Śmierć wzmaga chęć do życia

Śmierć wzmaga chęć do życia

Wra­cam wła­śnie z pogrze­bu. Miał 45 lat i prze­grał z rakiem. Pośród pła­czu i cier­pie­nia naj­bliż­szych, do gło­wy wdzie­ra­ła mi się dzi­ka myśl, że dopie­ro śmierć nada­je sens życiu.

Boimy się śmier­ci. Na samą myśl o tym, że umrze­my prze­cho­dzą nas zim­ne dresz­cze i czym prę­dzej ucie­ka­my od podej­mo­wa­nia tego tema­tu. To nic złe­go. To nor­mal­ne, bo prze­cież żyje­my i kocha­my to swo­je życie.

Cho­dzi­łem na wie­le pogrze­bów, bo gra­łem w orkie­strze dętej i czę­sto nas wynaj­mo­wa­no. Byłem nasto­lat­kiem i nie rozu­mia­łem jesz­cze, dla­cze­go trąb­ka tak smut­no zawo­dzi za każ­dym razem. Zmar­łe oso­by nie były mi w żaden spo­sób bli­skie. Dziś mam 32 lata i po raz pierw­szy w peł­ni świa­do­mie uczest­ni­czy­łem w obrzę­dzie pogrze­bu. Zasta­na­wia­łem się jak dobrze zna­łem czło­wie­ka, któ­ry odszedł. Wspo­mi­na­łem weso­łe momen­ty z jego udzia­łem. Resz­ta zebra­nych pła­ka­ła, gdy ja w duchu i cza­sem nawet na zewnątrz uśmie­cha­łem się do tych wspo­mnień.

Po raz pierw­szy w życiu (i pew­nie nie ostat­ni) zro­zu­mia­łem, że śmierć naszych bli­skich moż­na prze­ży­wać bar­dzo róż­nie. Jestem kato­lem i wie­rzę w to, że po śmier­ci cze­ka mnie nie­bo, czy­ściec lub pie­kło. Co się ze mną sta­nie po dru­giej stro­nie zale­ży od tego jak żyłem. Jeśli byłem dobrym czło­wie­kiem nie mam się czym mar­twić. Co zatem zro­bić z tą dru­zgo­cą­cą myślą, że kie­dyś umrę? Bo był­bym głup­cem, gdy­bym wie­rzył, że będę tu wiecz­nie. Umrę prze­cież.

Mam pro­stą odpo­wiedź: nic. Trze­ba zaak­cep­to­wać śmierć jako przy­ja­ciół­kę życia. Nie­od­łącz­ną. Lubię żyć, ale kostu­cha zabie­rze mnie i każ­de­go z Was na dru­gą stro­nę Styk­su. Śmierć jest eta­pem, nie stra­tą. Jest smut­nym ele­men­tem praw­dzi­we­go życia, do któ­re­go moż­na się świa­do­mie przy­go­to­wać. Memen­to mori - pamię­taj, że umrzesz. Takie hasło nie pasu­je do naszych cza­sów, gdzie na pra­wo i lewo wychwa­la się radość życia, ale tyl­ko igno­rant nie zda­je sobie spra­wy, że w każ­dej chwi­li może odejść.

Para­dok­sal­nie z pogrze­bu wycho­dzę pokrze­pio­ny. Żyję i mogę coś z tym swo­im życiem jesz­cze zro­bić. O jego jako­ści będzie sta­no­wić to, co zosta­nie mię­dzy ludź­mi po moim odej­ściu. Wte­dy oka­że się, ile zna­czy­łem i co wno­si­łem w ich życia. Co dawa­łem, co zabie­ra­łem i czy zosta­nie po mnie tyl­ko tablicz­ka z imie­niem i nazwi­skiem, czy może coś wię­cej. Nie chciał­bym, aby moi bli­scy pła­ka­li. Wolę, aby mnie wspo­mi­na­li z rado­ścią. Niech cią­gle śmie­ją się z moje­go filo­zo­fo­wa­nia, tera­peu­ty­zo­wa­nia i obu­rza­nia mar­no­ścią nasze­go świa­ta. Niech pamię­ta­ją moje głu­pie miny, suche żar­ty i nie­zbyt odpo­wie­dzial­ne zacho­wa­nia. Niech pamię­ta­ją mnie jako czło­wie­ka, któ­ry cią­gle chciał wię­cej od życia, któ­ry pra­gnął cał­ko­wi­te­go speł­nie­nia. Bez kom­pro­mi­sów.

To moje poboż­ne życze­nia, a jak to osta­tecz­nie będzie? Nie mam na to wpły­wu, bo jak się sta­nie... to się sta­nie. Dzię­ki temu, że jestem gotów, by umie­rać, bar­dzo chce mi się dobrze żyć. Każ­da śmierć powin­na o tym przy­po­mi­nać i zamie­niać roz­pacz w reflek­sję nad sobą. Dziś życzę tego każ­dej oso­bie, któ­ra wła­śnie wra­ca z pogrze­bu. Trzy­maj­cie się.

photo credit: Brendon Burton via photopin cc
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Share on LinkedIn0Tweet about this on Twitter