Ping-pong życia

Ping-pong życia

Lubi­my współ­za­wod­nic­two, chce­my być naj­lep­si, zawsze i wszę­dzie, bo kto jest naj, ten ma naj wszyst­ko. I powiem Wam, że to wie­rut­na bzdu­ra wkrę­ca­na od naj­młod­szych lat.

Chy­ba nie muszę wycią­gać wyświech­ta­ne­go hasła, że jeśli jakąś rzecz robi się kil­ka­na­ście tysię­cy czy tam kil­ka­dzie­siąt razy - to sta­je się w niej mistrzem. Co jed­nak w przy­pad­ku, gdy się za cho­le­rę nie moż­na nauczyć cze­goś, co powta­rza się te x tysię­cy razy? Ano nic. Zmie­nić rzecz, któ­rej chce­my się nauczyć.

Błądzimy i fajnie jest

Jak faj­nie jest błą­dzić. Ponoć to ludz­ka rzecz, a dia­bel­ska - trwać w błę­dzie. Faj­nie też jest potrak­to­wać życie jak grę w ping-pon­ga. Tu ping, tam pong, tu ści­na, tam net, a na koniec gem set mecz i po krzy­ku. Skąd mi się wzię­ło to dziw­ne porów­na­nie? Otóż gram sobie namięt­nie w ping-pon­ga z lep­szy­mi ode mnie. Zawsze pasjo­nu­je mnie z jaką wolą wal­ki mam do czy­nie­nia po dwóch stro­nach sto­łu. Jeden wie, że jest lep­szy, bo ja prze­waż­nie jestem gor­szy. I bawi mnie to okrut­nie, że prze­gry­wam, nawet jak nie gra­my na punk­ty. Gania­my jak waria­ci wokół sto­łu za jakąś kul­ką i musi to wyglą­dać prze­ko­micz­nie. Dwóch spo­co­nych face­tów, zdy­sza­nych gania­niem za niczym. Jaka to prze­klę­cie weso­ła zaba­wa. A ja prze­gry­wam i uczę się za każ­dym razem nowych tri­ków, bo każ­dy gracz ma swój inny styl, a mi się robi mix tych wszyst­kich sty­lów i przez przy­pa­dek... sta­ję się mistrzem wszyst­kich.

Jak to możliwe?

Nijak! Dopó­ki wszyst­ko, co robisz jest zaba­wą, nawet jak jest śmier­tel­nie poważ­nie, dopó­ty uczysz się i korzy­stasz, wycią­gasz wnio­ski, Two­je oczy i ręce chło­ną wie­dzę bez Two­jej świa­do­mo­ści. I to jest pięk­ne, to jest praw­dzi­we życie (choć mogę się mylić i sobie coś fał­szy­wie wkrę­cam). Nie­mniej widzę owo­ce takie­go wesoł­ko­wa­te­go podej­ścia do życia. W koń­cu jest jak ping-pong. Raz na sto­le, raz pod sto­łem, ale naj­waż­niej­sze, żeby siat­ka zawsze była sprę­ży­sta i goto­wa roz­dzie­lać życio­we punk­ty. Ina­czej było­by strasz­nie nud­no, a nudy nie zno­szę (zbyt dobrze).