Siekająca rozrywka w czystej postaci - film Maczeta zabija

Siekająca rozrywka w czystej postaci - film Maczeta zabija
Ocena4
  • Fabuła
  • Scenariusz
  • Gra aktorska
  • Zdjęcia
  • Muzyka

Pacz­ka moich dobrych kum­pli zapro­si­ła mnie do udzia­łu w gro­mad­nym spę­dzie w celu kon­sump­cji kina akcji pt. Macze­ta zabi­ja. Nie oglą­da­łem jedyn­ki i nie wie­dzia­łem cze­go się spo­dzie­wać, cho­ciaż w sumie mogłem się domy­ślić.

Proooosto do ceeeelu, Maczeeeteee!

Fabu­ła fil­mu jest pro­sta jak tory kole­jo­we w Kra­ko­wie. Nie­znisz­czal­ny Macze­ta to jedy­ny egzem­plarz czło­wie­ka, któ­ry może oca­lić świat przed nie­obli­czal­nym sza­leń­cem, dla­te­go zosta­je wezwa­ny przez pre­zy­den­ta USA (w tej roli jak­by nie­co odmłod­nia­ły, pra­wie tak samo rewe­la­cyj­ny jak w Hot Shots 2, Char­lie She­en) i posta­wio­ny pod murem sta­je do wal­ki o dobrą spra­wę. Pod­czas reali­za­cji misji tra­fia na wie­lu prze­ciw­ni­ków i cze­ka go tyle samo zwro­tów akcji. Z całe­go fil­mu w pamię­ci naj­bar­dziej utkwi­ły mi mało sek­sow­na, ale cha­rak­ter­na Lady Gaga, jeden z moich ulu­bio­nych akto­rów, Mel Gib­son w roli genial­ne­go świ­ru­sa oraz strze­la­ją­ce cyc­ki Sofíi Ver­ga­ry.

O czym by tu...

Bałem się pisać tę recen­zję, bo film jaki jest, każ­dy widzi (i w tym wypad­ku oce­na po okład­ce jest wska­za­na). Nie ma co spo­dzie­wać się tutaj wiel­kich, pod­nieb­nych emo­cji. To odje­cha­na kome­dia, peł­na akcji i wyda­rzeń nie z tej Zie­mi, nawią­zu­ją­ca do kla­sycz­ne­go kina kla­sy B z lat '90. Cze­go jed­nak moż­na się spo­dzie­wać po Rober­cie Rodri­gu­ezie, jeśli nie mistrzow­skiej zaba­wy for­mą? Tre­ści prze­cież tutaj nie za wie­le, ale smacz­ków, któ­re wyda­ją się tak absur­dal­ne, że aż śmiesz­ne - bez liku. Całość zanu­rzo­na w sztucz­nej krwi, mąco­nej przez efek­tow­ne wybu­chy, lata­ją­ce fla­ki i ści­na­ne gło­wy.

Ostra zupa na podwieczorek

Macze­ta zabi­ja to zupa ostro przy­pra­wio­na według sta­re­go prze­pi­su, a jej smak zawdzię­cza­my zna­nym akto­rom posie­ka­nym w drob­ną kost­kę. Nie podał­bym jej do scha­bo­we­go w nie­dziel­ny obiad, ale jako pod­wie­czo­rek przed drzem­ką wie­czor­ną sma­ku­je wyśmie­ni­cie. Naj­le­piej spo­ży­wać ją w więk­szym gro­nie, bo po wyłyż­ko­wa­niu mniej wię­cej 2/​3 por­cji zaczy­na lek­ko wiać nudą (nie­ste­ty), a kub­ki sma­ko­we przy­zwy­cza­jo­ne do pikan­te­rii coraz inten­syw­niej dają do zro­zu­mie­nia, żeby nie jeść dalej. To chy­ba jedy­ny przy­tyk - za dłu­gi czas trwa­nia fil­mu o ok. 20 minut, więc gdy­bym miał obej­rzeć go jesz­cze raz - moc­no zasta­no­wił­bym się, czy aby na pew­no nie szko­da mi życia.

PS

Ser­decz­nie pozdra­wiam moją gru­pę kino­wą, któ­ra przy­go­to­wa­ła tek­tu­ro­we macze­ty z posre­brza­ny­mi ostrza­mi i rącz­ka­mi zaklaj­stro­wa­ny­mi sza­rą taśmą. Nic tak nie wylu­zo­wu­je jak 20 osób krzy­czą­cych "Macze­eeete­ee!", gdy na ekra­nie raz po raz nasz boha­ter chla­sta na pla­ster­ki czar­ne cha­rak­te­ry. Moja broń prze­sta­ła stać na bacz­ność po kil­ku takich akcjach, ale... liczy­ła się dobra zaba­wa.