowiedziała się, czy warto (i jak) wprowadzać świat teatru do blogosfery? Wydaje mi się, że nie. Dopóki środowiska związane ze sztuką wyższą nie skończą z postrzeganiem siebie jak zagrody świętych krów, którym bardzo trudno zwrócić uwagę, że skostnienie i osadzenie w przeszłości jest istotne jako podstawa do kształtowania przyszłości i nie służy jako wymówka oraz obrona przed zachodzącymi zmianami, dopóty krytycy będą pisać teksty dla samych siebie. Masturbacja intelektualna pewnie nie szkodzi raz na jakiś czas, ale zbyt częste mentalne brandzlowanie się może zniszczyć najlepszego fachowca, a jego dzieło uczynić bezużytecznym. Kultura nie musi być masowa, ale twórcy pisząc z głębi swojej duszy od zawsze chcieli docierać i poruszać (nie mylić z pisaniem pod publiczkę) jak największą liczbę osób. Po co więc realizować sztukę dla sztuki? Gdyby odrzucić samozadowolenie – nie pozostaje zupełnie nic.

Wychodząc z założenia, że teatrowi potrzebny jest rozwój (bo taki zdaje się był cel debaty) w kwestii nowych mediów, nie powinno się stać na szachownicy w jednym polu. Jest przecież tak wiele innych miejsc na planszy. Można być pionkiem, który kiedyś dojdzie do granicy pól i zamieni się w figurę, jeśli wcześniej ktoś mocniejszy go nie zbije. Można być laufrem, który śmiga tylko po skosie i przecina proste drogi zawsze w okolicach połowy. Można być wieżą, która idzie w przód, tył i bok, ale za to często kontaktuje się z królem w sprawie roszad. Jednakże królowa, która nie posiada żadnych ograniczeń w poruszaniu się po polach, zawsze będzie tylko jedna. Nazywa się ZMIANA NA INNE i lepiej, żeby to ona rządziła królestwem, zanim ktokolwiek zdąży wypowiedzieć nieupragnione szach i mat.

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Zwróciłeś uwagę na bardzo irytujące zjawisko, jakim jest tendencja do patrzenia z góry na cokolwiek innego czy odrębnego niż moje własne podwórko. Mówię tutaj o „świętych krowach”. Niestety mam wrażenie, że tyczy się to większości polskich sfer. Chyba głównym problemem jest mentalność. Gdyby tak więcej empatii i próby wejścia w czyjeś buty (blogowanie nie jest prostą sprawą), myślę, że żyłoby się lepiej. Na pewno blogerom, którzy w większości są jeszcze traktowani jak małe, wymądrzające się gnojki. Chcieli poruszyć kwestię teatru w blogosferze? Wystarczyło o tym pogadać.

    • Zawsze dziwiła mnie ta niekonsekwencja „starszych”. Wymagają szacunku od młodych w tej samej chwili, gdy sami zupełnie im go nie okazują. Paradoks, który niszczy kreatywność i pomysłowość w zderzeniu ze ścianą. Obserwuję ten proces od lat i choć sam już zaczynam niekiedy czuć uwiąd starczy w pewnej części mojego mózgu, odpowiedzialnej za akceptację odjazdów młodszych ode mnie, to jednak ciągle przypominam sobie jak to wół cielęciem był. Dla gimnastyki umysłu, by nie zbetoniał. Instruktorem tego rodzaju fitnessu zawsze jest rozmowa.