Show must go on, czyli o talentach w telewizji

Show must go on, czyli o talentach w telewizji

Grypa żołądkowa ma to do siebie, że uziemia. Postanowiłem efektywnie wykorzystać czas, kiedy jedyną drogą, którą potrafiłem przemierzać była ta z łóżka do łazienki. Obejrzałem po jednym odcinku talentshołów X Factor, The Voice of Poland i Must Be The Music.

Na co dzień nie mam czasu na telewizję i ograniczam się tylko do dzienników. Z racji wykonywanego zawodu wypada, abym ugryzł raz na ruski rok jakiś talentszoł, bo może gdzieś tam, w którymś programie wzrasta gwiazdeczka, na razie jeszcze blado świecąca na koncertowym niebie. Oprócz pobudek czysto praktycznych po prostu lubię zobaczyć (i usłyszeć) jaka ta nasza polska młodzież jest utalentowana. Na pierwszy rzut ucha, to z młodymi wszystko w porządku. Są zdolni, zdolniejsi i szarpiący się z motyką na księżyc (choć Ci zazwyczaj już młodzi nie są). Problem pojawia się po zupełnie innej stronie.

Wstydź się, jurorze!

Stare powiedzenie mówi, że o gustach się nie dyskutuje, a ja twierdzę zupełnie na odwrót. Gdyby nie te różne gusta, nie byłoby (twórczych) kłótni, dialogów, szarpanin, będących źródłem ciekawych, nierzadko odkrywczych, wniosków. W każdej sztuce, nie tylko w muzyce. Co dzieje się, gdy wszyscy jurorzy zgodnie przepychają dalej zawodników, którzy nie mają ani talentu wokalnego, ani wyglądu scenicznego, ani emocji? Wówczas widz rzuca pilotem w ekran, zadając sobie pytanie: „Halo?! Czy Wy ogłuchliście do reszty?”. Mam bardzo dużą tolerancję na fałsze, jeśli osoba chcąca się podzielić swoim wątpliwej jakości talentem nadrabia czymkolwiek innym (wygląd mam gdzieś, naprawdę). Zrozumiałem, że czystość dźwięku nie jest najważniejsza w przypadku artystów pokroju Leonarda Cohena czy Boba Dylana, bo ich niesie emocja, słowo, uczucie, a one są w muzyce niepodważalne. W sytuacji, gdy brakuje techniki, nie ma serca, a jedynymi atrybutami są dupa i cycki – robić nadzieję i pchać dalej nie jest głupotą, a krzywdą. Dla zawodnika, widza i jurora (bo ten ostatni powinien wiedzieć, że swoją gębą ręczy za tego, kogo puszcza nawet do półfinałów). Ciągle chcę wierzyć, że talentszoły powstały po to, by wyciągać na światło dzienne prawdziwe perełki.

Czy powalająca będzie mama z synem, którzy razem brzmią dramatycznie źle (choć osobno wcale nie jest to już takie oczywiste)? Nie będzie, bo jedynym talentem, wyczytanym z takiego występu jest wielka miłość w rodzinie, nie umiłowanie muzyki. Czy starsza kobieta, posiadająca wielki bagaż doświadczeń życiowych i fałszująca gorzej niż gwóźdź kochający się ze szkłem ma tę dźwiękową iskrę? Nie ma, ale chwyta za serce wzruszającą recytacją, bo przemawia przez nią prawda i gorzki smak przeżyć.

Jeśli miałbym oceniać

Takie mamy talenty, jakich mamy jurorów. Jeśli to nie oni decydują, a panowie reżyserowie w słuchawkach (w co i tak do końca nie chce mi się wierzyć), to tym bardziej nie rozumiem jak można firmować swoim nazwiskiem i twarzą coś kiepskiego i przeciętnego. Za pieniądze? Za żadne skarby, bo to rzeczy bezcenne!

Zabawię się zatem w jurora jurorów, bo kto mi zabroni.

Najgorzej w moim rankingu wypada format X Factor. Kuba Wojewódzki już dawno rozminął się z muzyką, ale potrafi wyczuć emocję. Czesław Mozil jeszcze śpiewa, ale coraz mniej powinien mówić. Do panów jednak mam najmniej zastrzeżeń. Nie spodziewałem się cudów po Ewie Farna, ale tak pieprzy od rzeczy, że mój pusty od grypy żołądek po jej wypowiedział bulgotał coraz głośniej. Oczekiwałem za to więcej od Tatiany Okupnik i na niej zawiodłem się najbardziej, bo wtóruje Ewie jak starsza siostra. Można więc powiedzieć, że jedyną osobą w tym składzie, która trzyma jeszcze poziom godny jurora jest Kuba (i przykro mi to stwierdzać). Puszczają takie beztalencia, że nawet głuchy by się za głowę łapał.

Na drugim środkowym miejscu jest Must Be The Music. Skład jurorski wypowiada się tutaj z dużo większym dystansem. No może poza Piotrkiem Roguckim, który próbuje przyciągnąć do siebie nie tylko wąsem, ale także chęcią zaistnienia jako najwrażliwsza osoba, posiadająca moc zmieniania zdania pozostałych oceniających. Brak jego doświadczenia wypływa na wierzch przy każdym ocenianym wykonie. Cieszy za to stałość w uczuciach do jakości, czystości dźwięku i umiejętności aranżacyjnych ze strony Eli Zapędowskiej i Adama Sztaby. Mocną klamrą zamykającą ten najlepszy skład jurorski jest Kora, która jako artystka złamała na scenie już niejeden obcas i tak też się zachowuje. Nie ma w niej przesadnego gwiazdorstwa i przesady, z czym można się spotkać w Internecie. Szuka emocji, inności, unikalności, prawdy. Za to ją cenię.

Na ostatnim (czyli pierwszym) schodku w moim minirankingu stawiam bezwzględnie The Voice of Poland. W przypadku tego programu, co do kompetencji jurorów nie mam żadnych obiekcji, ale do zachowania już tak. Podobają mi się swoboda, luźne dialogi i emocje, ale Marysia Sadowska i Justyna Steczkowska przeginają pałę zachowując się jak przekupy na jarmarku. „Przyjdziesz do mnie, to dostaniesz cukierka” – takie argumenty mają przekonać tę biedną owieczkę, która stoi na scenie jak wół i patrzy jak na malowane wrota na piątkę ludzi, uchodzących za dojrzałych artystów-mistrzów, zachowujących się przy okazji jak małpy w gaju. Poziom wypowiedzi jurorów ratują chłopaki z Afromental – Baron i Tomson oraz Marek Piekarczyk. Mówią o tym, co rzeczywiście ważne w muzyce i wykonaniu – o emocjach i technice, ale w taki sposób, że się im wierzy. Wiedzą, o czym mówią, zamiast licytować się, co dostanie wschodząca gwiazda lądując w ramionach tej już lekko przebrzmiałej.

Dlaczego zatem wybrałem The Voice jako najlepszy program typy talentszoł? Jego format to najlepszy pomysł i prezent dla muzyki. W czasach, gdy wolimy ją oglądać i przestajemy słuchać, położenie nacisku na „randkę w ciemno” jest dużym ryzykiem oddającym wszystko to, co w dźwięku najlepsze – emocje. Oczy potrafią nas oszukać. One też ściągają na manowce, gdy skupiamy się na wyglądzie, próbując usłyszeć wnętrze. Dlatego fotele nie zawsze się odwracają, bo włosy stają dęba tylko w przypadku najlepszych i prawdziwych scenicznych zwierząt (zarówno dzikich, jak i milusińskich). Głos demaskuje wnętrze, zawsze.

Patrząc na wszystkie talentszołowe zamieszania, promocje i wielkie szanse, proszę tylko o jedno: przestańcie udowadniać pustemu, że jest pełne. Producentom, jurorom i tym niedoszłym talentom taki zabieg wyjdzie na zdrowie, a widzowie nabiorą do wszystkich wymienionych prawdziwego, nienapompowanego, czystego jak biała koszula po praniu i zbudowanego na prawdziwych zdolnościach szacunku. On jest podstawą każdej popularności i sławy.

photo credit: Robert Scales via photopin cc
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Ana

    Trafiłam tu dopiero teraz, ale pewnie wtedy zgodziłabym się w 100% z klasyfikacją. W sumie… i teraz się zgadzam. Co do Voice’a – niekwestionowany lider, nawet teraz. Mnie przekonała pierwsza edycja, jaką oglądałam, a była to druga edycja. Moim zdaniem – wtedy był najlepszy skład jurorski, mimo zawodu, jaki sprawiła mi Patrycja Markowska. Mistrzem jurorów od tamtej pory jest dla mnie Marek Piekarczyk, za nim – chłopaki z Afro. Łozo niby z tego samego składu, a nawet podczas I edycji MBTM, którą jako jedyną obejrzałam w całości (teraz oglądam od czasu do czasu, bo po prostu lubię odmóżdżyć się po pracy przy programach typu talent show) i która miała jeszcze w sobie coś, był do bani.
    Wracając do Voice’a – miałam okazję być na widowni finału tamtej II edycji Voice’a, zaraz za fotelami jurorów – wydaje mi się, że cały sukces tego składu jurorskiego tkwił w chemii miedzy jurorami. Widać było, że chłopaki (wszyscy trzej) potrafią zgrać całą ekipę jurorską – w każdej przerwie były wędrówki między fotelami, głównie chłopaków z Afro do Marka, ale dziewczyny też nie zostawały same sobie. Ekipa realizacyjna miała problem, by zakończyć ich żywe rozmowy na temat tego, co działo się w finale (ewidentnie dało się zauważyć, że ten temat ich rozgrzewa), i rozgonić ich z powrotem do foteli przed powrotem na wizję. Tę chemię widać było też przez ekran, choć nie tak wyraźnie jak tam w studiu. W żadnej edycji żadnego innego programu (i, niestety, w kolejnych edycjach Voice’a też już coś zgrzyta) tego nigdy nie widziałam.

    A dno dna to przepuszczenie (na pewno przez produkcję, nie wierzę, by Kora, Zapędowska i Sztaba podpisali się pod tym. Nieco cyrkowy – wbrew moim oczekiwaniom – Rogucki w tym jego parciu na bycie najlepszym jurorem świata mógłby przyklasnąć. I aż się sobie dziwię, że tak sądzę) Pięknych i Młodych do półfinałów. Nie powiem, że dla nie dla nich oglądałam ten odcinek, bo dla nich. Byłam ciekawa reakcji jury. Przewidywalna do bólu, jak „wykon”. Ale awans do finału? Z tym fałszem? Co bym nie myślała o nowym nurcie w disco w polu, w tym momencie zastanawia mnie, czy to kolejny zabieg produkcji, czy Polacy pokazali Polsatowi, co myślą o poziomie programu.

    PS: Przepraszam, popłynęłam, wyszła prawie epopeja, obiecuję poprawę :)

    • Możesz epopeić, ile chcesz, byle z sensem :) Dzięki za ten głos! Nigdy nie byłem na planie takiego talentszołu, ale często rozmawiałem z uczestnikami przy okazji organizowanych koncertów.
      Po tym wpisie oglądałem już tylko The Voice i się nie zawiodłem. Nawet mam wrażenie, że Justyna i Marysia przestały tak szaleć, Marek stał się bardziej refleksyjny i mniej mówił, więc dysproporcje pomiędzy przesłuchaniami w ciemno a następnymi etapami wyrównały się.

      Uważam, że to najlepszy program talentszołowy. Nadal :)

      • Ana

        Może te szaleństwa to zbyt rozpasana widowiskowość? Mam wrażenie, że z kolejnymi etapami te szaleństwa malały proporcjonalnie do wzrastającej stawki walki ich podopiecznych. I też nadal uważam, że jest to najlepszy program tego typu :) Wydaje mi się, że wynik to po prostu z tego, że poza jurorami, ma po prostu najlepszą formułę.

  • Nie oglądam telewizji już od ładnych siedmiu lat. Owszem pozbawiam się pewnego stanu umysłu, ale póki co nie utrudnia mi to komunikacji ze światem. Polegam zatem na Twojej ocenie rzeczywistości muzycznej w małym pudle :D. To się nazywa odpowiedzialność ;P.

  • Przychylam się do teorii że absolutnie każdym programem rządzi scenariusz. Każdy paździerz wokalny to dodatkowa radocha dla gawiedzi przed telewizorami (wszak kochamy porażki) i pewniak do odrzucenia. Zresztą dokopałem się kiedyś do artykułu twórcy pierwszych programów tego typu i zapamiętałem jedno. Wygrywa nie najlepszy, tylko ten który był wg głosów zaraz po nim. Tylko po to by zmobilizować widzów do aktywnego głosowania w następnej edycji.

  • Firefly

    Szczerze mówiąc nie wiem po co w Polskiej telewizji aż tyle talent shows, kiedyś oglądaliśmy rodzinnie mam talent ale po którymś tam sezonie trochę się znudziło, potem może pierwsza seria x-factor, ale szczerze mówiąc przejadło się trochę a i te talenty nie takie dobre. ( do Dawida Podsiadło nic nie mam)

  • O The Voice of Poland pisałem już kiedyś dawno temu (jak na internetowe standardy): http://www.tyfon.pl/2013/12/talent-show/ Jako że nie mam telewizora, oglądam w sieci wybrane programy. Przyznam, że VoP jest jedynym, na który czekam. Zgadzam się z Twoją oceną. Przyznam, że wolałem na fotelu trenerskim Edytę Górniak niż Justynę Steczkowską. EG jest oczywiście infantylna, czasem mocno sztuczna, ale ma ogromną wrażliwość artystyczną, którą było widać, a zarazem – wielką wiedzę muzyczną.
    Ach, i – proszę – Muszkieterze: co to jest ten „wykon”? Kurczę, no, co to za słowo jest? „Wykonanie”. „Wykonanie”!

    • Ten skrót sobie wybaczam, Ty też musisz :) Tak samo jak lubię pisać blogo zamiast blogosfera. Dzięks za koment, dozo w następnym ;)

  • X Factora oglądałem z taką pasją, jak małe dziecko zajadające się ostatnim kawałkiem pizzy z ciągnącym serem. Pierwsze edycje z reguły mają to do siebie, że tworzą pewien poziom i trudno go utrzymać. I na tej edycji się zatrzymałem. Polsatowego szoł nie oglądam, bo jakoś te programy spod żółtego słoneczka rewelacyjne nie są i średnio mi podchodzą (no może poza Top Chefem).

    Żonka ogląda Voice, więc ja też jestem na to skazany. I zgadzam się z Tobą Damian. Ten program od samego początku trzyma ten sam poziom. A od kiedy w jury jest Tomson z Baronem i Piekarczyk (do niego się musiałem trochę przyzwyczaić) to mam wrażenie, że poprzeczka podniosła się o kolejne centymetry i inne programy szybko go nie dościgną. Steczkowska jest sztuczna IMO (stara się nadrobić po nieobecności z poprzedniej edycji), a Sadowska liczy, że zwabi facetów swoim seksapilem. Co się jej de facto udaje ^^.

    Rzekłem.

    • Zauważ, że w Voice różnica w wyborze polega na tym, że wokaliści niejako sami się wybierają swoim rzeczywistym talentem, a juror też nie może wziąć pod swoje skrzydła byle kogo, bo przyjdzie mu później z nim pracować. Transakcja wiązana. Poza tym świetną sprawą jest wybór jurora przez wykonawcę, czyli niejako odwrócone role. To czyni ten program najciekawszym w zestawieniu i umożliwiającym na różnych etapach uczciwą weryfikację i talentu, i uczciwości.

      • Tak, to jest ten plus. Oceniają barwę głosu etc. I tylko na podstawie tego decydują się czy konkretna osoba będzie się nadawała do ich teamu. Co do tego nie mam zastrzeżeń. Ale! Kiedy przychodzi kwestia wyboru przez uczestnika swojego trenera jest tak jak mówisz – jarmark. I w tym momencie powinienem wkleić fragment z mojego wcześniejszego komentarza ;). Mimo to ten program jest naprawdę dobry. Lepszy, kiedy Urbańskiego zastąpił Kammel ;)

    • Mateusz, widziałeś amerykańską wersję XFactora? Po jej obejrzeniu, nasza polska wydaje się być bardzo ubogą krewną. Szkoda patrzeć.

      I nie chodzi tu nawet o zasięg show i ilość włożonych w niego pieniędzy. Chodzi o samych ludzi, którzy tam występują. Tysiące fenomenalnych głosów, z których odsiać tych najlepszych już jest olbrzymią trudnością. Pewnie, US mają więcej ludności niż Polska, o powierzchni nawet nie ma co mówić, ale właśnie dzięki temu, że mają z czego wybierać, ich wersję programu ogląda się z ciarami na dupie :))))

      • Gdzieś w sieci przewinęło się kilka filmików na YT z amerykańską wersją. Ale z reguły nie porównuję naszych edycji z oryginałem, bo zawsze jest tak, że do oryginału nam daleko. Nawet jeśli prowadzący są wporzo. Prosty przykład – niedługo na Polsacie rusza Hell’s Kitchen. W polskiej wersji Gordonem Ramsayem miał być Mateusz Gessler (nota bene świetnie by się nadawał). Odmówił – w jego miejsce wybrano Modesta Amaro. Nie mam nic do pana, bo go podziwiam za skill i gwiazdę Michellin, ale on jako persona nie nadaje się w ogóle do tego programu. Ot łatwy sposób jak można już na przedbiegach zrobić falstart. Obym się mylił jak już szoł będzie emitowany.

        • Modesta w telewizji widziałam ze 3 razy. Nie wiem, czy ustawianie takiego człowieka w roli prowadzącego jest słuszne. Że gwiazdkę ma, to rewelacyjna rzecz, czytałam parę artykułów o jego kuchni – jest moc. Cle czy od razu powinien iść do telewizji… też mam wątpliwości.

          • Zrobił się mały off, bo z muzyki przeszliśmy na kuchnię ;). Ale pozwolę sobie ostatni raz odnieść się do Modesta (nie bij Damian ^^). U siebie na blogu prowadziłem cykl relacji z programu z jego udziałem. Nie obeszło się bez komentarza jest „stylu bycia”. Nie mam nic przeciwko jego obecności w tym programie, bo nadrabia wiedzą i doświadczeniem. Dzięki Bogu tam kto inny koncentruje na sobie oczy wszystkich widzów :). I wcale nie mam na myśli botswańskiego Józka i krytyka Nowaka ;>.

            Anyway – jak widać (żeby jednak w jakimś stopniu nawiązać do meritum rozmowy) dobór jurorów również jest decydujący. Dlatego VoP zdecydowanie bije na łeb na szyje pozostałe talentszoły.

          • Offtop mi nie przeszkadza, a nawet fajnie, że rozwinęliście dyskusję, bo sam nie znam tych programów i przy okazji się czegoś ciekawego dowiaduję. Jakby nie było to program oparty na podobnej konwencji, więc o spapranych ideach zawsze chętnie :)

  • Ej, Muszkieter! Widziałam tę mamę z synem, bo to właściwie był jedyny fragment XFactora jaki widziałam. Ta babeczka nazywa się Magda Rzemek i jest już troszeczkę znana. Ale fakt, występ był koszmarny :|
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Magdalena_Rzemek

    • Tym bardziej to było naprawdę cienkie, a jury było zachwycone. Czym, ja się pytam?