Poszukiwacz

Poszukiwacz

Leżę na łóżku patrząc na spuchnięte kolano. Zaglądam „co u innych”, bo aktualnie u mnie dzieje się nic.

Powrót do przeszłości

Kiedyś śpiewałem, nie zawodowo, ale przynajmniej pół-profesjonalnie. Był taki jeden „zawadiaka”, śp. Stanisław Steczkowski, który pielgrzymował po stalowolskich przedszkolach, szukając talentów muzycznych. Dzięki niemu trafiłem do chóralnej klasy i dziś słyszę, a jak się zatnę przy goleniu – potrafię też ładnie ryknąć.

Miałem kilku znajomych, z którymi dzieliliśmy tę wspaniałą pasję. Dziś spoglądam na ich profile na fejsie i w rezultacie każdy poszedł w innym kierunku, a tylko jeden stał się profesjonalistą. Wszyscy mają cechę wspólną – w ich życiach muzyka przewija się cały czas.

Kiedyś nie radziłem sobie z czyimiś sukcesami, zwłaszcza gdy ja ciągle musiałem zmagać się z materią i odstawić na bok moje marzenia. W ogóle chyba nie miałem marzeń, więc czułem się jak pies ogrodnika, który sam ich nie ma i innym nie pozwala spełniać. No bo jak to tak, żeby inni mieli lepiej i się im udawało. Taka frustracja narastała przez wiele lat i naprawdę przykro mi z tego powodu, bo nie ma się czym chwalić.

Gdy przeglądałem swoje zdjęcia z przeszłości, na których udokumentowane zostały osiągane szczyty z uśmiechem na twarzy, zbierało mi się na płacz. Nie mogłem patrzeć na to wszystko, spoglądając w odbicie z lustra teraźniejszości. Ono mi się po prostu nie podobało i nie było moim wyborem. Musiałem się zgadzać na to, co przyniósł los i żadne dyrdymały typu „jesteś kowalem swojego losu” mi nie pomagały.

Jestem poszukiwaczem

Dziś do mnie dotarło dlaczego wtedy płakałem, a teraz potrafię „zmierzyć się” z czyimś udanym życiem bez cienia zazdrości, ale z refleksją w głowie.

Ja zawsze szukałem i być może będę szukał do końca życia. Ludzie spełnieni, których oglądam na kolejnych zdjęciach znaleźli to, do czego ja jeszcze nie dotarłem. Mógłbym to sobie tłumaczyć, że oni zadowolili się jakimś swoim punktem „G”, a ja mierzę wyżej, ale byłoby to wierutne kłamstwo. Nie ma sensu poprawiać sobie samopoczucia oczerniając kogoś i umniejszając jego osiągnięciom. Mógłbym sobie tłumaczyć, że jestem taki wyjątkowy, że jeszcze nieodkryty, a przecież taki wspaniały i to też byłaby nieprawda. Nie jestem wyjątkowy ani wspaniały – raczej zwyczajny, z defektami i ciągle grzebiący pod przeróżnymi kamieniami za swoim Eldorado. Jeszcze go nie znalazłem, bo inaczej nie miałbym tego gniecenia w dołku na myśl o szczytach do zdobycia.

Chyba każdy z nas (choć mogę się mylić) musi prędzej czy później dojść do takich wniosków i przestać szukać osób z sukcesami, aby zadręczać się ich zwycięskimi minami. Wystarczy zmienić obiekt poszukiwań, a gałkę z napisem „punkt odniesienia” przekręcić z „inni” na „ja”. Po co szukać powodów do frustracji, gdy lepiej skupić się na swoich możliwościach i zacząć przekuwać je w konkrety. Proste, prawda? Ale jednocześnie trudne, gdy wiara w siebie szwankuje, a w głowie pojawiają się myśli „co ja mogę?”.

Otóż możesz :) Ja też mogę. Póki żyjemy, póki w naszych żyłach płynie gorąca krew, możemy zmieniać świat, eksplorować go, zdobywać i zaprzyjaźniać się z jego darami. Nieważne czy ów świat ma 40 metrów kwadratowych, czy obejmuje cały glob. To tylko skala, która jest istotna przy orientacji według punktu odniesienia typu „inni”. Masowość może być jakościowa – nic nie stoi na przeszkodzie, choć nieraz uważałem inaczej.

Dziś czuję się mądrzejszy i mam wrażenie, że patrzę szerzej, choć to, co widzę nie do końca mi się podoba. Żeby zmieniać innych, najpierw trzeba zmienić siebie. Żeby dzielić się sukcesami, należy je osiągać, a gdy nie pojawiają się na horyzoncie – nie przestawać do nich dążyć. Sukcesem przecież może okazać się dążenie, a wpływem – postawa i wytrwałość.

Nie chcę marnować życia

Nie szukam pozytywów na siłę. Tak zaczynam widzieć świat i nie potrafię tego wytłumaczyć. Wiem, że życie jest piękne i nie chcę go zmarnować. Do końca jeszcze nie wiem, czego od niego chcę poza standardem typu „zbudować dom, posadzić drzewo i spłodzić syna”. Na pewno poszukuję szczęścia, dobra, wartości, a to wcale nie jest łatwe.


Patrzę znów na moje spuchnięte kolano i myślę: „miałem farta, że spotkało mnie to doświadczenie”. Wiele spraw przewartościowałem i odkryłem na nowo. Kocham to moje życie i chcę mu nadawać sens, choćby przez tę właśnie muszkiecinę. Bo to mogę na dziś – pisać do Was. Aktualnie tego chcę od życia: móc formułować myśli i oddawać je Wam do czytania. To jest mój sukces.

Muszkieterska kończyna

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Pokora to rzadka rzecz, fajnie, że ją reprezentujesz ;)

    • Różne doświadczenia uczą pokory, może dlatego, że nie jest to cecha stała :)

  • Szukanie pozytywów na siłę chyba prędzej czy później zniknie, jeśli nie będzie przychodziło samo, naturalnie. Wszyscy głupieją (wszyscy głupiejeMY?) przez poradniki, które chcą uczyć, jak pozytwynie żyć, ale tylko prawdziwa i nieprzymuszona niczym chęć skupiania się na dobrych rzeczach ma szansę przetrwać. Zdrowiej!

    • I to są bardzo mądre słowa, Agata. Dziękuję :)

  • Znam to uczucie….
    Trzeba szukać pozytywów to fakt, ale gdy się przekroczyło już trzydziechę i patrzy człek na wszystkich wokół z poukładanym, pełnym sukcesów życiem to ciężko jest… ciężko jest przyznać się przed samym sobą, że się przegrało w tym wyścigu.
    Wybacz tak sobie marudzę, ale to wina tego wpisu…….

    • Nie marudzisz, piszesz jak czujesz i za to Ci dziękuję. Ja z kolei nie czuję, że przegrałem :) Ciągle biorę udział w wyścigu, ale nie w eliminacjach ogólnych, tylko w swoim własnym. Po trzydziestce zaczynam widzieć możliwości, których nie było mi dane dosięgać wcześniej. To świetny czas :) Nie czuję się gorszy, że pewnych punktów jeszcze nie osiągnąłem, bo już wiele innych, równie cennych za mną. Każdy ma swoje życie i może je przeżywać z poczuciem frustracji lub przeciwstawić się jej poprzez działanie, krok po kroku, zgodnie z tym, co czuje. Brzmi to romantycznie i utracjuszowsko, ale tak teraz to widzę i nic na to nie poradzę :) Wierzę, że mi się uda znaleźć, a drogą do tego jest szukanie, więc poszukuję.

    • Ola

      To znaczy, że się poddajesz? Przecież wyścig (chociaż nie lubię tego słowa w tym kontekście) trwa. Twoje życie trwa i jeszcze potrwa. A nie uważasz, że Ci wszyscy z poukładanym życiem mogą na Twoje życie (absolutnie NIE PRZEGRANE na pewno) patrzeć z zazdrością? Może Ci którzy mają zbyt poukładane życie tęsknią za chwilą oderwania się od tej rutyny? odrobiną wolności od układanki w której trwają?

  • rozsądna

    No i jak ta operacja? Udała się? Wszystko w porządku? Jak długa rehabilitacja Cię czeka?

    A w odniesieniu do tekstu – marzenia to podstawa, to motor życia, bo to, co chcesz osiągnąć musi najpierw pojawić się w Twoim umyśle, żeby potem mogło zaistnieć w realnej rzeczywistości. Inaczej los rzuca Cię na wszystkie strony, wszystkim rządzi przypadek przywołany Twoimi chwilowymi emocjami.

    Bo emocje to forma nastawienia do życia i mają moc przyciągania do nas tego, czego się spodziewamy, oczekujemy. Nastawiasz się, że coś pójdzie nie tak – to pójdzie nie tak, uważasz, że wszyscy chcą Cię wykorzystać, to zostaniesz wykorzystany, uważasz, że masz pecha, to będziesz miał pecha. Tak to działa, chociaż nie wszyscy to przyjmują do wiadomości.

    W swoim otoczeniu funkcjonuję jako szczęściara i sama tak o sobie myślę. Ale to nie znaczy, że nie spotykają mnie nieszczęścia i kłopoty, czasem naprawdę spore. Ale ja ich nie rozpamiętuję, nie opowiadam o nich, nie rozczulam się nad sobą, tylko reaguję stosownie do sytuacji i robię wszystko, by pokonać zły los, rozwiązać skutecznie problem. Bo dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.

    O sytuacji z synem już pisałam. Ale kolejny problem pojawił się przy kolejnym dziecku. Miałam 35 lat, gdy zaszłam w ciążę z najmłodszą córką i byłam w trzecim miesiącu, gdy lekarka powiedziała mi, że mam rozwarcie jak do porodu i niewielkie szanse na donoszenie płodu. I przez kolejne 6 miesięcy muszę leżeć plackiem, najlepiej w szpitalu. A ja miałam przecież dwoje starszych dzieci i męża biznesmena, który całymi dniami był poza domem i nie mógł zająć się dziećmi. Postanowiłam leżeć w domu, żeby być blisko dzieci, moja mama przychodziła mi pomagać, a do prac domowych męża znajomy zaproponował swoją młodszą siostrę licealistkę, która chciała zarobić. Nastawiłam się psychicznie pozytywnie, że wszystko będzie dobrze, czytałam tylko romanse, poezje, słuchałam spokojnej muzyki, starałam się utrzymać pogodny nastrój, nie denerwować się i zakodowałam sobie termin porodu – że dokładnie tego dnia mam urodzić. I moja najmłodsza córka jest moim jedynym dzieckiem, które urodziło się dokładnie w dniu wyznaczonym przez lekarza :) I ma bardzo pogodne usposobienie, lubi taką spokojną muzykę jak ja :)

    Więc wewnętrzne nastawienie, to czego oczekujemy od losu, jest kluczowe, bo wszystko – i sukces i porażka – zaczyna się w naszych głowach.

    • Jak zwykle – jedziesz po bandzie, rozsądna :) I dziękuję Ci za kolejną inspirującą historię.
      Jeśli zaś chodzi o moją operację – to się jeszcze okaże, ale jak na razie czuję się dobrze, boli mnie trochę kolano (jak ma nie boleć, skoro jest pozszywane i ktoś w nim grzebał :D), kuśtykam już o kulach, więc źle nie jest. Lekarz stwierdził „Żadnej rehabilitacji! Ma pan po prostu chodzić i zginać nogę do granicy bólu”. No więc robię ćwiczenia izometryczne na mięsień czworogłowy i czekam na możliwość chodzenia :)

      • rozsądna

        To trzymam kciuki za szybki powrót do pełnej sprawności :-)