Święta bez jaj

Święta bez jaj

Pół tygodnia już za nami. Nie wszyscy wiedzą, że dla katoli jest to Wielki Tydzień, a Wielkanoc (jak sama nazwa mówi) jest bardzo ważnym wydarzeniem. Nie rozumiem, dlaczego zatem ateiści, agnostycy i inni, którzy Świąt nie obchodzą, tak chętnie czekają na wolne i zjeżdżają się do rodzinnych domów, a kolorowe jaja na stole ich nie rażą.

Dziś nie będzie moralizowania i nawoływania do otrząśnięcia. Wiem, że mogę męczyć tym ciągłym podejmowaniem trudnych tematów lub grożeniem palcem, wskazywaniem tego, co wartościowe i jakościowe. W zamian chciałem zanurzyć się w parę wspomnień i trochę poopowiadać z czym kojarzą mi się Święta Wielkiejnocy. Po ludzku, niekoniecznie po katolsku.

Pisanki, jajka malowane

Najprostsze skojarzenie z Wielkąnocą to pisanki. Bierzemy i gotujemy jaja na twardo, a później za pomocą farbek spożywczych nadajemy im kolor. Pamiętam, jak byłem mały, mama nie zawsze miała takie barwniki, więc gotowała wtedy pisanki w… łupach z cebuli. Do tej pory nie wiem jak to się działo, ale jajka zawsze miały taki ładny, ciepły, brązowy kolor.

Lubiłem z bratem bawić się jajkami. Wiem, dziwnie to brzmi, ale robiliśmy zawody, kto szybciej obierze je skorupki. Stukaliśmy się jajkami i przegrywał ten, któremu pierwszemu pękło. Proste rzeczy, które sprawiały, że przy świątecznym stole nie było tylko życzeń, atmosfery powagi Świąt, ale zwykła ludzka radość z bycia razem.

Baranek i zajączek

Jak przez mgłę pamiętam jak wsuwałem cukrowego barana albo zająca. Babcie rozpieszczały wnuczków, którzy niekoniecznie zdawali sobie sprawę, jaką symbolikę mają te zwierzaki. Co oznacza baran, dziś już wiem, ale zając? Do tej pory nie kumam, zwłaszcza, że często przedstawia się go w towarzystwie jajek. Koszykarz, który nie ma piłki, ale żongluje jajcami – zając wielkanocny.

Baran zawsze wędrował z nami do Kościoła, by dać się poświęcić. Z czasem przestał być cukrowy, a jego miejsce najpierw zajął woskowy, a później gipsowy. Najmilej jednak wspominam chlebowego. Zawsze spoglądał na nas z dumą, zajmując miejsce w samym centrum stołu.

Koszyk wielkanocny

Uwielbiałem jak mama przygotowywała koszyk. Był niewielki, ale pięknie przystrojony serwetą i bukszpanem. Lądowały w nim kolorowe jajka, chrzan, swojska kiełbasa, chleb i oczywiście baran. Koszyk wielkanocny pachniał specyficznie, to niezapomniana woń. Będzie mi się już zawsze kojarzyć z uroczystym święceniem, ale i radością, kolorem, wiosną.

Często obserwowałem z okna, jak rodziny zasuwają z koszykami do Kościoła. Czasem dzieciaki miały swoje osobne, mniejsze wersje. Śmieszyły mnie starsze panie, które dzierżyły w rękach wielkie kosze, takie jak się nosi na grzyby. Komicznie to wyglądało, gdy taka babcia lekko przygarbiona i zmęczona życiem, niosła kosz o ciężarze równym połowie swojego.

Śmigus dyngus

Nie byłem nigdy chuliganem i nie rządziłem na dzielni, bo tacy zawsze biegali cały lany poniedziałek i oblewali te biedne dziewczyny. Najbardziej wkurzało mnie, gdy lali je, jak był zimno, a one wystrojone szły do Kościoła na Mszę. Zabawa była przednia, do momentu, gdy nie działa się komuś krzywda, a lejka nie kończyła się grypą.

Jak dziś pamiętam, gdy rodzice „walczyli” ze sobą na sikawki. Mama zabarykadowała się w kuchni, a tato zastosował taktyczne oblężenie z pełną wody butelką po płynie do naczyń. Uśmialiśmy się z bratem, bo ani jedno, ani drugie nie chciało odpuścić. Walczyli godnie, ale w końcu musieliśmy coś zjeść, więc zawiesili broń na czas przygotowywania śniadania.

Święta

Wielkanoc, nawet przez katolików jest taktowana nieco po macoszemu, bo Święta Bożego Narodzenia są „fajniejsze” i bardziej klimaciarskie. Tymczasem to moment, gdy Chrystus pokazuje niedowiarkom środkowy palec i zmartwychwstaje. Pokrótce analizując moje wspomnienia – z Wielkąnocą kojarzy mi się wiele miłych chwil, takich rodzinnych, zwyczajnych, bez wielkiej pompy. Chodziłem i nadal chodzę na rezurekcje (czyli uroczyste Msze z procesją), choć odbywały się o nieludzkich porach (prawie nigdy nie wstaję o 5:00 bez przymusu). Nawet, gdy ksiądz fałszował i prawie nikt nie śpiewał „alleluja”, a tłumek lekko sennym krokiem posuwał noga za nogą. To wszystko oddaje ducha tych Świąt, Wielkiejnocy, gdy śmierć dostaje kopa w dupę.

Nie wiem jak będą wyglądały Święta w tym roku. Za każdym razem są inne, choć wydawałoby się, że nic się nie zmieniło. Czuję już ich zapach w powietrzu. Mam nadzieję, że mimo codziennych spraw, które przysparzają nam zmarszczek i siwych włosów, także teraz uda się nam znaleźć chwilę, by nierozwiązane problemy, kłopoty skazane na śmierć, wreszcie zostały rozpracowane z mocą Zmartwychwstałego. W końcu akurat On może wszystko.

photo credit: enggul via photopin cc
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Ana

    Chyba pierwszy w tym roku taki wpis… przynajmniej pierwszy w tym tonie, na jaki trafiłam. Wiem, wiem, mam trochę zaległości w lekturze ogólnej, wczoraj pół dnia straciłam, polując na bilety na MŚ na Narodowy, a i tak ich nie upolowałam, ale mimo wszystko jakoś mocniej odbijają się i w mediach, i w necie, i w ogóle treści skrajne: albo właśnie takie bezmyślnie katolskie, albo nawet nie ateistyczne, a antyreligijne – i tych drugich jakoś tak, mam wrażenie, więcej. (Ło matuchno, jakie długie zdanie!) Wypośrodkowanych i takich zwyczajnie ciepłych świateczie ze świecą trzeba szukać. A dzięki Tobie przypomniałam sobie, po co ja się właśnie pakuję i zabieram do mamusi. Dzięki! :)

  • Piszesz Chrystus i Święta w ogromnym szacunku, przy czym „katoli” strasznie razi. Skąd taka rozbieżność?

    • Z przekory, po prostu. Katol jest fanatykiem, bezmyślnym oszołomem, z różańcem w jednej ręce i krzyżem w drugiej. Z katolem nie podyskutujesz, bo wbije Ci ten krzyż w oko i udusi różańcem. Żebyś przejrzał i oddychał katolstwem.
      Tacy wynaturzeńcy są najlepiej widoczni i tacy właśnie odstraszają od wiary, od piękna bycia zwyczajnym katolikiem, bez pompy i poczucia, że jest się lepszym od innych.
      Więc sobie jestem katolem łamiącym schematy :)

      • Aa, no teraz rozumiem. Sama zwykłam mówić, że katolickie bojówki zdzierają plakaty z koncertami kapel metalowych :)

        • Trudno by mi było jednocześnie organizować koncerty metalowych kapel i… zdzierać plakaty ;)

          • Haha, no zobacz, a ile ludzi regularnie chodzących do kościoła (choćby z jajami) i jednocześnie robiących mnóstwo złego.

          • Czy chodzisz go Kościoła, czy nie – zło wyrządzane przez Ciebie innym i sobie jest tak samo pełnowartościowe. To właśnie jest niesprawiedliwe traktowanie katolików, że skoro wyznają wartości i dążą do ich spełniania – to powinny być chodzące ideały. Sęk w tym, jak być nieidealnym i ciągle walczyć o lepsze. Tego uczy nas wiara w miłość i miłosierdzie, które wspaniała większość nazywa hipokryzją.

  • Piotr

    Masz rację, jakoś świątecznej kojarzy się nam Gwiazdka, a to Wielkanoc jest podstawą wiary chrześcijańskiej, wiara w zmartwychwstanie Jezusa… Wspominki Wielkanocne pasz zupełnie takie same jak ja, a teraz coraz bardziej komercji, coraz mniej rodziny przy tym śniadanku niedzielnym…ech czasy

    • Dlatego takie proste rzeczy są ważne. Bezduszna komercjalizacja będzie postępować, to pewne, ale świadomi ludzie nie muszą z nią walczyć. Wystarczy, że będą dbać o to, by nie bić jej pokłonów :)

  • Firefly

    Świetne przedstawienie świąt, ja osobiście nie jestem katolikiem ale święta obchodzę z uwagi na rodzinę, tylko właśnie przeszkadza mi ta ich wyniosłość, modliwtwy,siedzenie w kościele. Dla mnie święta to bardziej czas spędzony z rodziną :)

    • W większości tak postrzegamy Święta, katole też :) W jakimś sensie to też świadczy o ich mocy, gdy wszyscy razem spotykają się przy wspólnym stole i rozmawiają. Prawie nigdy nie ma na to czasu, a Święta są świetnym pretekstem, żeby się zatrzymać.
      Święta są dla nas, nie my dla Świąt. Nie odbiera to im ich powagi i ważności.

  • Ja bym jeszcze dodała Triduum Paschalne, gdy stoi się gdzieś na zdrętwiałej nodze i uczestniczy w niesamowitych rzeczach, w kościele jest masa ludzi, dużo skupienia – widać, że wcale nie ma kryzysu, a w ludziach jest potrzeba czegoś głębszego ;)
    ps. ja nie umiałam aż tak ‚lżej’ podejść do sprawy, ale może dlatego, że pisałam o Triduum, które zawsze otwiera mi oczy na rózne rzeczy ;)

  • Kiedy byłam mała i szliśmy na święconkę, mieliśmy z bratem dwa koszyki i zawsze licytowaliśmy się, kto ma lepsze rzeczy w swoim i usiłowaliśmy nimi handlować między sobą, żeby osiągnąć pożądany stan swojego koszyka. Do dziś pamiętam hasło: „kiełbasa za barana – uczciwa zamiana”.
    Na serio, zawsze miałam więcej szacunku do Wielkanocy: do tych długich obrzędów Wielkiego Tygodnia i niesamowitego klimatu rezurekcji.

    • Uczciwa zamiana świetna. Dzięki! :)

  • Kurczę, Muszkieter, ja już raz u Ciebie pisałam, że katolką nie jestem, bardziej protestantką, choć niedookreśloną (wszystko dlatego, że dużo mam „ale”, a im częściej czytam Biblię, tym mam ich więcej). Wielkanoc jest dla mnie bardzo istotna, bardzo magiczna (czy takie słowo tu pasuje?) i mocarna (jak napisałeś: śmierć dostaje kopa w dupę). Gdy jeszcze chodziłam do kościoła, bardzo lubiłam ten klimat Wielkiego Tygodnia. Miał moc.

  • Ch.

    Może i może wszystko. Ale ma nas gdzieś!

  • Bardzo podoba mi się ostatni akapit Twojego tekstu. Piszesz o rzeczach ważnych, które wielu osób nie interesują w taki sposób, że notkę czytało mi się rewelacyjnie i zaczęłam rozmyślać co dla mnie jest takim symbolem Wielkanocy. Na pewno koszyki, które w mojej wsi są przynoszone do mojego domu, a ksiądz przyjeżdża i święci. Sałatka warzywna – absolutny hit, rozmawiając ze sobą i żartując robimy ogromną miskę. Święta spędzamy w domu, przyjeżdża do nas rodzina, więc nie wyobrażam sobie świąt cichych, spędzonych w kilka osób. Tradycja oblewania się wodą trochę w mojej rodzinie zanikła, ale za to nie wyobrażam sobie świąt bez uczestnictwa w mszach. Ta cisza w kościele, kiedy używane są tylko kołatki ma w sobie coś takiego uroczystego. W takich podniosłych chwilach jeszcze bardziej cieszę się z faktu, że wierzę w to, co się dzieje, a nie biernie uczestniczę we mszy bo mama kazała.

    • Cieszę się, że tak odbierasz Święta :)