Powiedz gdzie masz punkt „G”

Powiedz gdzie masz punkt „G”

Punkt „G” jest synonimem absolutnego zadowolenia. Szukanie go potrafi przysporzyć wiele kłopotów i zniszczyć najmniejszy przejaw radości w życiu. Do momentu, gdy znajdziesz to, czego szukasz.

Każdy z nas ma jakieś punkty zadowolenia i lubi ich dotykać. Wyświechtane powiedzenie „mała rzecz, a cieszy” wcale nie jest taka infantylna jakby się mogło wydawać, bo radość potrafią sprawiać naprawdę maluteńkie szczęścia. Możemy wstawać rano i myśleć, że „o Boże, znów ten cholerny nowy dzień i trzeba iść do roboty, użerać się z tym wszystkim, ech!”. Ale dla przeciwwagi możemy zerknąć w lustro i powiedzieć do siebie „Cześć! Dzisiaj będzie dobry dzień!”. Szczęściem w takiej sytuacji może być choćby to, że się obudziliśmy i żyjemy. Nasze płuca wdychają tlen, serce pompuje krew i… jest sobie życie!

Przychodzi jednak moment, kiedy proste radości nie cieszą. W końcu oddychanie jest standardem, poranne wstawanie niemiłosiernie wkurza, a miejsce, w którym znajdujemy się życiowo lub zawodowo wydaje się komediodramatem z kiepskim scenariuszem, tragiczną obsadą i masakrycznie nieuzdolnionym reżyserem.

Wtedy należy się zatrzymać i zadać sobie zajebiście ważne pytanie.

Gdzie jest mój punkt „G”?

Spotykam wielu niezadowolonych ludzi na swojej drodze. Są sfrustrowani, bo coś im w życiu nie wyszło, czegoś zabrakło, coś okazało się nie takie, jak wydawało się na początku, ktoś ich zranił i zostawił na pastwę losu, takich słabych, zbitych emocjonalnie i samotnych. Nie potrafią się podnieść z traum przez pół swojego życia. Przyglądanie się temu jest naprawdę smutne i kompletnie przybijające.

Ja też mam na koncie czas frustracji. Doszedłem do pewnego etapu w życiu, gdy waliłem już mocno obolałą głową w szklany sufit. Nawet nie zauważyłem kiedy zacząłem krwawić, ale byłem uparty i waliłem dalej w to samo miejsce, stale powiększając ranę. Z pomocą przyszło mi lustro. W jego odbiciu zobaczyłem cierpiącego człowieka, zmęczonego swoją bezsensowną walką, któremu natychmiast trzeba pomóc.

Wyszedłem z mojej szklanej pułapki, która wydawała mi się najlepszym miejscem na świecie. To był jedyny punkt „G”, który znałem, utożsamiany przeze mnie z komfortem. Zauważyłem jednak, że jestem szczęśliwy i zadowolony dopiero poza znaną i tak bardzo ukochaną szklaną pułapką. Moja głowa przestaje wtedy krwawić, ba!, wreszcie rana zaczyna się sama goić! W pierwszym momencie pomyślałem, że zwariowałem. Okazało się jednak, że nie miałem do tej pory świadomości, gdzie te moje punkty „G” są i na nowo potrzebowałem je zdefiniować.

Aby eksplorować i odkrywać siebie, trzeba próbować zmieniać to, co nas boli, co krwawi, co nie potrafi się zabliźnić. Nie można się zakleszczać w jednym punkcie, jeśli nie jest to ten, który daje nam radość, satysfakcję i zadowolenie z siebie. Tak bardzo chcemy być doskonali w swoim cierpiętnictwie, najczęściej mylnie postrzeganym jako pokora, że aż strach pomyśleć o wymiarze zniszczeń, jakie sobie fundujemy na własne życzenie. To najczystsza postać masochizmu, z którym nie radzi sobie wielu ludzi wściekłych na świat, życie i siebie. Niestety, to jest ich odpowiedzialność.

Jesteś odpowiedzialny za siebie

Radość może mieć wiele źródeł. Zresztą, frustracja ma dokładnie tyle samo. Ich wspólnym mianownikiem jesteś TY. To Ty jesteś odpowiedzialny za to, jak przyjmujesz porażki i traumy. To Ty jesteś odpowiedzialny za to jak wyrażasz emocje, potrzeby i co komunikujesz światu oraz ludziom z Twojego otoczenia. To Ty jesteś odpowiedzialny za to, co Ci wszyscy wokół o Tobie wiedzą, czy znają Twoje pragnienia, Twoje punkty „G” oraz rewiry, w które ich nie wpuścisz. To Ty jesteś odpowiedzialny za stawianie granic i otwieranie ich. Nikt więcej.

Idąc dalej – to Ty jesteś odpowiedzialny za Twoje szczęście, radość i również Ty sprawiasz, że sprawy wokół Ciebie toczą się dobrze lub źle. Nie napiszę, że jesteś kowalem swojego losu, bo jednak mocno wierzę w Boga i jego palec, którym nieraz nieźle potrafi namieszać. Ale jedno wiem na pewno – jesteś kowalem swoich decyzji. To Ty decydujesz jak przyjmujesz dary od losu i czy potrafisz się z nimi pogodzić, w pełnej akceptacji ich blasków i cieni. Wiem, że to najwyższa szkoła życiowej jazdy, ale wydaje się, iż to najlepsza metoda, aby zrozumieć swoje potrzeby i umiejętnie je zaspokajać, poprzez stwarzanie sobie sytuacji, które to umożliwiają.

Zadaj sobie pytanie o to, czy chcesz być odpowiedzialny za swój punkt „G”. Inni nie będą Cię o to pytać i nigdy nie staną się Tobą, aby zrozumieć, co Cię tak naprawdę kręci i zadowala. Musisz odkryć siebie zupełnie sam, choć niekoniecznie samotnie.

Życzę Ci powodzenia. Ja swoje punkty „G” już znalazłem i będę szukał kolejnych. To najlepsza przygoda w jakiej brałem udział, a zdrowe, racjonalne samozadowolenie nigdy jeszcze mi tak dobrze nie smakowało.

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+2Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Kolejny tekst w punkt! Zaraz piszę Ci maila, bo muszę opowiedzieć o czymś ważnym, na co mają wpływ Twoje przemyślenia.

    • Dziękuję, Wojtek :) Takie wiadomości cieszą najbardziej.

  • Dawno, dawno temu uświadomiłam sobie, że nawet, gdy sytuacja absolutnie nie sprzyja, potrafię znaleźć źródło radości nawet w najmniejszych rzeczach. Potrafię cieszyć się na myśl, że wieczorem czekają na mnie dwa odcinki ulubionych seriali, że na półce mam książkę, na którą polowałam od dawna w bibliotece, że na obiad będzie coś, czego nie gotowałam od wieków, że mój syn w parku zbiera wszystkie szyszki w zasięgu wzroku i wkłada je do kosza pod wózkiem, że na targu udało mi się kupić przepiękny kawałek dyni.. pierdoły, kompletne pierdoły. Ale duże szczęście i duża radość to suma tych maleńkich. Kiedyś myślałam, że jestem typem permanentnie się zamartwiającym. Właściwie trochę tak, ale zawsze gdzieś obok tego zamartwiania była radość z drobiazgów. Jako licealistka z rozdartym sercem mogłam iść zapłakana przez park myśląc, że nigdy nie spotka mnie nic dobrego i jednocześnie cieszyć się, że jesień potrafi być tak piękna, że dech zapiera.

    • Ależ to wszystko są normalne emocje, których nie wolno sobie odmawiać. One są jak powietrze, którego trzeba dostarczać organizmowi, aby żyć. Sztuką jest je uporządkować, umieć określić, że teraz jest tak i tak, spróbować je subiektywnie ocenić, nazwać. Wtedy łatwiej jest reagować w odpowiednich sytuacjach, informując też otoczenie w jakiej jesteś fazie. Jak powiesz do męża „Nie rozmawiajmy dziś o trudnych sprawach, bo wybuchnę.”, to może brzmi to egoistycznie, ale jest sygnałem dla niego, że dziś musi Cię traktować ulgowo. Jeśli do dziecka powiesz „Mama dziś sobie trochę płacze, ale nic się nie dzieje wielkiego”, to ono też lepiej zrozumie, że mamie się nic nie dzieje i to chwilowe. Nie możesz kierować emocjami, bo właśnie na tym polega ich siła, że są naturalne, ale możesz kierować reagowaniem na nie.

      To też szczególnego rodzaju punkty „G” w człowieku, z tą jedną różnicą, że nie zawsze powodują zadowolenie :)

      Dziękuję za ten komentarz, Agnieszka. Pamiętam jak pisałaś, że nie wiesz co czasem napisać pod muszkiecinami. Cieszę się, że wreszcie się otworzyłaś i piszesz jak czujesz. Super!

  • Świetny tekst!
    Żebyś wiedział, że mała rzecz może ucieszyć, ale też tak samo mocno zasmucić, gdy nie można jej znaleźć… np. zgubiony pierścionek zaręczynowy :P

    • Zgubiłaś pierścionek?? :>

    • Dziękuję, Aurora :) Zgubić pierścion… nieźle :P