Soczysta kurwa

Soczysta kurwa

Dużo przeklinam. Poważnie. I jestem tym trochę zaniepokojony, bo czasem nie da się inaczej jak polecieć soczystą kurwą. Nieraz mi siebie wstyd, ale już dawno postawiłem na szczerość przekazu (kosztem jego wyrazu) i jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłem. Wolę kolczasty język niż puste wnętrza.

Czy wulgaryzmy dodają wiarygodności?

Można by na tę sprawę popatrzeć z punktu widzenia członka społeczeństwa, który załóżmy postrzega siebie jako tego „na poziomie”. Wtedy wulgaryzmy i przeklinanie są odbierane jako prostactwo i miska zupy z buraków. Może i słusznie, bo jak idę na bankiet do senatora (no no!), to trzeba się wyrażać kwiecistą polszczyzną, ma pachnieć z buzi i spod pachy. Co z normalnymi sytuacjami życiowymi? Czy i tutaj trzeba czynić zabiegi typu „kurWarszawa!”, gdy się wypsnie za dużo, a towarzystwo mrozi wzrokiem i smaga biczem braku akceptacji? Nie, nie i jeszcze raz, kurwa, nie. Nie trzeba, bo można to mieć głęboko w nosie (napisałbym w dupie, ale wyszedłbym na prostaka).

Ale wracając do pytania – czy bardziej wiarygodny jest skurwowaniec, czy jednak fiołkowy mówca, który na dodatek rzadko kiedy wie, o czym mówi (bo nie zna znaczenia używanych wyrazów), a gdyby jego wypowiedzi potraktować jak kilogram pomarańczy, to można by z nich wycisnąć może napój (bo o soku 100% zapomnij!)? Odpowiedź zawarłem już w pytaniu. W kurwie jest więcej pełnowartościowego soku, ale z racji tego, że za zdrowa nie jest, to nie zaleca się używać jej zbyt często. Osoby, które próbują walczyć z wulgaryzmami mają nie lada problemy, bo same siebie blokują, stając się przez to mniej szczerymi. A ja jestem zawsze za tym, by sprawę postawić jasno i jak trzeba, okrasić ją kurwą (Strach przed stawianiem sprawy jasno). Mylę się? Może, ale dla mnie to jest zdrowsze zachowanie.

Wyszukane słownictwo = wysublimowane towarzystwo

Pracuję w kulturze, ale jak czasem próbuję posłuchać z dystansu swoich rozmów z osobami z branży, to wydaje mi się, że z kulturą to my nie mamy nic wspólnego. Z drugiej strony królestwo kurwy i jej wszyscy poddani po prostu skracają dystans między ludźmi. Moi starsi koledzy twierdzą, że kiedyś w ogóle to opanowanie przy pierwszym kontakcie było dużo mniejsze. Wszyscy mówili sobie szybciej per Ty, łatwiej się rozmawiało, sprawniej dogadywało. Nie lubię tego syndromu kiedyś, ale jak tak spoglądam i na moją rzeczywistość, to zgadzam się – papieskość jest w cenie. Im bardziej zawile mówisz, im więcej podajesz słów, które wkuwałeś po nocach z encyklopedii, tym wyżej znajduje się Twój piedestał. Im prościej, im kurwniej i bardziej bezpośrednio, tym niżej znajdujesz się w drabince społecznej. Bo żeś jest prostak. A jak prostak, to pewnie i do kieliszka zaglądasz. A jak do kieliszka zaglądasz, to pewnie jesteś złodziejem, bo każdy pijak to złodziej.

Jak kląć, Panie Muszkieterze?

Zwyczajnie. Za pomocą aparatu mowy. Robić to głośno i wyraźnie, żeby nie było niedomówień. I nie jakaś tam pupa, tylko dupa. Nie jakieś tam kurde, tylko kurwa. Nie pierdasisz, tylko pierdolisz.

I mogą się posypać na mnie gromy za to, że namawiam do przeklinania i używania wulgaryzmów, ale robię to dla Ciebie, i Ciebie, i Ciebie, abyście nie wstydzili się być ludźmi z krwi i kości, którzy swoje niezadowolenie potrafią wyrazić nie tylko poprzez grymas na twarzy, miękkie jak Miś Puchatek „do diaska!” oraz pachnące jak kwiatek „do pupy z tym”. Królestwo kurwy jest częścią naszej mowy, trochę niesprawiedliwie nazywanej podwórkową (czy już tylko na zewnątrz można przeklinać? A w domu jak cywilizowany człowiek to już nie wypada?). Nadużywać go – nie, używać – tak, z częstotliwością – naturalną dla siebie.

I tu pojawia się moje pierwsze postanowienie noworoczne: mniej kląć. Nie tylko na blogu, ale i w realu. Nie przeszkadza mi to (na razie), więc spróbuję dla samej zabawy wykorzystywania zamienników i dlatego mam do Ciebie prośbę. Napisz w komentarzu najzajebistszy substytut konkretnego wulgaryzmu, który mógłbym wtłoczyć do mojej splugawionej mowy. Dla najlepszego, który sam wybiorę, drobna nagroda niespodzianka do wykorzystania w Krakowie (zgłoszenia zbieram do 12.01.2014).

photo credit: Jesse Draper via photopin cc
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Mamy z ekipą z pracy taką zasadę, że przychodząc na plan z nowym klientem jesteśmy mili, nie używamy brzydkich słów a w razie afery stosujemy o kurczaki albo no motyla noga coby nie zrazic do siebie na początku ludzi. Ale mniej więcej po kwadransie do pół godziny grzecznie pytamy czy mozemy już mówic kurwa. I nagle atmosfera się oczyszcza i w zasadzie poza wyjątkami rzędu dwie trzy osoby na dziesiątki nikt nie wyraza sprzeciwu bo na co ja mam mówic barokiem, że ?och jakzesz jestem zirytowana ze ten oto metalowy statyw zaatakował mój piszel i jakaz jestem z tego powodu wielce niepocieszona” zamiast rzucic jedna soczytsą „kurwa” tudzież „ale przyjebałam” i mieć temat nie tylko opisania faktu ale również emocji z nim związanego z bani. trzy sekundy zamiast minuty. No rachunek jest prosty.

  • Ja, jak tattwa, mogłabym być marynarzem. I nijak się ma to tego, że posługuję się naprawdę przyzwoitym językiem i jeszcze bardziej przyzwoicie piszę. Jak kurwą wyjadę, to koniec świata. Ale raz za razem w język się gryzę, bo mam dziecko, które naprawdę niedługo zacznie mówić. Nie chcę, żeby kurwowało od małego, bo mamie się „wymsknęło”.

  • Przeklinam. Bardzo. Mogłabym być marynarzem. I nie walcze z tym jakoś przesadnie – może w pewnych kręgach (głównie chodzi mi o osoby starsze lub takie, którym podlegam, np. wykładowcy na uczelni) nie rzucam kurwami na prawo i lewo, ale nie mogę powiedzieć, żeby mi się nigdy nie zdarzyło.
    Nie dociera do mnie argument o rzekomym ubogim słownictwie, bo tak po prostu nie jest – używam takich słów, jakie są mi potrzebne w danym momencie, a znam sporo, ładnych i brzydkich, mądrych i totalnie prostackich.
    Zaczęłam kląć mniej, kiedy przestałam spędzać tak dużo czasu w środowisku, w którym było to na porządku dziennym. Teraz nie używam już „kurwy” jak przecinka, tylko kiedy chcę podkreślić coś, co mnie naprawdę denerwuje lub budzi inne intenstywne emocje. A zamienniki…szybko podłapuję teksty, które są mniej wulgarne, za to (przynajmniej w moim przekonaniu) zabawniejsze, zaczerpnięte z filmów, memów czy żartów. I tak zamiast „spierdalaj” mówię „goń się, leszczu” albo „umrzyj” / „giń”, co potwornie mi się podoba.
    Sporo osób mówiło mi też, że z powodu wady wymowy przekleństwa w moim wykonaniu są częściej zabawne niż naprawdę wulgarne. Trudno rzucić taką soczystą kurwą, kiedy człowiek nie wymawia „r” ;]

  • rozsądna

    Jestem obrzydliwie zrównoważona i generalnie nie przeklinam. Ale nie jestem święta i parę razy w życiu zdarzyło mi się przekląć pod nosem w skrajnych przypadkach (jak wtedy, gdy niosąc po schodach drewno do kominka upuściłam je sobie na stopę, a po tygodniu okazało się, że złamałam kość śródstopia i przez sześć tygodni musiałam chodzić w gipsie). Jednak w rozmowach z innymi nie toleruję takiego języka, bo jest dla mnie oznaką braku szacunku dla rozmówcy oraz braku panowania nad sobą i swoim życiem. Bycie szczerym nie jest jednoznaczne z byciem wulgarnym.

    Pilnuj
    swoich myśli, bo staną się twoimi słowami.

    Pilnuj
    swoich słów, bo staną się twoimi czynami.

    Pilnuj
    swoich czynów, bo staną się twoimi nawykami.

    Pilnuj
    swoich nawyków, bo staną się twoim charakterem.

    Pilnuj
    swego charakteru, bo ma wpływ na twoje przeznaczenie.

    http://www.tipy.pl/artykul_2434,jak-przestac-przeklinac.html

    • Brak szacunku do rozmówcy? Wytłumacz. Podobnie jak panowanie nad sobą i swoim życiem, bo to ciekawy wniosek :) Przeczytałem Twój link i szczerze, to jest tam sporo bzdur (tym bardziej, że jest napisany bardzo niespójnie – nie wiadomo, do kogo jest kierowany – czy do pracownika, czy nauczyciela, czy dziecka z gimnazjum, a według mnie wobec każdego inaczej wygląda sytuacja z wulgaryzmami).
      Podobnież z byciem szczerym. Przy kurwach zazwyczaj używasz emocji – nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by je potrafił udawać, nawet jak jest urodzonym aktorem. Czy bycie szczerym jest związane z byciem wulgarnym? Oczywiście, że nie, ale z kolei jeśli ktoś totalnie unika przekleństw i widać jak na dłoni, że się przy tym niesamowicie poci – traci na wiarygodności ;) Używać wulgaryzmów, a być wulgarnym, to oczywiście duuuuża różnica.

      Pilnuj
      tego czy potrafisz zmienić myślenie, bo nawet Twój charakter i przeznaczenie może okazać się niezłą kurwą.

      • rozsądna

        Nie musisz zgadzać się z moją opinią – nie ma takiego obowiązku. Być może Ty rozmawiając z osobami, które szanujesz używasz wulgaryzmów i nie uważasz, że to coś niestosownego, ale pozwolisz, że ja zostanę przy swoim zdaniu.

        Co do panowania nad sobą i swoim życiem – uważam, że każdy, kto panuje nad swoimi emocjami ma kontrolę nad swoim życiem. Rozumiem, że czasem każdego rozsadza złość i musi ją gdzieś wyładować, ale są na to inne sposoby niż bluzganie wulgaryzmami. I dla mnie nagminne używanie wulgaryzmów jest jednoznaczne z byciem wulgarnym. Co oczywiście nie wyklucza, że ta osoba jest jednocześnie inteligentna i wykształcona.

        Tak się składa, że obracam się w kręgach osób na stanowiskach, które sprawują władzę najwyższego szczebla w moim mieście. I zauważyłam pewną prawidłowość – ci, którzy kontrolują swoje emocje, nie plują wulgaryzmami w każdej stresującej sytuacji, znacznie lepiej radzą sobie na polu zawodowym i prywatnym, bo nie zrażają sobie ludzi, potrafią osiągać satysfakcjonujące obie strony kompromisy, budować autorytet, który jest w stanie przetrwać zawirowania polityczne. I skutecznie realizują swoje cele.

        Aha i jeszcze jedno – nie pocę się, żeby uniknąć wulgaryzmów – udaje mi się to bez problemów, automatycznie i bez wysiłku, bo po prostu nigdy nie nauczyłam się przeklinać.

        „Jeśli potrafisz zachować zimną krew, kiedy wszyscy tracą głowę, świat należy do ciebie” – Rudyard Kipling

        • rozsądna

          PS A propos tych zamienników przypomniałam sobie, że kiedyś wpadłam na jakąś stronę, gdzie polecano zastępowanie słów wywołujących silne negatywne emocje innymi, znacznie łagodniejszymi. Zapamiętałam jeden przykład:
          zamiast „wkurwia mnie to” używać „poniekąd budzi to moje niezadowolenie”

          To tylko słowa, a przecież zupełnie inny ładunek emocjonalny, nieprawdaż?

          • Bogactwo emocji polega na ich prostocie. Podobnież z prawdami – tylko te proste są wieczne.

          • Peter

            Wybacz szczerość, niepodpartą przekleństwem, ale to jest prawda z tych od Coelho.

          • Może. Jeśli coś jest mądre, to mam to w dupie, czy pochodzi od Coelho. Ile jego książek przeczytałeś?

          • Jeśli któreś argumenty są niemądre – warto wskazać które, bo inaczej mogę uznać Twoją wypowiedź za niezbyt mądrą.

            Tym różnimy się od zwierząt, że mamy świadomość tych emocji, a panowanie nad nimi – jak już wspomniałem – to bzdura.

            Jeśli wspominasz też o „blogu obok” i zaczynasz przywoływać przykłady z kosmosu niezbyt związane z tym, o czym my tu, to rzeczywiście chyba nie ma sensu z Tobą dyskutować. Pierwsza żółta kartka.

          • Selavi :)

        • Tu się zasadniczo różnimy, bo ja uważam, że nie ma czegoś takiego jak panowanie nad emocjami. One będą zawsze, a gaszenie ich czyni z Ciebie niewolnikiem swoich ograniczeń. Ja osobiście nie chcę już tylko sobie radzić i iść ciągle na tzw. kompromisy, bo wytłumacz mi jak można mieć dystans do najważniejszych w swoim życiu spraw? Nie można, a jak się ma, to znaczy, że nie są takie ważne.
          Grupa trzymająca władzę zrobi wszystko, aby ją utrzymać, a to już rzeczywiście ma więcej wspólnego z radzeniem sobie z wulgaryzmami, kompromisami w imię świętego spokoju i trzymania stołka. Przepraszam, może jestem mocno apodyktyczny w swojej ocenie tych sfer, ale mam różne doświadczenia, nie tylko te wyczytane z gazet.

          • rozsądna

            A ja mówię o tym, że nie można pozwolić na to, żeby to emocje panowały nad nami, targały nami od euforii do depresji, sterowały dowolnie naszym życiem. Jak we wszystkim, tak i tutaj potrzebna jest zasada „złotego środka”.
            Pozytywne emocje – jak najbardziej są niezbędne, sama uwielbiam się śmiać, żartować (zwykle z samej siebie, bo mam dystans do własnej osoby i wbrew pozorom bywam zabawna), tańczyć. Takie emocje dodają energii, przynoszą radość i optymizm.
            Ale negatywne emocje trzeba gasić, nie pozwolić, żeby zapanowały nad nami, znaleźć dla nich ujście – w moim przypadku świetnym remedium jest wysiłek fizyczny (sprzątanie czy praca w ogrodzie), słuchanie muzyki albo czytanie książek, bo natychmiast przenoszę się w inną rzeczywistość, zapominam o problemach i wyciszam emocje.
            A już przespanie się z jakimś problemem w ogóle daje inną perspektywę i zwiększa dystans.

            Być może podejście do tego tematu to kwestia osobowości i temperamentu, stąd te różnice :)

          • Rozumiem, że decyzje podejmowane emocjonalnie kończą się katastrofą, ale emocjonalność to jedna z głównych cech człowieka stanowiąca o jego człowieczeństwie. I możemy dywagować do końca świata o tym, czy złe emocje należy zastępować dobrymi. Ja uważam, że jedne i drugie trzeba umieć przeżywać a tzw. „panowanie” nad nimi to odpowiedni i racjonalny do nich stosunek. Nie da się „zastąpić” złych emocji dobrymi. One muszą umieć funkcjonować obok siebie. Inaczej staniemy się robotami z przyklejonymi uśmiechami.

            Naprawdę wierzysz w tzw. „złoty środek”? Można do niego dążyć we wszystkim, oczywiście, ale nie ma czegoś takiego. To idea gwiazda. Nigdy do niej nie sięgniesz, ale możesz się orientować :)

          • rozsądna

            Przez lata pracowałam z bardzo różnymi ludźmi. I miałam tez do czynienia z ludźmi, którzy w ogóle nie panowali nad swoimi emocjami. Wszyscy wokół musieli znosić ich humory, zły nastrój, kłótliwość, szukanie zaczepki, bo w domu coś poszło nie tak. Takie osoby potrafią zepsuć dzień każdemu, zdezorganizować pracę, wywołać tyle negatywnych emocji wokół, że rozchodzą się jak fala.

            Od lat jestem szefową różnego szczebla i takie osoby to koszmar. A czy Ty chciałbyś mieć szefa albo współprtacownika, który codziennie ma inny humor, zależnie od tego, co się stało w domu i którą nogą wstał? Drażliwego, chamskiego, emocjonalnego na maksa? Zapewniam, że były sytuacje, że dosłownie gotowałam się z wściekłości, ale nigdy nie okazałam tego współpracownikom wyładowując na nich swoje emocje, bo uważam, że szacunek należy się każdemu. Skoro ja wymagam szacunku dla siebie, to nie mogę go odbierać innym. A każdy ma swoją godność, zaś niektórzy, z powodu kompleksów, mają bardzo wrażliwe ego. To nie znaczy, że nie wyegzekwowałam od współpracowników tego, co chciałam. To znaczy tylko, że zrobiłam to grzecznie i stanowczo, bez emocji.
            Pochlebiam sobie, że jestem wystarczająco inteligentna, by każdego zachęcić do rzetelnej pracy dając każdemu to, czego najbardziej potrzebuje.

            I masz rację – zawsze dążę do „złotego środka”, co wcale nie jest łatwe :)

          • Mam wrażenie, że większość dywagacji odnosisz do pracy. Witaj w świecie pracoholików ;) Mówmy o emocjach ogólnie, a nie w kontekście budowania relacji zawodowych czy realizacji zadań przez team. Oczywistym jest, że w tych kategoriach unika się osób toksycznych, a za takie należy uważać osoby nie tyle emocjonalne, co niezrównoważone i przesadnie zakompleksione. Nie szukam ideału spokoju, ale cenię sobie komfort pracy, bo to on właśnie wpływa na efektywność.

            Pytanie do Ciebie w takim razie – czy jeśli miałabyś do wyboru wziąć do swojego teamu, obok zrównoważonych członków, jednego wariata, ale z tak kosmicznymi pomysłami, na które cały zespół razem z Tobą wzięty nie wpadłby do końca świata, za cenę jego humorów i dajmy na to ekstrawertyzmu, to co zrobiłabyś? :) Acha, zapomniałbym. Przy okazji nie stroniłby od kurew w sposobie wyrażania się.

          • rozsądna

            Tak i to bez wahania, bo wysoko cenię u ludzi kreatywność i niezależność. A poza tym taka osoba to też inspiracja dla innych.
            Żeby nie było nieporozumień – nie jestem świętoszkowata i nie wybucham świętym oburzeniem, jak ktoś przeklina. Po prostu sama tego nie robię i moje dzieci też nie. I też nie dlatego, że im jakoś zabraniałam. Chyba podziałał przykład – podobno przykład idzie z góry :)

            PS Na razie wyłączę się z dyskusji – muszę zawieźć syna na korki z matmy – matura za pasem :)

          • No nick masz nie od parady i ciągle czekam z utęsknieniem aż zarejestrujesz konto w Disq :)
            Dyskusja nigdzie nie ucieka – poczeka na Ciebie.

          • rozsądna

            Wracając do dyskusji :) – kontrolowanie negatywnych emocji uważam za wskazane także w życiu osobistym. Powiedzenie w nerwach paru słów za dużo i nie tym tonem może mieć przykre konsekwencje dla związku czy w rodzinie.

            „Słowo wylatuje ptakiem, a powraca słoniem”

            Dojście do obecnego poziomu zrównoważenia zajęło mi trochę czasu i pamiętam taki moment, gdy kompletnie puściły mi nerwy i dostałam tzw. białej gorączki. Nie miałam pojęcia, że jestem zdolna do takich emocji i takich zachowań. Mój mąż zresztą też nie miał :) Ale nie żałuję, bo wykrzyczałam wtedy wszystko, co mi leżało na wątrobie i uwierało, a do niego w końcu dotarło, bo delikatnych sygnałów jakoś nie przyswajał. Typ macho tak ma.

          • Zrównoważenie to nie to samo co panowanie nad emocjami. Podobnież kontrolowanie emocji, a co za tym idzie – sposobu ich ujścia – to również dla mnie nie jest panowanie :) Chyba dlatego polemizujemy, choć uważamy podobnie.

          • rozsądna

            Dla mnie dążenie do zachowania wewnętrznej równowagi emocjonalnej, niezależnie od warunków zewnętrznych, to właśnie panowanie nad emocjami. Kiedy jesteś wściekły, ale nikt wokół tego nie odczuwa,to znaczy, że panujesz nad tą wściekłością, a nie ona nad Tobą. Kiedy jesteś nieszczęśliwy, ale osoby wokół Ciebie tego nie dostrzegają, co najwyżej to, ze nie rozsyłasz, jak zwykle, uśmiechów, to znaczy, że panujesz nad tym uczuciem, nie zdominowało Cię i nie pozbawiło zdolności myślenia i podejmowania racjonalnych decyzji.

            PS Widzę, że usunąłeś komentarze Petera. Trochę mnie to zdumiało i chyba rozczarowało, bo obnażyło słabość i wrażliwość Twojego ego, które źle znosi wszelką krytykę. A przecież Ty sam nie oszczędzasz tutaj swoich komentatorów. Miałam nie umieszczać tej uwagi, ale zawsze stawiam na szczerość w kontaktach z innymi.

          • Odpowiem tylko na PS. Możesz być rozczarowana, trudno. Ja mam już dosyć niemerytorycznej dyskusji z osobami, które przychodzą szczekać. Jak widzisz – ciągle ze mną rozmawiasz, mimo tego, że mamy odmienne zdania na temat panowania nad emocjami i cały czas próbujesz mnie przekonać, że coś takiego istnieje, a ja nadal uważam, iż to pozorne piękne wyidealizowane słowo, które zupełnie nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Zaczynam coraz mocniej rozumieć siłę blogów i wybór takich, a nie innych zasad, które powinny działać z automatu. Zacznij pisać swój, to może zrozumiesz – ja nie rozumiałem do teraz. Miałem trzy etapy dojrzewania do usuwania, a dopiero wczoraj coś się zmieniło i nie żałuję wyboru innej polityki dyskusji. Jeśli Ci to nie odpowiada – możesz opuścić szeregi czytelników mojego bloga. Jak widzisz – też stawiam na szczerość.

          • rozsądna

            Nie usiłuję Cię przekonać. Staram się tylko jasno i klarownie przedstawić mój punkt widzenia wraz z uzasadnieniem.
            Staram się zwykle unikać wycieczek osobistych, żeby nikogo nie urazić (dyplomacja to moje drugie imię :)), ale mam chyba jakieś skrzywienie zawodowe, które każe mi analizować zachowania ludzi wokół w celu znalezienia ich mocnych i słabych stron, stąd moja uwaga.
            A że mam twardą skórę i wysoką samoocenę, to nie zraniła mnie Twoja uwaga o opuszczeniu szeregów czytelników :) Chyba będziesz mnie musiał sam wyrzucić, jak Ci się nie spodobają moje komentarze :)

          • Mnie rani pisanie głupot na mój temat, więc póki co też jeszcze nie udało Ci się mnie zranić, co nie zmienia faktu, że możesz się w mojej kwestii mylić. Ale na takie gadki to już nie czas, nie miejsce. Zostajesz póki co :)

          • rozsądna

            Dzięki :) I przepraszam za tę uwagę, ale miej świadomość, że takich jak ja – automatycznie szacujących mocne i słabe punkty rozmówców – jest całkiem sporo, dlatego należy chronić swoje słabe punkty i nie dać się prowokować. A w ostateczności krótko i stanowczo ucinać dyskusję.
            Jesteś młody i jak widać wrażliwy, a ja już zapomniałam, jak zawsze chciałam być przez wszystkich lubiana i podziwiana jako młoda dziewczyna :) I jak przeżywałam każde słowo krytyki, bo zawsze chciałam być najlepsza. A byłam też przy tym zadufana w sobie, bo sukcesy zawsze przychodziły mi łatwo i bez wysiłku. I tym gorzej znosiłam porażki, nawet drobne. Ale z wiekiem i doświadczeniem przychodzi siła i mądrość i teraz, po czterdziestce, mało co mnie rusza, stąd czasem bywam niewrażliwa i popełniam gafy :)
            Mam nadzieję, że mi wybaczysz przez wzgląd na moje siwe włosy :)

          • Zapominasz, że ja nie jestem blogiem, ale co mi tam, psychoanalizuj :) O wrażliwości napiszę kiedy indziej, niekoniecznie o wrażliwości na krytykę. Zbyt dużo mamy niewrażliwych skurwysynów wokół.

            http://www.youtube.com/watch?v=8chMc7Hp0rQ

          • rozsądna

            Jesteś najwyraźniej pełen sprzeczności. Czy mam rozumieć, że blog to takie Twoje alter ego? Skoro blog to nie Ty?

          • Ja jestem człowiekiem, a blog to mój dom. Połącz kropki i przestań analizować, wtedy łatwiej będzie Ci dotrzeć do wnętrza. Coś to Ty uważasz za równowagę i właściwą drogę nie musi być najlepszym wyborem. W pracy może tak, na blogu niekoniecznie. Weź to tylko pod uwagę i wystarczy mi już psychoanalizy :)

          • rozsądna

            OK :) Analizować zapewne nie przestanę (jak mówiłam to skrzywienie zawodowe), ale nie będę o tym pisać, więc możesz odsapnąć :)

          • Spójrz na to z tej strony – pominęłaś milczeniem rejestrację na Disq, piszesz anonimowo, czyli nie chcesz czegoś pokazywać tutaj, coś skrzętnie ukrywasz. Może na pisanie na blogach pod nazwiskiem nie możesz pozwolić sobie ze względu na te wyższe sfery, w których przebywasz. I mógłbym tak dalej snuć wywody i analizy, a w pewnym momencie dojść do tego, kim jesteś i co robisz, tylko, że ja tu wolę rozmawiać o Twoim zdaniu na temat, który poruszyłem. Chcesz ze mną o mnie podyskutować – zapraszam na maila – stoi otworem. Wyobraź sobie, że przyjdzie 10ciu takich ze zboczeniem zawodowym na mojego bloga – wytrzymam bez bana? :) Nie sądzę, taki jestem pełen sprzeczności.

          • rozsądna

            Masz rację, że chcę pozostać anonimowa, głównie z powodów zawodowych i wcale tego nie ukrywam :) Ale dyskutuję zawsze na temat notek, tylko dziś wyjątkowo zeszliśmy na temat Twojej osoby ze względu na zaskakujące (przynajmniej dla mnie) usunięcie przez Ciebie czyichś komentarzy.

            Komentuję zaledwie kilka blogów, bo nie mam na to dużo czasu i pierwszy raz spotkałam się z usuwaniem komentarzy, stąd moja reakcja na ten fakt.
            Zapewniam, że nauczona Twoją drażliwością w tej materii, postaram się więcej nie wspominać o Twojej osobie w kontekście notek i nie analizować Twoich zachowań :)

          • To mnie zaszczyt kopnął ;), dzięki! W każdym razie nie moja (wynikająca tylko z Twojej analizy) drażliwość powinna Tobą kierować w komentarzach, a temat. Jak zaczniemy schodzić na mnie – mogę pokazać czerwoną kartkę. Nie analizuj dlaczego, po prostu to zaakceptuj. Potrafisz? :)

          • rozsądna

            Twój blog, Twoje zasady :)

  • Peter

    Zwyczajnie mnie odrzuca od osób stosujących wulgarne przerywniki. Rozumiem (logicznie rzecz ujmując) wszelkiej maści usprawiedliwienia dla faktu przeklinania bez powodu, niemniej nie akceptuję ich.
    Cenię jednak tych, którzy sztukę przeklinania opanowali. Mam przez to na myśli umiejętność trafnej oceny sytuacji (czas, miejsce, towarzystwo) oraz dobór właściwych dla tejże słów.

    • Jeśli żyjesz w Polsce i nie akceptujesz wulgarnych słów… to musi Ci być naprawdę trudno.
      Ja z kolei nie akceptuję hipokryzji i zmiany zachowania, bez względu na to w jakim miejscu i towarzystwie się znajduję.

      • Peter

        Niespecjalnie.
        Sekret tkwi we właściwym doborze bliższych i dalszych znajomych.

        Hipokryzja nie jest tematem dyskusji, więc się nie wypowiem.

        • Sekret tkwi w tym, by umieć znaleźć się w każdym towarzystwie bez względu na to, czy rzuca się w nim kurwą, czy nie, zachowując przy tym swój charakter. Wtedy można sobie wybierać, zgadzam się :)

  • Podobno bogactwo języka określa się po ilości wulgaryzmów. A zdolności oratorskie po umiejętności ich różnorodnego używania. Skoro wulgaryzmy są, to trzeba ich używać. tylko trzeba wiedzieć z kim i o czym się rozmawia.

  • Wśród znajomych klnę, w wyższych towarzystwach wcale. Mam jakieś takie dwie osobowości, po jednej do każdej grupy, w której funkcjonuję. Koniec z tym. Chociaż trochę.

    • Twoje podejście implikuje zachowanie „wyższych sfer”. A to właśnie tam najwięcej się przeklina wbrew pozorom ;)

  • Karolina Franieczek

    Z tymi wulgaryzmami to jest chyba tak, jak ze wszystkim – wypowiedziane w nieodpowiednim (pojęcie względne) momencie, przez osobę, której nie wypada (niby dlaczego?) wywołują dezaprobatę i ogólną niechęć tych rzekomo lepszych. Prawda jest taka, że jak się człowiek zeźli i sobie kurwą rzuci to mu lepiej – po prostu. Jeśli więc „kurwa” i inne „chuje” nie są traktowane jak znaki interpunkcyjne, nich lecą w eter. Nie ma się co powstrzymywać. To tak, jakby się człowiek miał bać kichnąć – bez sensu.

    A jako zamiennik kurwy proponuję Ci kurczaka – http://www.youtube.com/watch?v=ChxzQ9pWntY :)

  • Wulgaryzmy łączą ludzi. Taki wniosek w sobotni poranek. Ja w ten sposób zawsze sprawdzam stopień zażyłości między facetem, a kobietą. Jeśli nie krygują się i potrafią użyć (kiedy trzeba) wulgaryzmu w dialogu między sobą – jest to dla mnie znak, że są blisko. Nie mówię oczywiście o sytuacjach patologicznych, agresji, przemocy, ale o ”normalnych”, ”zdrowych” ludziach.

    • Co innego łączy ludzi ;), nie bądź taki pochopny. Mimo wszystko ten głos w sprawie mówi właśnie jasno o tym jak postrzegamy wulgaryzmy i bąki w towarzystwie. Nie wypada, a fe, brak szacunku!, a tak naprawdę to zaczyna być sztucznie, gdy nie ma takiego dosyć liberalnego podejścia do sprawy. Sztuczności mówię NIE.

      • Oj tam, doskonale wiesz, że łączenie ludzi to było celowe uproszczenie. Ale tak, świetna diagnoza – sztuczności mówimy więc razem nie. A więc niech wulgaryzmy nie będą łącznikiem ludzi, a kryterium diagnozy dobrej relacji. Bo dobra relacja międzyludzka nie zna sztuczności.

  • Joanna Gwizdała

    Z tym przeklinaniem to jest różnie. Nie znoszę jak ktoś używa słowa „kurwa” jako przecinka. Zresztą czasem jak słyszę takie rozmowy to tam tylko spójniki nie są wulgaryzmami, ale to inna historia. Staram się dużo nie przeklinać, ale… Też pracuje w kulturze i moja praca w życiu codziennym wiąże się z tym, że spotykam wielu różnych ludzi. Nie przeklinam w rozmowach z nimi, ale jak mnie taki „kulturalny petent” zdenerwuje to też się muszę gdzieś wyładować. I uważam, że poprzeklinanie pod nosem w magazynie z książkami nikomu nie urąga a jest elementem mojego bhp pracy. Bo ludzie są tacy, że uważają, że skoro płacą podatki (albo i nie), a ja pracuje w firmie państwowej i jestem młoda to mogą mnie traktować jak śmiecia. Kłócić z nimi się nie będę bo i tak nie dociera. Ale jakoś mi lżej na sercu jak sobie potem wymamrocze to i owo.

  • Jakoś szczególnie nie przeszkadza mi gdy ktoś przeklina, byle nie przy dzieciach. Sama rzadko używam przekleństw. Kiedy czuję w sobie wściekłość to zakurwie czasem pod nosem i czuję wtedy jak rozładowuje się moja agresja. U mnie „misiowa” wersja kurwa mać to kubuś-wojtuś.