Podróż przez świat – Jonathan Wilson, płyta „Fanfare”

Podróż przez świat – Jonathan Wilson, płyta „Fanfare”
Ocena5
  • Muzyka
  • Teksty
  • Kreatywność
  • Technika

To nie moja muzyka – pomyślałem, gdy pierwszy raz odtworzyłem Fanfare. Dziwnym trafem wracałem do niej za często, aby przejść wobec Jonathana Wilsona obojętnie.

Wyruszając w podróż przygotowaną przez Wilsona

Szukałem porównań, bo miałem wrażenie, że już gdzieś słyszałem tę wrażliwość. Nie znalazłem odpowiedzi na pytanie „skąd ja to znam”, ale czytając krótkie bio Jonathana zrozumiałem. Tom Petty z zespołem The Heartbreakers zaprosili go na swoją europejską trasę w 2012 roku jako support. Wtedy doszło do mnie, że Tom wiedział, co robi i wybrał najlepiej jak mógł.

Co jest takiego piekielnie ciekawego w, wydawałoby się, spokojnej muzyce Wilsona? Ta zmienność, nieprzewidywalność, wrażliwość i perspektywa. Za każdym razem, gdy odpalam Fanfare czuję, jakbym wyruszał w podróż przez jego muzyczny świat. Wpadamy do chaty wuja Toma Petty’ego i przeglądamy pamiątki po Electric Light Orchestra. Przejeżdżamy przez miejscowość o dziwnej nazwie Pink Floyd i zahaczamy przy okazji o metropolię King Crimson. Odwiedzamy kolejnego wujka – Jima Morrisona, by na koniec napić się ciepłej muzyki prosto z pieca grzanego sercem Bruce’a Sprinsteena, Marka Knopflera i Boba Dylana.

Fanfare wybrzmiewa długo i cicho

Uwielbiam w muzyce prostotę i jednoczesne bogactwo. Formy zawsze powinny być przyswajalne, choć ich kształt dźwiękowy artysta powykrzywia w figurę znaną tylko jego genialnemu umysłowi. Bycie odbiorcą muzyki, która angażuje Cię jako słuchacza, to najwspanialsza rzecz, jaką może dać prawdziwy twórca. Przy Fanfare nie umyję naczyń i nie pościeram kurzu. Mogę tylko słuchać, zamykając oczy lub patrząc na ściekające po szybie mojego okna krople deszczu. Odlatuję tam, gdzie zabiera mnie Wilson i chcę zostać w tym miejscu na dłużej. W jego rewirach wcale nie ma wielkiej radości i weselnego nastroju, ale jest piękno i wysoka temperatura oraz ciepła, przyjazna wrażliwcom atmosfera. Nie ma tam krzyku, nie ma płaczu, nie ma wielkiej i dzikiej energii. Jest za to długo wybrzmiewająca, nie napuszona swoją wyjątkowością, cisza, na dodatek opatulona grubym kocem siły twórczej.

Prawdziwy majstersztyk

Muzyka Wilsona na Fanfare jest wyrazem mojej tęsknoty za wyższą jakością, większą świadomością muzyki i prawdziwymi wynurzeniami z morza artyzmu. Nie ma tu przesady i sztampy, choć za każdym utworem czuć inspirację tym, co było już wcześniej dane słyszeć. Mimo wszystko autorskie podejście do muzyki udowadnia, że Jonathan ma swoje brzmienie, które trudno będzie podrobić. Fanfare to nie jest łatwa płyta, ale wsłuchałem się w nią dokładnie. Odczułem to jak ciasne wtulenie się w kobietę i słyszenie bicia jej serca oraz słodkiego parzenia się gorącem jej ciała. W tę muzykę trzeba wejść i smakować każdy dźwięk, każdy instrument, każdą zmianę tempa, każdy nieprzewidywalny przester, pedantycznie zagraną perkusję i sensualny głos Jonathana.

Trudno się uwolnić od Fanfare. Nawet jak na chwilę ucieknie się do prostszych form, ona chwyta w sidła i daje Ci zastrzyk dobra, od którego się uzależniasz. Chcę więcej.

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)