Świadomy brak świadomości

Świadomy brak świadomości

Odbyłem kilka gorących rozmów na temat mediów społecznościowych. Sam nigdy nie byłem do nich przekonany, więc w jakimś sensie jestem „spóźniony”, ale dałem sobie czas, by się uczyć. Uderza mnie brak świadomości rozwoju social mediów, w dodatku wybierany świadomie. I to jest chyba największy dramat.

„Fejsbuk to pustka”

Wszystko może być pustką, nie tylko fejsbuk, dlatego jeśli ktoś tak twierdzi to uważam (choć Mark mi za to nie płaci), że niewiele o nim wie i nie korzystał z jego funkcji w sposób świadomy. Można do niebieskiej ikonki podejść jak Kajetan Obarski, bo wolny mamy kraj, niemniej to jak stosunek płciowy w półwzwodzie. Niby fajnie, ale jakoś nie do końca i z orgazmu nici. Inaczej na sprawę mediów społecznościowych patrzy Mikołaj Nowak, dostarczając wartościowych treści o historii ich rozwoju w Polsce, idei lub jak sam lubi określać – DNA. Ja za to słyszę od swoich znajomych, z którymi zdarza mi się widzieć prawie codziennie (więc mogę nazwać ich bliskimi), że przeginam z ekshibicjonizmem. Fakt, prowadzę fanpejdż Muszkietera, ale mam też swój profil prywatny, na którym pojawiają się inne treści. Na potrzeby nauki i zdobywania doświadczeń testuję czasem jak daleko mogę się posunąć z wrzucanym contentem, zwłaszcza na osobistym poletku. Niektórzy nie wytrzymują. Zaskakuje mnie jednak jak słabo muszą mnie znać, skoro nie czują ironii, sarkazmu lub daleko posuniętego dowcipu. Wiadomo, że granica między kiczem, a mięchem jest cienka i zrozumiałbym w przypadku osób, które mało o mnie wiedzą i nie nawiązaliśmy kontaktu w realu, ale znajomi? Zaskoczenie. Fejsbuk obnażył jedną rzecz, z której nie zdawałem sobie sprawy: silne wyobrażenia i projekcje. Nie można go zatem nazwać pustką. Jest całkiem niezłym miernikiem i weryfikatorem, na ile ludziska (bo ludzie to raczej nie) nieświadomie postrzegają Cię przez Twoje działania i fakty z Twoim udziałem w zderzeniu z ich wyobraźnią, opartą na obserwacji profilów w mediach społecznościowych. Tu dopiero zaczyna się pustostan i kiepskie, nieprawdziwe oceny. Czy zatem problemem jest kreacja, czy projekcja po drugiej stronie lajka? Nie da się odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie, bo (choć tego nie lubię) prawda pewnie leży pośrodku. Żeby to zrozumieć należy być otwartym, a to już zupełnie inna para laczków.

„Jestem otwarty”

Najczęściej osoby określone, mocno osadzone w swoich poglądach twierdzą, że są otwarte. Cóż za paradoks. Sam nieraz się na tym złapałem. Pozorne poczucie, że rzeczywiście chcemy słuchać, gdy okazuje się, iż wolimy mówić. Do tego tak, żeby nikt nie miał żadnego „ale”. Wytaczamy działa doświadczenia, wieku i świadomości, z których pociski mają zniszczyć wroga. Nie będzie jakiś tam ograniczony bęcwał rzucał nowinkami, które zdmuchnie czas. Tarcza świadomości okazuje się kokonem dla strachu przed nowym i innowacyjnym. Nikt nie lubi, gdy świat się zmienia i biegnie szybciej od niego, a już tym bardziej ten, co myśli, że ma dar od bogów i wszystko wie. Ja dziś czuję się jak Sokrates – wiem, że nic nie wiem i totalnie mi to nie przeszkadza. Napędza mnie do pozyskiwania informacji i nabywania nowych umiejętności. Fejsbuk, Twitter i inne społecznościówki będą mi służyć do komunikacji i nawiązywania nowych znajomości. Nic na to nie poradzę, przepraszam, nie chciałem. One zostały stworzone do tego, by łączyć. Nie chodzi już o te bzdurne lajki, ale o drugiego człowieka, który siedzi z myszką w ręku po drugiej stronie kabla. Interesują mnie jego myśli i jego zdanie oraz konfrontacja z moim. Słowo pisane nigdy nie zastąpi słowa powiedzianego prosto w twarz. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby dobrze go użyć i tę osobę zza komputera wyciągnąć na miasto, spotkanie, kawę, imprezę, drinka. Trzeba to chcieć widzieć. Kiedyś pisaliśmy listy, dziś wysyłamy maile. Nawet jeśli mamy sentyment do tradycji, to świat narzucił nam zupełnie inne standardy i tempo. Lepiej ćwiczyć niż później dostawać zadyszki lub, nie daj Boże, zawału.

Warto mieć świadomość swojego strachu i braku otwartości. Zazwyczaj chowają się one pod płaszczem „mądrości”, ale jak pisałem, ona wynika z doświadczeń. Nie można ich zdobywać stosując przesadną zapobiegliwość i uciekanie od dobrodziejstw technologicznych, bo analog jest najlepszy. Zawsze będzie, bez dwóch zdań. Możemy niechlubnie dożyć czasów, w których dostęp do niego będzie tylko przez zera i jedynki. Już teraz współczuję „świadomym inaczej”, gdy będą płakać nad swoim losem, bo nie nauczyli się jeździć na rowerze jak rozdawano je za darmo.

Skąd moja pewność, że tak będzie? Wiem, z doświadczenia.

photo credit: Intersection Consulting via photopin cc
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest2

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • rozsądna

    Czuję się wywołana do tablicy, bo nie mam konta na facebooku czy twitterze czyli nie angażuję się w social media. I rzeczywiście robię to świadomie. Nie czuję takiej potrzeby, a wręcz ogromną niechęć, gdyż dla mnie jest to pewien rodzaj ekshibicjonizmu i kreowanie własnego wizerunku. A ja wysoko sobie cenię prywatność i spokój – przypuszczalnie dlatego, że od dość dawna jestem tak zwaną osobą publiczną w moim mieście i wielu ludzi których mijam na ulicy czy spotykam w sklepach wie, kim jestem, a ja o nich nie wiem nic. I wcale nie chcę, żeby wiedzieli jeszcze więcej.

    Być może z powodu wieku i ustabilizowanej sytuacji rodzinnej nie mam potrzeby pojawiania się gdzieś w przestrzeni wirtualnej i nawiązywania znajomości, a moją potrzebę wymiany poglądów i gimnastyki umysłowej zaspokajają dyskusje na blogach, do których zaglądam czy spotkania z przyjaciółmi, z którymi znam się od podstawówki:)

    Przyznaję, że wiele lat temu założyłam konto na Naszej Klasie, bo namówili mnie przyjaciele, ale się srodze rozczarowałam. Ciągle zgłaszały się do mnie osoby, które słabo pamiętałam z czasów szkolnych albo wcale, otrzymałam wiele propozycji pójścia na kawę z odrzuconymi niegdyś konkurentami, jakieś dwuznaczne maile, ale wszystko przebiła bezczelna propozycja romansu od jakiegoś gościa młodszego ode mnie o kilkanaście lat, mieszkającego 50 km ode mnie, łącznie z gotowym wzorcem, jak mogłoby to działać. Dla mnie to był szok, bo jestem dość powściągliwa w stosunkach z innymi i zawsze utrzymuję dystans.

    Jednak mam świadomość, że dla młodych ludzi posiadanie konta na facebooku to niejako konieczność – moja córka studentka oświeciła mnie w tej materii. Na szczęście należę do innego pokolenia i mogę sobie odpuścić :)