Popularności gorzki smak

Popularności gorzki smak

Popularność. Kto o niej nie marzy. Większość z nas chce być rozpoznawalna, ponieważ to daje poczucie wyjątkowości i idącej za tym wieeeelkiej fury pieniędzy. Czy rzeczywiście popularność ma słodki smak?

Na pewno zazdrościsz

Czy zazdroszczę popularnym osobom? I tak, i nie. Z jednej strony wiele spraw przechodzi im płazem, właśnie dzięki rozpoznawalności. Do wielu drzwi już nie trzeba pukać, bo albo sami zapraszają, albo magicznym kluczem jest nazwisko. Ciemna strona medalu to pościel ubrudzona błotem z butów. Osoby popularne mają zawsze ogon w postaci paparazzi, nie mogą wejść do sklepu bez czapki niewidki i ciemnych okularów. Ich dzieci mają podwójnie przerąbane, bo nie dość, że muszą uważać, by czegoś nie chlapnąć i zaszkodzić mamie lub tacie, to przy okazji żyć w niemałym strachu, chroniąc resztkę prywatności. Zastanawiam się, czy gra jest warta świeczki i równowaga między życiem osobistym, a pracą (muzyka, aktora, papieża) jest możliwa i szczerze mówiąc, nie wiem.

Jak to jest w sieci?

Oprócz klasycznych form popularności mamy również i odmianę sieciową. Influencerzy, trensetterzy, coolhunterzy (bleee, nie lubię tych zangielszczeń) skupiający wokół siebie rzesze fanów idące w setki tysięcy to już nie przelewki. Tak chciałbym móc pochwalić się podobnymi liczbami w mediach społecznościowych i w UU na blogu, ale… przyglądam się osobom, które osiągnęły już wspomniane pułapy i cała zazdrość odchodzi od razu na bok. Dlaczego? Widzę zyliard komentarzy, których przeczytanie graniczyłoby z cudem, czyli popularesi nie mają szans pogadać ze swoimi fanami, no bo jak? Zakładam, że maile i prywatne wiadomości wpadają do skrzynek z prędkością światła i w ilościach przekraczających wszelkie normy. Jak tu na wszystkie odpowiedzieć? Spoglądam nieraz na lizanie im tyłków tylko dlatego, że są popularni: a to lajkiem, a to komentarzem pełnym miodu przy rzeczach i sprawach nieraz tak błahych i gównianych, iż zastanawiam się czy rzeczywiście swoim fanom popularesi mogą jeszcze ufać. W głowie kołacze mi się zatem pytanie, czy rzeczywiście fana trzeba traktować jak ciemną masę łykającą wszystko co wychodzi spod Twojej ręki, czy bardziej jak przyjaciela, który nie zważając na to, co wyrzucisz w publikę – powie Ci co o tym myśli naprawdę? Z kolei, by czuć się dobrze z tym, co się mówi i robi – nie pozwala się na obecność osób z chorymi pupciami, które nieposmarowane bardzo bolą. Można (i nawet trzeba) ten ból olewać, ale czy to zjawisko przy tak ogromnych liczbach nie jest co najmniej uciążliwe? Nie jest łatwo, a już na pewno nie jest słodko.

Gorzko, gorzko, gorzko

Zaczynam czuć, że do mojej wielkiej popularności muszę się przygotować. Każdy ma swój pułap, oczywiście. To bardzo poważna przygoda i piszę to całkowicie serio, bez grama ironii. Nie każdy może być rozpoznawalny, choćby miał wielkie predyspozycje. Bycie na świeczniku wystawia nas na egzamin, który większość niestety oblewa. Sodówka? Tak, uderza w tętnicę – to normalne, ale i przejściowe w przypadku jednostek rzeczywiście inteligentnych. Wszyscy popularni jak jeden mąż mają różne etapy, w tym ten związany z poczuciem, że wygrali świat. Nieraz nieprzygotowani do zajęć studenci swojej sławy próbują istnieć w nowej rzeczywistości i nie chcą słuchać profesorów, którzy nie przeczytali książek, tylko przeżyli ją na własnej skórze. I błądzą wierząc w całą pustą mydlaną bańkę popularności, którą zdobyli. Kończy się wtedy praca, zaczyna odcinanie kuponów. A przecież to właśnie ciężka praca winduje na szczyt. Popularność niszczy, ponieważ (jak to już ktoś mądry powiedział, a ja tylko przerobiłem na swoje) to przeciwności rodzą geniusz, a sukces go tłumi.

Popularność musi smakować gorzko, abyśmy nie zapominali o tym, skąd się wzięła. Cała krew, pot i łzy, zaciśnięte zęby, błędy i niewybaczalne kroki – to cena jaką płacimy za to, by szczytować. Sukces cieszy, ale on jest dopiero znakiem wjazdu na autostradę bez ograniczeń prędkości. Od Ciebie zależy, czy Twoje auto jest sprawne, ma mocny silnik, pełny bak i odpowiedni bieżnik w oponach, ale i rozsądnego szofera. Zapnij pasy bezpieczeństwa i jedź, ale nie zapominaj jakie szosy przebyłeś do tej pory, bo na autostradzie przy wielkiej prędkości nietrudno o skuchę, z której wyniknie poślizg lub wypadek z ofiarami. Od teraz przecież jesteś samotnym kierowcą i musisz prowadzić jak zawodowiec.

photo credit: Felipe Morin via photopin cc

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+2Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Anabell

    Hm… Przez różowe szkiełka patrząc mogę stwierdzić, że dużo lepsze jest wspinanie się na szczyt, niż marznięcie na nim.

  • Wojciech Kopeć
  • Chciałabym, aj chciała. Głównie ego. Zaspokojenie swoich ambicji, aczkolwiek, gdybym była na szczycie, pewnie chciałabym wyżej… Z drugiej strony – skosztowałam ciut błahej popularności, ale tej złej, w węższym gronie, nikt mi dupy nie lizał, wręcz przeciwnie. Fajnie byłoby skosztować innej, tej, która wyśmieje tamtą. Zgubne – wiem.

    • Według mnie nie ma innych popularności, jest raczej to, co z niej wyciągamy. Jeśli ktoś zatruwał Ci życie, bo jesteś dalej niż on – kopnij go w mentalne dupsko i wskaż mu miejsce – oślą ławkę lub kąt. Powodzenie pięknie weryfikuje też ilu masz prawdziwych przyjaciół. To cenne lekcje.

  • Aktorstwo to piękne zajęcie i było kiedyś moim wielkim marzeniem. Ale popularność? To skutek uboczny. Nie chciałabym tego. Cenię sobie prywatność, lubię czasem zginąć w tłumie, być całkowicie anonimowa. A ci biedni popularni z grupą paparazzi na ogonie nie mają co liczyć na normalność. Jednym to pasuje, innych niszczy.

    • Wszystkich to bardziej niszczy niż im pasuje. Bez wyjątku. Zauważ, że większość gwiazd na początku swojej kariery cieszy się tym zainteresowaniem. Jeśli nie pojawi się dobra strategia marketingowa i porządny management, który zapanuje nad popularnością turlającą się naturalnym pędem – skutki mogą być opłakane. Nagle coś, co było błogosławieństwem i radością, staje się przekleństwem, a tzw. gwiazda będąc w centrum nie zawsze jest w stanie uchwycić moment, kiedy to się stało. Dlatego potrzeba przyjaciół i solidnej wiedzy na temat tego zjawiska zanim wystąpi. To dla mnie świadomość i mądrość przed szkodą :)

  • IMO są różne etapy sławy – tak jak wspomniałeś. Przytoczyłeś tę blogerską, ale ja podam przykład jeszcze innego rodzaju. Bardziej hermetycznej, bowiem manga/anime. Prowadzę portal o jednym z mangowych tytułów i na skalę kraju jest dość popularny. Dostarczamy jedne z najlepszych tekstów na ten temat, mamy rzeszę czytelników. Już dochodzę do sedna. Będąc redaktorem na tak popularnej stronie (a chyba mogę się pokusić o takie określenie) mogę powiedzieć, że jestem w pewien sposób popularny. Objawia się to tym, o czym wspomniałeś w tekście – w komentarzach jak coś napiszę to ubóstwiają, czasem wchodzą w dupę bez wazeliny co jest naprawdę irytujące. Co ważniejsze – nie kwestionują żadnej „objawionej prawdy”, którą popełniam w komentarzach/na portalu. A czy woda sodowa uderzyła do głowy? Owszem, ale na początku. Potem szybko się ogarnąłem, bo nie dostawałem nagich zdjęć fanek, więc powrót do rzeczywistości był porównywalny z upadkiem z trzeciego piętra na beton twarzą do ziemi ;P. Ale nie żałuję, bo przynajmniej nie mam żadnych klapek na oczach i racjonalnie potrafię spojrzeć na pewne kwestie. A tego niektórym brakuje. Nie powiem tego o tych popularniejszych blogerach, bo oni mocno stąpają po ziemi.

    • A wiesz, ja miałam kiedyś taki etap na jednym z blogów. Był dosyć popularny, często promowany na jednym z portali, w ogóle jak na tamten czas (2-3 lata temu, więc jeśli chodzi o blogosferę, to wieki temu) bajka. Poczułam się wszechmocna i uznałam, że skoro mnie czytają, to mogę zacząć rozmieniać się na drobne. Szybko straciłam zapał i cóż…

    • Otóż właśnie – spaść na ziemię, niekoniecznie na ryj, zderzyć się ze ścianą – to dobre momenty, bo jednak potwierdzają, że jesteś już gdzieś, albo przynajmniej gdzieś byłeś. Popularność to większa odpowiedzialność.

  • Znów nie wiem, co napisać.

    Albo wiem. Chciałabym mieć gruby hajs. I nawet zniosłabym jakoś te trudy popularności, gdybym nie musiała wściekać się, że rachunek za prąd znów wysoki ;)

  • Julia Hartwig powiedziała, że wraz z popularnością traci się poczucie tożsamości, tak więc kiedy już nadejdzie sława to życzę Ci pozostania takim jakim jesteś :)
    Inna kwestia to niszczycielska strona popularności. Do każdej działalności związanej z tworzeniem (pisanie, komponowanie itd.) konieczny jest dystans, a czasami wręcz samotność (dorzuciłabym tu jeszcze kilka innych czynników), i kiedy pojawia się sława, a wraz z nią cała jej otoczka, to w takiej sytuacji ciężko o jakikolwiek, nazwijmy to, akt twórczy. Wystarczy rozejrzeć się wokół. Tylko nieliczni są na tyle dojrzali i utalentowani, aby udźwignąć ciężar sławy.

    • Wszystko zmienia i z tym nie wygra żadne z nas. Jednakże uwielbiam dawać zmieniać się świadomie. To niesamowite jak nagle coś, co mnie toczyło od wewnątrz, czego nie potrafiłem przetrawić i dać na to zgodę czy akceptację – nagle okazuje się wręcz prostackie. Śmieję się wtedy sam do siebie i z siebie też. Pewne sprawy trzeba tam wewnątrz przepracować. To dziwne, ale piękne uczucie i zdaje się, że nie uda mi się zmienić tego w sobie, co przy okazji jest rewelacyjną tarczą na atak sodówki od popularności.