Spalone mosty

Spalone mosty

Szukamy podobnych ludzi – mówiących podobnie, myślących podobnie, żyjących podobnie. Po jakimś czasie okazuje się, że to pułapka, z której trudno się wydostać.

Znajomości, które zawieramy opierają się na początku na fascynacji i zrozumieniu. Wszystko wydaje się takie piękne i nieskazitelne. Wow! Nadajemy na tych samych falach! Radość przepełnia każdą chwilę spędzoną razem i nieważne w jakiej jesteśmy relacji: kumpelskiej, przyjacielskiej czy miłosnej.

Któregoś dnia pojawiają się różnice zdań i nadchodzi chwila prawdy – uczciwego poznawania się. Nie wszystko nam się podoba w innych, pewne cechy zaczynają wkurzać, ale są jeszcze do zaakceptowania. Myślimy „przecież to mój kumpel, przyjaciel czy ukochana i dla dobra relacji MUSZĘ się pogodzić z tym, że taki jest”.

Jakoś się układa do czasu, gdy imć potwór wychodzi z ukrycia i bez pytania Cię o zgodę, objada się Twoją energią.

Wypędzenie potwora

Przychodzi taki czas, gdy w Twoim życiu wszystko odwraca się o 180 stopni. Słońce zaczyna świecić pod innym kątem, ta sama herbata smakuje już nieco inaczej, zamiast pomidorów wolisz ogórki, a jeśli już masz jeść, to nie wołowinę, a rybę.

Mówiąc krótko – Twoje preferencje się zmieniają, bo Ty się zmieniasz. To wspaniały moment próby dla Twojego ja. Często przecież nie dajemy sobie zgody na to, by coś zmienić w swoim życiu, w swoich nawykach i, co najtrudniejsze, w grupie swoich znajomych. „Co? Przecież ja nigdy tak nie robiłem, ja nigdy tak nie myślałem, ja byłem, do cholery, inny! To nie ja!”. Kiedy w Twojej głowie pojawią się podobne słowa, uświadom sobie, że jesteś niewolnikiem oczekiwań i wsadziłeś siebie za kratki, nie pozwalając zwiedzać świata i zaspokajać pragnień.

Zmieniasz się, codziennie. Co 24 godziny wychodzi z Ciebie coś, czego do tej pory nie znałeś. Jesteś tym, co jesz, więc jeśli karmiłeś się zawiścią, zazdrością, nienawiścią, pychą i gniewem – nie będzie przyjemnie, bo przerazi Cię ten potwór, którego z uporem maniaka hodowałeś. Może się okazać, że zjadł Cię w całości i nie zostawił w Tobie niczego, co dobre i wartościowe. Stwierdzisz z przerażeniem, że nie ma w Tobie ani grama Ciebie.

Pocieszę Cię – jeśli wypędzisz potwora, a w Twoim wnętrzu zawieje pustką, staniesz się gotowy przyjmować nowe, lepsze, świeże. Wszystko zależy od Twojej świadomości zachodzącego procesu. Jeśli jesteś gotowy do zmian, do restartu swoich marzeń, przyjaźni, miłości i realiów, które odbierasz jako Twój standard, powiem z uśmiechem – witaj w nowym klubie! Właśnie zacząłeś przemianę!

Tylko co zrobić ze starym klubem i jego bywalcami?

Zmienił się Twój standard

Zmiany najbardziej dotykają znajomych i przyjaciół. Coś o tym wiem, ale jestem szczęśliwy, że tak mocno doświadczyłem odrzucenia i braku akceptacji. Dowiedziałem się przez to więcej o sobie, więc dziękuję losowi i Szefowi z Góry, że dali mi popalić.

Spotkałem wielu wampirów emocjonalnych i mam masę blizn po kłach. Czasem przypomnę sobie skąd pochodzą poszczególne szramy, zwłaszcza wtedy, gdy ich dotknę. Choć wybaczyłem, nie potrafię zapomnieć. Może nawet nie chcę, bo to moje bezcenne doświadczenia, które chronią przed wchodzeniem drugi raz do tej samej rzeki.

Ale każdemu zdarza się popełnić ten sam błąd. Głowę trawi poczucie bezsensu: „jaki ja jestem naiwny, jaki głupi, jaki frajer!”. Nie boję się już tych uczuć, bo one są potrzebne, by oczyścić się i zmienić normę, a w domyśle – poprawić na lepszą i podnieść wymagania w każdej sferze. Również, a może nawet zwłaszcza, w sferze znajomych.

Poważne, gruntowne zmiany w naturalny sposób weryfikują znajomości. Zdarza się, że po remanencie duszy i przeoraniu się prawdą – naturalnie gaśnie chęć i potrzeba wspólnego obcowania, a zostaje krępujące przywiązanie. Próby przywracania świetności takim znajomościom kończą się fiaskiem, bo tak jak ludzi do siebie coś kiedyś przyciągnęło, tak samo teraz zaczyna odpychać.

Najtrudniej poradzić sobie z ambiwalentnymi uczuciami. Ze strony „porzucanego” wzbudzanie poczucia winy czy gorzki żal za traconą znajomością są nadmiernie praktykowanymi reakcjami, które tylko przejściowo utrudniają nieuniknione. Jednakże, ilu z nas poddało się walce o lepsze w czasie tego wyczerpującego mentalnie etapu? Bo przecież nie ma co palić za sobą mostów, choć już doskonale zdajesz sobie sprawę, że nigdy nie będziesz chciał z nich korzystać, więc prędzej zaryzykujesz i samodzielnie przepłyniesz żabką na drugi brzeg.

Potrzeba Ci akceptacji Twojej intuicji i działania w zgodzie ze sobą. Wbrew innym, wbrew ich oczekiwaniom, wbrew ich standardom myślenia o Tobie. Bo już nie jest jak „kiedyś”, które minęło. Właśnie nadszedł czas Twojego „teraz”, z którego wynika również przyszłość Twoich relacji z innymi.

Znajomi i przyjaciele nie żyją za Ciebie, ani dla Ciebie. Jeśli się od nich oddalisz, bo przestałeś czuć się dobrze w ich towarzystwie, nie pasujesz już do ich matryc, a wszystko w Tobie krzyczy „uciekaj!”, to możesz sobie pogratulować i rozpocząć nową przygodę.

Samotność w szczerości jest o niebo lepsza niż towarzystwo w kłamstwie.


Z ludzkimi postawami jest jak ze stronami czasowników:

  • czynna: Damian oddala swoich znajomych i przyjaciół.
  • bierna: Damian jest oddalany przez swoich znajomych i przyjaciół.
  • zwrotna: Damian oddala się.

Zdecydowanie najbardziej podoba mi się ta ostatnia. Słowa „zdecydowanie” nie użyłem przypadkowo, bo niektóre mosty i tak trzeba spalić, żeby zbudować nowe, te właściwe.

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Mówi się, że nie powinno się palić za sobą mostów, żeby mieć jakąś drogę ucieczki, tyle że te drogi mogą zbyt długo zaprzątać nasze myśli i hamować działanie. Nie rozwijamy się przez to. Rozumiem o czym piszesz, na szczęście w moim życiu, w tej chwili jestem otoczona przez cudonych, kochających mnie ludzi, chociaż przyznam, że nie zawsze tak było.

  • I to jest znów bliski mi temat.
    Przechodziłam ostatnio etap rozczarowywania się ludźmi (nawet najbliższymi) i weryfikowania przyjaźni. Byłam w tym nawet dość radykalna i wymyśliłam sobie nową życiową zasadę „nie muszę przyjaźnić się ze wszystkimi, którzy chcą przyjaźnić się ze mną”. I rzeczywiście, poluzowanie niektórych więzi wyszło mi na dobre. (Ktoś mądry powiedział mi, że jeśli człowiek się nie rozwija, to sam jest sobie winien, że traci przyjaciół. No więc kilkoro ludzi bez żalu zostawiłam za sobą, zwłaszcza tych, którzy naprawdę mnie skrzywdzili.)
    Ale dość szybko okazało się, że ci ludzie, których uważałam za słabszych ode mnie i jednocześnie źle na mnie wpływających – mogą mnie wiele nauczyć. Tak samo ja okazałam się im potrzebna. Nie ze swoją nową życiową mądrością, dobrymi radami, doświadczeniem, absolutnie nie. Czasem wystarczy tylko i wyłącznie bycie obok, podzielenie się czymś, zrozumienie. Oczywiście, jeśli jesteś na tyle odporny, żeby nie brać głęboko do siebie czyjegoś postrzegania świata. To jest to, o czym Ci kiedyś napisałam: nabieranie odporności, ale nie kosztem wrażliwości.
    I wiesz co myślę? Że świadome oddzielanie się od pewnych ludzi jest oznaką dojrzałości, kolejnym schodkiem na drodze do bycia szczęśliwym człowiekiem. Ale ciągła otwartość na te osoby, pozostawanie im pewnej furtki (czy właśnie mostu), to znów kolejny etap rozwoju. Cholernie trudny. Ale, jak zawsze, do ogarnięcia :)

    • Małgosiu, bardzo dziękuję Ci za ten komentarz. Znów pięknie uzupełnia muszkiecinę :) Mam akurat pod ręką cytat ks. Tischnera (bo jestem świeżo po filmie o nim):

      Kiedyś miłość bliźniego wy­rażała się w po­lece­niu „nie będziesz za­bijał niep­rzy­jaciół”. A te­raz do te­go przy­kaza­nia doszło no­we: „będziesz ro­zumiał niep­rzy­jaciół”. Mu­sisz ro­zumieć, bo niep­rzy­jaciel ma ci bar­dzo dużo do po­wie­dze­nia o to­bie sa­mym, o two­jej włas­nej sytuacji.

      Co do zostawiania furtki – to oczywiste, że jak będą próbowali przez nią przejść, to nie wolno im trzaskać w twarz. Niemniej wolę najpierw na progu tej furtki porozmawiać, zanim znów wpuszczę ich do mojego domu na herbatę. Z szacunku do siebie.

      • Właśnie zainspirowałeś mnie do zastanowienia się nad słowem „nieprzyjaciel” :)

        • Świetnie! Jak tylko spłodzisz kawał dobrego thinkstajlu – podziel się :)

  • O losie, ile ja mostów za sobą spaliłam…

  • „Bo przecież nie ma co palić za sobą mostów, choć już doskonale zdajesz sobie sprawę, że nigdy nie będziesz chciał z nich korzystać, więc prędzej zaryzykujesz i samodzielnie przepłyniesz żabką na drugi brzeg”.

    Mam tak samo. Często gęsto wolę wpław żabką niż skorzystać ze starych mostów, które zawsze prowadziły mnie na manowce, sprawiały, ze wracałam do nałogów i robiłam rzeczy, których potem się wstydziłam… To prawda, że nie ma sensu dwa razy wchodzić do tej samej rzeki. Ale zrozumiałam też, że jednak warto te mosty zostawić, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś zacznie ich remont… Nie tylko ja się zmieniam, inni tez się zmieniają. A skoro tak, to może się zdarzyć, że jednak nasze drogi znowu się skrzyżują…, ale to będzie już zupełnie inna znajomość i – paradoksalnie – tez poczuje się tę świeżość , o której piszesz.
    Dzięki za ten tekst, za szczerość i odwagę. Trochę w styku „Kramerowskim” – ale taki chyba lubię. ;-)

    • I to jest dobre spostrzeżenie, ale niestety w dłużej perspektywie – niezbyt mądre. Żyć dla siebie jest najtrudniej, a czekać na to, aż ktoś inny zacznie remontować swój most, by zacząć budować swój – naiwne.

      Nie skreślam ludzi, choć to może tak brzmieć. Skreślam ich szanse na poprawę, jeśli sami tego nie widzą, nie chcą widzieć, a wręcz uciekają przed swoimi problemami, projektując je na wszystkich innych poza sobą. Do wniosków, że „coś jest ze mną nie tak” i konstruktywnych działań trzeba dojrzeć, a przynajmniej być gotowym, by dojrzewać. To zawsze jest proces. Lubię takie procesy przeprowadzać na sobie, ewentualnie z innymi, jeśli tylko czuję, że po drugiej stronie mam kogoś, kto chce, ale np. boi się, nie potrafi. Wtedy wkraczam i pomagam.

      Jeśli jednak ktoś niszczy mnie dlatego, że chcę mu pomóc – dziękuję i wycofuję się. Ja temu człowiekowi nie pomogę, a to, że sam zniszczy siebie i ludzi wokół siebie – jest bardziej niż pewne. Jego wybór. Mój jest taki, by nie wchodzić w bagno, bo utonę.

      • Chyba mnie zupełnie nie zrozumiałeś, Muszkieterze. :-( Cóż, czasem tak mam, ze ludzie nadinterpretują to, co mówię, czy piszę, ale pewnie to ja komunikuję coś źle, przepraszam. Nie chodziło mi o to, by CZEKAĆ na to aż ktoś zacznie remontować swój most… Też uważam, że byłoby to naiwne, takie czekanie… Chodziło mi raczej o to, by być otwartym i brać pod uwagę, że taka zmiana może nastąpić, bo życie może zaskoczyć, drugi człowiek również. Mnie już nieraz zaskoczył.
        Nie chciałam tez sugerować, że skreślasz ludzi, o nie! Dlaczego tak to zrozumiałeś?
        Zgadzam się, że wewnętrzna przemiana to proces, często długi i żmudny i w sumie niewiele osób się na niego decyduje, a przynajmniej niewielu potrafi w nim wytrwać… Brawo, bo z tego, co zdążyłam zaobserwować, Ty w nim trwasz konsekwentnie i masz z tego dużo radochy. Super, tak trzymaj! Ja też całkiem niedawno (1,5 roku temu) rzuciłam palenie i strasznie mnie to jara. ;-)
        Zgadzam się, że należy unikać ludzi – psychicznych pasożytów…Tak tez robię. W sumie ze wszystkim się zgadzam, moja poprzednia opinia nie miała być kontrą, ale uzupełnieniem dla Twoich myśli.

        • Zrozumiałem, zrozumiałem :) Również rozwinąłem Twoją myśl, a czekania użyłem tutaj spoglądanie w kierunku nieswojego mostu, zastanawiając się „a może się zmienił?”. Jak się zmieni – to sam przyjdzie, przeprosi i będzie chciał budować na nowo. To, co najlepsze w takiej sytuacji to zajęcie się sobą, ot co. Budując siebie, nie wątpię, że z otwartością nie ma się problemu, więc miłe zaskoczenia innymi pojawią się paradoksalnie w momencie, gdy zwracamy się do siebie.

          Co do skreślania ludzi – niektóre mocne zwroty, których używam w muszkiecinach są bardzo niebezpieczne, bo mogą być opacznie zrozumiane. Czuję dużą odpowiedzialność za słowo, które kieruję do ludzi. Aby być prawidłowo czytanym używam nieraz podpórek, bo niektóre thinkstajlowe treści mogą być za gorzkie dla przybywających tu Czytelników. To taki rodzaj słodzika :)

          Nie martw się – ja nie biorę tak wszystkiego do siebie i jak nie będę czegoś rozumiał, zawsze dopytam.

          Co do pasożytów – nie da się ich uniknąć, bo są wszędzie, ale niekoniecznie trzeba się zgadzać, by z nimi żyć. Próbuję w każdej muszkiecinie powiedzieć, że wybór z kim i jak żyjesz – zleży właśnie od nas samych.

          • Oczywiście, że „wybór z kim i jak żyjesz – zależy właśnie od nas samych”… Przestrzegam tylko przed pochopnym wyciąganiem wniosków i ocenianiem innych ludzi… To, że w danym momencie wydają się ślepi i głusi, nie znaczy, że któregoś dnia nie może się to zmienić. Tzw. „pasożyt” też może się kiedyś ogarnąć. Nie znaczy, że mamy tego wyczekiwać i że mamy wciąż z nim przebywać, ale nie można wykluczać, że któregoś dnia wróci i sam o sobie przypomni i może być to już zupełnie inny gościu…całkiem do rzeczy.

            Inna sprawa, że może zdarzyć się również tak, że to ja jestem tym pasożytem, który nie daje żyć innym. Mogę nawet żyć w złudnym przeświadczeniu, że pomagam innym zrozumieć czy zmienić siebie, mogę mieć się za wspaniałego coach’a, wręcz zbawiciela świata a tak naprawdę tylko narzucać innym swoje „mądrości” (czasem nawet poparte tzw. „doświadczeniem”), zupełnie nie biorąc pod uwagę, że każdy ma inną drogę do szczęścia… To, że u mnie coś zadziałało -nie znaczy, że będzie działać u drugiego… Sorry, ale tzw. nowoczesna psychologia, która „powie ci jak żyć” ostatnio trochę mnie denerwuje, a nawet śmieszy… Do coachingu też podchodzę z dużą rezerwą. Mówią: „chcieć to móc”. Ale już nie powiedzą ci co zrobić, żeby się chciało… Wiele osób wie jak powinno żyć, ale zupełnie nie ma siły, by to zrobić. Nie oszukujmy się – tylko jakiś stosunkowo niewielki procent ludzi znajduje na to siły… a kluczem jest najczęściej wiara, którą albo się ma albo nie i tego nie da się tak po prostu wypracować. O wiarę można jedynie prosić… (oboje wiemy Kogo)

          • I tego trochę nie rozumiem. Co dają Tobie te niepochopne wnioski? Chcesz być nieomylna, nie chcesz nikogo skrzywdzić? Pytam z zupełnej ciekawości, bo bardzo bronisz się przed odcięciem w 100% od ludzi, którzy Ci nie pasują, przed paleniem mostu. Dlaczego?

            Co do drugiego akapitu – posłużę się biblijnym cytatem: „po owocach ich poznacie”. Nie wiem co to jest nowoczesna psychologia, poważnie i nie uważam, żeby ona cokolwiek mówiła na temat życia. Ona daje propozycje podparte badaniami, z których wolny człowiek może, a nie musi korzystać. Wolna wola :)

            Mam niewielkie doświadczenie w coachingu, ale chcę zostać dobrym, ugruntowanym w wartościach trenerem osobistym. Na aktualny stan mojej wiedzy nie powiedziałbym w życiu nikomu, że „chcieć to móc”. Rzekłbym raczej, że „chcieć to mieć możliwość, a korzystać z tej możliwości, to móc i przekuwać ją w działania, które dają mierzalne efekty”. To taka walka ze samym sobą, aby siebie przekonać i jak to zrobić, by się chciało – coach Cię nie nauczy. On raczej zada Ci pytania, w których sama zauważysz, że odpowiadasz na nie. On Ci pokaże perspektywę, którą Ty rysujesz mówiąc, ale kompletnie tego nie słyszysz.

            Praca nad sobą, to już Twój wybór. Każdy ma tę siłę w sobie. Coach pomaga ją obudzić, a wiara w to, że ją masz – to znowu Twoja praca :) Bóg pomaga, oczywiście, ale nie zrobi nic za Ciebie. Mnie wystarczy, że Pismo mówi, że zostaliśmy stworzeni na Jego podobieństwo. Co mi więcej trzeba jako argument, że mogę robić wielkie rzeczy? :)

          • Pytasz się dlaczego nie chcę palić mostów? Zależy co rozumiesz pod pojęciem mostu, bo ja niekoniecznie rozumiem tu otwarcie na „odgrzewaną” przyjaźń, choć tak owej również nie wykluczam. Skoro Pan Bóg daje nam zawsze kolejne szanse i nie burzy z nami żadnych mostów to ja też powinnam dawać taką szansę bliźniemu swemu, nie sądzisz?. To nie znaczy, że muszę się przyjaźnić ze wszystkimi lub wracać do starych przyjaźni. Nawet jeśli mój dawny przyjaciel się zmienił, naprawdę nie muszę się z nim więcej przyjaźnić… Jeśli tego nie czuję, to oczywiście tego nie robię. Nie ma sensu na siłę do czegoś wracać, ALE – jak już wcześniej pisałam – czasem życie nas zaskakuje i ludzie nas zaskakują… i byłam świadkiem tego, że czasem „resuscytowane” przyjaźnie, a nawet miłości są nawet mocniejsze. Takie rzeczy naprawdę się zdarzają. Może nieczęsto, ale jednak… Chodziło mi jednak nie tyle o powrót do przyjaźni, ale o to, by nie odwracać się od „spalonego” przyjaciela, w sensie: już nigdy się do niego nie odezwę, nie znam go, nie obchodzi mnie, chcę go zapomnieć. Nawet trudne przyjaźnie są po coś,mają nas czegoś nauczyć i możemy być za nie wdzięczni. „Nie burzyć mostu” oznacza dla mnie czasem: pomodlić się za tego, kto część życia mi „zmarnował”, skrzywdził, „sprowadził na złą drogę”. „Nie burzyć mostu” oznacza zwyczajnie życzyć mu dobrze… :)

            Wszystko, co napisałeś o swoim rozumieniu coachingu, świadczyłoby, że chyba masz dobre o nim pojęcie. Dobry trener – jestem przekonana – oprócz tego, że uczy czegoś innych, musi być też otwarty na to, by uczyć się od swoich „uczniów”… Metoda pytań – sokratejska – popieram – zwykle się sprawdza. Ważne jednak, by wcześniej sobie samemu zadać te same pytania… Ale, co ja Ci tu opowiadam? Pewnie dobrze o tym wszystkim wiesz.

            Drogi Aramisie, ;)
            Nie twierdzę, że nie ma dobrych „coachów”, ale w praktyce znam ich niewielu. Pewnie to kwestia wartości, o których wspomniałeś. Bez odpowiednio ustawionej hierarchii wartości, nie ma mowy o dobrym prowadzeniu… A jak sam na pewno dostrzegasz, za kryzysem wartości w świecie niestety idzie kryzys dobrego przewodnictwa. Pewnie dlatego mam takie a nie inne skojarzenia/doświadczenia z coachingiem. Autentycznie dobrzy i mądrzy przewodnicy są na wagę złota. Mam nadzieję, że zasilisz ich szeregi.Takie masz rokowania i tego Ci życzę.

          • „niekoniecznie rozumiem tu otwarcie na „odgrzewaną” przyjaźń, choć tak owej również nie wykluczam” – tego nie rozumiem. To taki dualizm, brak spójności. Zwłaszcza, żeby zauważyć czy się zmienił – znów musisz poznać tę osobę, na nowo.

            Ludzie się do siebie zbliżają z jakichś powodów. Ludzie się od siebie oddalają też z jakichś powodów. Sztuką w obu przypadkach jest je zrozumieć i zaakceptować.

            Dlatego palenie mostów dla mnie to jak zamykanie rozdziałów. Jeśli nadarzy się okazja i będzie potrzeba – zbudujemy nowy most, który ze starym nie będzie miał absolutnie nic wspólnego.

            Być wdzięcznym za doświadczenia – oczywiście. Często błędem jest jednak życie tymi doświadczeniami, zamiast zdobywanie kolejnych.

          • Oj tam, oj tam.Nie musisz tak od razu wszystkiego rozumieć.Czy musisz? ;)
            Ja tam braku spójności nie dostrzegam – może z racji, żem inny gender.
            Napisałam „niekoniecznie”, czyli wcale nie musi chodzić o odgrzewanie. Nie musi, ale może… Czysta logika!
            Wiesz co? Zwał jak zwał. Jeśli chodziło Ci o zamykanie rozdziałów, to się zgadzam, każdy następny most nawet z tą samą osobą,to już nie ten sam most. Uroczo to ująłeś. Czyli dopuściłeś w tym momencie powrót do relacji z tym „spalonym” niegdyś osobnikiem – chcąc nie chcąc. Tośmy się chyba wreszcie po wierzchu dogadali. Jak sądzisz? A nawet jeśli tylko tak mi się zdaje, „no problem” – nadal będę Cię czytać. ;)

            No i oczywiście zamknięcie się na nowe doświadczenie i kotłowanie się wiecznie w tym samym sosie doświadczeń oczywiście zawsze jakoś ogranicza.
            Ok. Lepiej zdradź jakie to „podpórki” stosujesz w dyskusji z dyletantami na Twoim blogu. ;)

          • Już kiedyś palili ludzi na stosie. Nigdzie nie napisałem, że palenie mostów to palenie osób :)

            Dlaczego uważasz, że powinniśmy się „dogadać”? Co to znaczy? :)

          • Nie napisałam wcale, że powinniśmy. Napisałam? :)

          • „Tośmy się chyba wreszcie po wierzchu dogadali. Jak sądzisz? A nawet jeśli tylko tak mi się zdaje, „no problem” – nadal będę Cię czytać. ;)”

            Ten cytat na to wskazuje :)

          • Wcale nie wskazuje, że coś powinniśmy. Zostało tylko zadane pytanie, czy to zrobiliśmy. :)

          • Co sugeruje, że powinniśmy. Ale wiesz co? Jestem już nieco zmęczony tym przerzucaniem się z Tobą, bo nic poza retoryką z tego nie wynika.

            Więc odpowiadając na Twoje pytanie – nie dogadaliśmy się, nie musimy się dogadywać. Jedyne, co powinniśmy to się szanować. Szanując więc mój czas, oddalę się, by robić coś bardziej konstruktywnego :)

            Dziękuję za dyskusję.

          • Przykro mi, że dostrzegasz w tym tylko retorykę. Dla mnie było to coś więcej.Dzięki za owocną dyskusję. W przeciwieństwie do Ciebie, coś z niej jednak wyniosłam.

          • Jednak jesteś bezczelna. Nie wiesz, co wyniosłem z tej rozmowy, a sugerujesz po raz kolejny, że wiesz. I tak wkoło Macieju. Mów proszę o tym, co wiesz, a nie, co Ci się wydaje, zwłaszcza, gdy używasz trybu oznajmującego. Chcę się tutaj czuć dobrze, bo to mój blog, więc dyskutuj z tematem, jeśli masz ochotę. Szukanie dziury w całym, brak odpowiedzi na pytania odbieram jako sztuczne budowanie temperatury. Takie mosty palę niestety, dlatego proszę Cię – przyjmij zasady, które tu panują albo odejdź. Inaczej będę musiał pozbawić Cię dostępu do bloga.

          • A jeśli chodzi o tego „spalonego”, specjalnie wzięłam go w cudzysłów, bo nie miało być to odczytane dosłownie, ale miało żartobliwie nawiązywać do „spalonych”mostów, które zresztą też są wyłącznie metaforą. Widzę,że wcale nie odebrałeś tego jak żartu, ale raczej jak zarzut względem siebie. Zupełnie niepotrzebnie. Od samego początku pisałam z pełną życzliwością i dobrą wolą… Wyszło jak wyszło. Teraz już wiesz o co mi chodziło, gdy pisałam, że ludzie mnie „nadinterpretują”… i ciężko mi się z nimi dogadać. To pewnie wszystko te cholerne metafory,które są zrozumiałe tylko dla mnie. :(
            Cóż. przepraszam, naprawdę nie miałam złych intencji. Co złego to nie ja.
            Dobrej nocy.

          • Po raz kolejny bawisz się w interpretację, która mija się z prawdą. Nie odebrałem tego jako zarzut względem mnie, zupełnie. W dodatku czuję się, jakbym rozmawiał z kimś o wielkiej labilności emocjonalnej.

            Gdy piszesz „to ludzie nadinterpretują” i „ciężko mi się dogadać”, to od razu bardzo dużo mówisz o sobie. Jak skierujesz problem komunikacyjny w swoim kierunku, może przestanie on istnieć, a interpretacja ludzi wreszcie zacznie być zgodna z Twoimi oczekiwaniami.

            Tego Ci życzę – dobrej komunikacji z innymi i odpowiedniego komunikowania siebie. Życie staje się wtedy dużo łatwiejsze :)

            Powodzenia!

          • Nie sugeruję, że wiem, co wyniosłeś z naszej rozmowy, ale sam stwierdziłeś że to była tylko retoryka. Skoro tylko retoryka, to co miałam pomyśleć?
            Sam kilka razy oskarżyłeś mnie że coś sugerowałam, a wcale nie to miałam na myśli,co Ci się wydawało. Nie bierzesz tego pod uwagę? Naprawdę widzisz we mnie tylko złą wolę, a nie inną wrażliwość, której nie rozumiesz? Spróbuj przeczytać moje posty z myślą, że chciałam dobrze, ze czasem po prostu gdzieś zażartowałam szczerze i nawet emotikonkę odpowiednia wstawiłam, żeby to zaznaczyć… Jak tak przeczytasz, to ciekawe, do jakich wniosków dojdziesz? Zapewniam Cię jeszcze raz że od samego początku dążyłam do tego, by zrozumieć Twój tok myślenia, wielokrotnie się z Tobą zgadzałam,nawet gdy Ty uparcie się ze mną nie zgadzałeś… Jeśli mi nie wierzysz, trudno.

            Mówisz, że mam skierować swoje problemy komunikacyjne na siebie. A co ja robię? Siebie winię przecież – swoje metafory chociażby. Nieraz napisałam Ci że biorę pod uwagę, że może źle się wyraziłam… Gdybyś był wobec mnie uczciwy, zauważyłbyś to, a nie atakował i przyjął moje przeproszenie a nie mnożył oskarżenia. Twoja agresja bardzo mnie zaskoczyła. Co ja Ci, człowieku, takiego zrobiłam, że takie oszczerstwa rzucasz w moją stronę?
            Nie musisz mnie straszyć blokadą. Sama opuszczam Twojego bloga. Już nie czuję się tutaj dobrze.

          • Nie rozumiesz podstawowej sprawy, nad czym ubolewam. Spójrz jakich używasz sformułowań: oskarżałeś, zła wola, zgadzałam się z Tobą, a Ty uparcie się ze mną nie zgadzałeś, nie wierzysz mi, gdybyś był uczciwy, takie oszczerstwa rzucasz w moją stronę, straszysz mnie blokadą.

            Dużo tu żalu, dlatego, że nie czujesz się przeze mnie dobrze zrozumiana. Ja mógłbym zachować się podobnie, ale nie mam do Ciebie ani grama żalu, o nic Cię nie oskarżam i nie muszę się zgadzać z Tobą, bo akurat w tej muszkiecinie o zgodę się nie rozchodzi :) Jestem z Tobą absolutnie uczciwy i zakomunikowałem Ci jasno moją granicę, co odbierasz jako oszczerstwa.

            Nie czuję się za Ciebie w żaden sposób odpowiedzialny. Wszystkie słowa i zdania zostały użyte przeze mnie świadomie i mogą być wykorzystane przeciwko mnie :) Ale jestem odpowiedzialny tylko za nie i za siebie. Nie za Twoje emocje, a próbujesz mnie uczynić za nie współodpowiedzialnym, na co się jawnie nie zgadzam.

            Dlatego w jakimś sensie cieszę się, że ta rozmowa przebiegła w ten, a nie inny sposób. Dla mnie sprawa jest jasna i życzę Ci, aby i Tobie się wyjaśniła. Nie chcę jednak brać udziału w Twoim procesie zauważania prawdy. To już Twoja sprawa i ja się z tego wycofuję.

            Mimo wszystko, dziękuję i życzę Ci powodzenia!

          • Nie zaprzeczę, że ostatni mój post rzeczywiście był przeniknięty takimi sformułowaniami (dopiero ostatni), ale zauważ że zaczęłam takich słów używać dopiero po tym jak zacząłeś pisać w stylu „sugerujesz po raz
            kolejny…” Dopóki tego nie zacząłeś naprawdę wierzyłam, że tylko się trochę „droczymy” i nawzajem żartujemy, a tu nagle piszesz i że się ze mną męczysz i że rozmowa ze mną to tylko retoryka itp. Jak się miałam poczuć? Racja, że zaczęłam używać argumentów emocjonalnych, ale jestem kobietą, więc się zdarza (co wcale nikogo nie usprawiedliwia, ale się
            zdarza).

            Piszesz „o nic Cię nie oskarżam” a w innym poście „jesteś bezczelna”. Jeśli mówienie komuś że jest beszczelny nie jest oskarżaniem… to wybacz, ale chyba zupełnie innym językiem mówimy.

            Naprawdę nie dostrzegasz swoich błędów? Ja do swoich już kilkakrotnie się przyznałam przeprosiłam, a Ty cały czas tylko próbujesz mnie pouczać. Też mam szczerze dość rozmowy z Tobą i „nie chcę brać
            udziału w Twoim procesie zauważania prawdy”.. Dobranoc.

          • Cieszę się, że się rozumiemy :) Dobranoc.