Studia są dla studentów

Studia są dla studentów

Chwaliłem się ostatnio, że znów zostałem studentem. Mam o kilka lat więcej niż moi znajomi z roku i jak widzę sytuacje, w których płacąc za studia pochylają głowy, by jakiś wykładowca mógł ich po nich zdzielić, to zastanawiam się, co oni tutaj robią?!

Student na nowo

Biegam na zajęcia na kierunku zarządzanie. Studiuję zaocznie, bo na co dzień pracuję, choć pierwszy raz z uczelnią miałem styczność blisko 11 lat temu. Wtedy nie wiedziałem jeszcze jaki kierunek jest dla mnie najlepszy, bo taka jestem zdolniacha, że nie sprawiały mi problemu ani przedmioty techniczne, ani humanistyczne. Los chciał, abym wylądował na studiach na uczelni technicznej – AGH. Umęczyłem mojego inżyniera, nie będę ukrywał. Teraz wybrałem zarządzanie i słowo „wybrałem” jest kluczowe. Zdałem sobie sprawę, że tym razem nie chcę już studiować tego, co mi „wypada”, ale co mi najbardziej odpowiada. Cieszę się, że dożyłem wreszcie tego momentu.

Pierwsze zajęcia

Z zaczynaniem od nowa zawsze jest tak, że wszystko wydaje się albo super fajne, albo złe i nijakie. Dla mnie nowe zajęcia są ciekawe i twórcze. Nie ma na nich rewelacji i nowinek, a nawet pojawia się nudna matematyka wyższa (inżynierskie obliczenia z poprzednich studiów się na coś wreszcie przydadzą!). Radość sprawia mi to, że kumam. Zwyczajnie rozumiem o czym oni do mnie, choć bywają trudniejsze momenty (np. w ekonometrii). I to jest piękne. Czuję się na swoim miejscu, w dobrym momencie, tu i teraz jest mój czas. Ale… jest jedno „ale”. Może nawet dwa.

Jestęęę studentęę

Studiowanie jest fajne, jak się do niego dobrze podejdzie. Wcale nie chodzi tylko o stukanie i ciągle zanurzony w książkach nos (Chryzantemy złociste w półlitrówce po czystej). Nie do pojęcia jest jednak mentalność niektórych moich współtowarzyszy niedoli. Lubią nazywać się studentami, ale gdy przyjdzie co do czego, czyli prowadzący zapyta „czy to jest zrozumiałe”, a na ich twarzach kumacji próżno szukać – siedzą cicho jak trusie bojąc się wychylić, bo ten wstrętny profesor może ich czasem namierzyć i zniszczyć na egzaminie. Łomatko! Po co w takim razie tutaj są? Żeby wysłuchać tych wspaniałych tez, które wspomniany belfer chce im wtłuc do głowy i nic z tego nie przyswoić, a później szukać we własnym zakresie w obcych materiałach psiocząc, że „chujowe były te wykłady”?

Najgorsze jest to, że za to płacą, a za płacę powinna być praca. Niech pan profesor zapracuje na swoją pensję! Od tego jest. Przypominam: to prowadzący są dla studenta, nie student dla prowadzących. A teraz zakujcie to, zdajcie (sobie z tego sprawę) i nie zapomnijcie nigdy. Jeśli czegoś nie wiecie, pytajcie. To Wasze święte prawo. Nie patrzcie jak osły na gwiazdy, gdy jest czas na szukanie odpowiedzi.

Bo prowadzić to trzeba umić!

Byłem wczoraj świadkiem dwóch skrajnych zachowań prowadzących. Jeden, starszy i doświadczony, zrobił nam lekcję psychologii tłumu, narzekania na świat i życie oraz klasycznie utyskiwał nad swoim losem. Na szczęście robił to we w miarę słodko-gorzki sposób. Nie to w nim było najgorsze. Zapalał nas do wypowiadania się tylko po to, by za chwilę gnoić i mówić, że nic nie umiemy. Każdy ma swój sposób na motywowanie studentów. Ja za apelowaniem do rozumu (tak jak to robił on) nie przepadam, bo nie chcę czuć się jak gówno, gdy zapłaciłem za to, by mnie obsłużono po królewsku. Ten prowadzący najwyraźniej nie zrozumiał idei nauczania. Za to doskonale zdawał sobie sprawę jak skutecznie odbierać radość z pozyskiwania wiedzy. Brawo, panie psorze…

Spojrzałem później na moje notatki z tych zajęć. MA-SA-KRA! Nic tam nie było, poza paroma hasłami, chaotycznym przedstawieniem zagadnień i krótkiego „ale buc” na marginesie. Jaki prowadzący, takie notatki.

Inne zajęcia – ciężki temat, dużo liczenia, weryfikacje hipotez itepe. Prowadzący jasno i klarownie (wręcz podręcznikowo) przedstawił o czym będzie mowa, określił czego wymaga i ruszył z zadaniami. Pierwsze zrobił z nami, drugie mieliśmy już trzaskać sami, by później wspólnie z grupą pod jego okiem na tablicy rozłożyć je na czynniki pierwsze. Gdy już wszystko sobie poobliczaliśmy, zwrócił się do nas, czy rozumiemy i że teraz jest czas na szukanie odpowiedzi. Lica pobladły. Ja nie wiedziałem jakieś jednej rzeczy, więc rzuciłem bez ogródek czego nie kumam. Nie musiałem długo czekać, by temat został zreferowany, a moje parcie na wiedzę zaspokojone. Cała sala patrzyła na mnie jak na bohatera. Nagle okazało się, że jakaś laseczka też czegoś nie czai, więc posypały się pytania, a nasz prowadzący dzielnie i rzeczowo  na nie odpowiadał. Dało się? Ano dało!

Podobnie jak poprzednio, po zajęciach spojrzałem w swoje notatki. Porządek, konkrety, sam sok. Będę miał się z czego uczyć.

Epilogoapel

Nie dajcie się robić w wała. Szukajcie wiedzy, wymagajcie od swoich prowadzących kompetencji i profesjonalizmu, nie bójcie się ich, bo to Wy tu rozdajecie karty, Wy jesteście ich pracodawcami. Miejcie świadomość, że poziom Waszej wiedzy zależy od tego, ile sami chcecie jej wyciągnąć od profesorów. I nie róbcie tego dla mamy, babci, wujka, zajebistej laski z trzeciego rzędu i papierku ukończenia studiów. Zróbcie to przede wszystkim dla siebie.

Zdjęcie w nagłówku autorstwa Juan Antonio Torrent Almela
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Przychodzi taka studencina na wykład, dowie się z miejsca od wykładowcy, że w ogóle nie powinno go tu być, bo przecież Ci co teraz kończą licea to kompletni idioci, ale że to w sumie nie szkodzi że tu jest, bo i tak połowa studentów za pół roku odpadnie… Wykład nie zaczyna się wcale na podstawach, bo przecież podstawy powinieneś mieć z liceum, a że ich wcale nie było – Twój problem. Nie rozumiesz czegoś, pytasz – wykładowca zaczyna Cię wyszydzać, bo to proste i oczywiste, jeśli ma odpowiednio cięty język, to śmieje się z Ciebie cała sala. Nikt nie patrzy na Ciebie jak na bohatera. Po takich kilku przypadkach nikt nie ma już odwagi o nic pytać.
    I to nie są wyssane z palca historie, studia stacjonarne w Krakowie, uczelnia publiczna. Można teraz tutaj pieprzyć, że nie powinno nas obchodzić, co inni o nas myślą, że trzeba walczyć o swoje… Ale to pieprzenie, bo nikt nie ma ochoty być wyszydzanym bez wyraźnego powodu ani wyśmiewanym przez wcale nie lepszych – szczególnie, gdy idziesz na swoje pierwsze studia i zmieniasz środowisko. Na niektórych wykładach czy ćwiczeniach warto rzeczywiście pytać, ale na innych lepiej siedzieć cicho i przysiąść nad tym samym materiałem w domu…

  • Ciekawy temat. Ja również wybieram się ponownie na studia. I tez zapewne będę o jakieś 10 lat starsza od innych studentów. I też zastanawiam się nad zarządzaniem. Ale jeszcze szukam i orientuje się. Pierwsze studia nie były dobrym wyborem. Kolejne chce wybrać już mądrze. I też popełniałam te błędy o których piszesz, nie pytałam. A potem siedziałam nad notatkami z np; z budowy maszyn i gówno wiedziałam z nich. Teraz pójdę, zapłacę i będę pytać o wszystko. pozdrawiam, powodzenia.

    • Nie żałuję pierwszych studiów. Wiedza, a raczej sprawność obliczeniowa, którą na nich nabyłem teraz mi się przyda tutaj. Przeorano mnie, teraz czas, abym ja zaczął orać, ale już na swoim polu :) Powodzenia!

  • Ludzie nie lubią pytać. Boją się, że zostaną skarceni. A tak się zdarza w, jak podejrzewam, niewielu więcej, niż 5% przypadków. Bardzo niewielu.
    Ja osobiście czasem lubię się z wykładowcą pokłócić trochę na dany temat, na który wiem dużo i uważam, że nie wytłumaczył go dostatecznie. A zalewanie pytaniami również wykładowcę zmusza do skupienia się i wejścia na wyższy poziom. Więc warto, dla obopólnej korzyści.

  • Co prawda, to prawda. Najlepsze co można zrobić na zajęciach to pytać. Wykładowcy, tak naprawdę, uwielbiają być pytani. Ja obecnie zmieniłam kierunek (z licencjatu z socjologii wybrałam się na MSU z zarządzania :P) no i przyznaję, na jednym z wykładów nie kumałam nic. NIC. Więc podniosłam ładnie rękę i powiedziałam: „panie złoty, ja jestem socjologiem, ja nie do końca rozumiem, może pan jeszcze raz , ale jaśniej?”. Pan z radością wyjaśnił, wręcz ekscytując się szukaniem sposobu na uproszczenie tematu, a pół sali (bo coś koło tego jest z innych kierunków niż zarządzanie) uśmiechało się radośnie, ze ktoś wpadł na to, by zapytać. :)

  • Travelling Milady

    Mam nadzieję, że też dożyję tego momentu, kiedy będę wreszcie mogła studiować to co chcę. Na dotychczasowych studiach miałam podobną sytuację, jak piszesz. Kiedy wykładowczyni zapytała, jak nam się podobają studia, wszyscy rozpierzchli w przerażeniu wzrokiem po sali. A ja jedyna zdobyła się na odwagę, aby powiedzieć co myślę i bez głębszego zastanowienia palnęłam, ze studia są niemerytoryczne i nie tego się po nich spodziewałam. Zapadła krępująca cisza, ale cóż – nie zawsze prawda jest lekkostrawna;)

  • Wojciech Kopeć

    Z moich obserwacji i doświadczeń wynika, iż umiejętność zadawania pytań, drążenia i dociekliwości jest również pewną umiejętnością nabywaną na studiach – a wszak rok akademicki trwa w PL dopiero od 2 tygodni, więc może ciężko wymagać od różnych ludzi, zebranych w jednym miejscu, często z różnych szkół, by wdrożyli się w system akademicki. Prowadząc od pewnego czasu zajęcia ze studentami zauważyłem wielką różnicę między 1, 2 rokiem a 4, dla przykładu. Rzecz jasna im szybciej się tego nauczą (np od starszego kolegi) tym generalnie lepiej dla nich. Natomiast studentów też trzeba drążyć bo co z tego że mówią że rozumieją i nie ma problemu jak się zmieni minimalnie pytanie i potem problemy.

    Druga sprawa to podkreślanie, że studenci są pracodawcami, płacą więc mogą wymagać, bo to jest uczelnia by kształcić studentów itd. Nie wiem czy mówisz tylko o studiach zaocznych (niestacjonarnych)? Otóż bardzo często dydaktyka jest tylko dodatkową czynnością (przynajmniej na kierunkach ścisłych i technicznych), zazwyczaj na prośbę władz kierunku. Oczywiście to nie zwalnia prowadzących z wymogu jak najlepszego przygotowania i prowadzenia zajęć, ale twierdzenie że uczelnie istnieją tylko po to by uczyć studentów jest baaaardzo dużym nieporozumieniem.

    • Mówię głównie o studiach niestacjonarnych, ale uważam, że wszyscy płacą za szkolnictwo w podatkach. Z kosmosu się te pieniądze nie biorą. Dziwi mnie takie podejście samych doktorów/profesorów i władz, że dydaktyka jest spychana na sam koniec. Dlaczego? Dlatego, że gdyby nie ona, to Ci sami ludzie nie byliby ani profesorami, ani doktorami. Jeśli taka jest nie tylko tendencja, a norma, to nie dziwię się, że poziom wykształcenia pikuje w dół.

      Uczelnie nie istnieją tylko po to, by kształcić i edukować, tak? To jest totalne nieporozumienie twierdzić, że jest inaczej. Rozumiem, że badania i prace naukowe, tworzenie nawet konkretnych jednostek badawczych pod zagadnienie. To jest wszystko potrzebne, ale nie uważam, abyśmy mieli aż tak wiele wybitnych okryć i potrzebnych badań. Nieraz to zwyczajne wyszarpanie kasy z grantu i danie ludziom pracy za pieniądze, a nie tylko dla idei. PL w sprawie finansowania prac badawczych i rozwoju ma wiele do zrobienia. Nie można ich jednak przedkładać nad misję, jaką uczelnie mają od zarania. Edukować, uczyć myśleć i szukać wiedzy, inspirować do pracy nad sobą.

      • rozsądna

        Popieram Twoje podejście :)

  • Tak to już jest, jak przez lata trafiali się nauczyciele, którzy w szkole średniej, gimnazjum czy podstawówce uważali się za bogów o nieograniczonej władzy nad uczniem. Brak pokory wśród uczących i ich krzyki dotyczące niezrozumienia tematu („No jak to nie rozumiesz?! Przecież wszystko jest na tablicy!”) skutecznie zabiły chęć do zadawania pytań. To tak jak z eksperymentem z małpami i drabiną. Nikt nie zadaje pytań, bo wie, że jest za to kara, choć nie wie, skąd się to wzięło. Paranoja. Tu już nawet nie chodzi o płacenie czy nie za pobieranie nauki.

    • Sakwan, przecież Ci ludzie ponoć są inteligentni i nie są małpami ;) To mnie dziwi, że w głowach zostało im takie dziecinne podejście, a studia przecież mają nauczyć samodzielnego myślenia, podejmowania decyzji, wyborów. Jak sam student kastruje się z wyboru, to umiera jedna panda, a ja jestem jednak proekologiczny.

  • Lovelovelove. O to chodzi. Pytać nie pytam. Ale prowadzący, który powiedział, że skoro się tu dostalismy to jesteśmy mądrzy i coś umiemy i mamy się nie bać, tylko przetrawić w domu itd. I się nie zrażać. Pewnie nie ma nas za mądrych (mam ojca wykładowcę, wiem, co myślą o studentach), ale podejście ‚dacie sobie radę’ pomaga. Lepsze niż profesor, który za to, że ktoś nie wie darł się, aby z nim nie dyskutować skoro się nie ma wiedzy i robiący wykład 30min pt. dlaczego ktoś nie ma racji, sprowadzający sie do tego, że wszyscy jesteśmy idiotami.