Piękno niezgody

Piękno niezgody

Bez przerwy ktoś się z kimś nie zgadza. Gdy dochodzi do konfrontacji oponenci nie potrafią się cieszyć swoją odmiennością, oferując w zamian odwrócone plecy i zakończenie tzw. „dyskusji”. Dlaczego?

Wszyscy pięknie mówią o dialogu, a zupełnie nie potrafią go prowadzić. Wygłaszają prawdy i czekają na oklaski, zwłaszcza w sado maso (czyli social mediach). Chcą głośno piać w sieć, by budzić zaspane towarzystwo, a tymczasem powinni wziąć się za zapładnianie umysłów, czyli wrzucanie tematu do obróbki. To byłby wyraz szacunku do czytelnika i rozmówcy: dać mu powiedzieć swoje i odnieść się później do tego, bo celem, nawet w sado maso, jest przecież dialog i komunikacja. Wchodząc w monolog ze swoimi „fanami” budujemy sobie pomniki, ale nie ze spiżu, tylko z zupełnie innych materiałów: pychy, dumy, egoizmu.

Jak zwykle – rządzi paradoks. Ci, którzy mianują się otwartymi na dialog najszybciej go kończą, ucinając i uciekając w popłochu do ciepłych krajów konformizmu, gdzie zawsze znajdzie się grono przyjaźnie klaszczących.

Poklask jedynie potwierdza, że żyjemy w czasach, w których nie liczy się jakość, a ilość. Mylicie się jeśli myślicie, że nie lubię tych czasów. Nawet bardzo mi się podobają. Jest o czym rozmawiać, jest się z czym borykać, jest co poprawiać. Poszukiwanie odpowiedzi na nurtujące mnie pytania straszliwie napędza. Siła to przeogromna i czasami przerastająca nawet mój sposób pojmowania. Różnice między ludźmi są katalizatorem dla dyskusji, bo to właśnie o gustach się dyskutuje. Jak mantrę to powtarzam, zawsze, wszędzie i każdemu.

Już kiedyś pisałem o tym, że ludzie boją się stawiać sprawę jasno. Dziś zastanawiam się skąd te opory i dochodzę do niezbyt ciekawych wniosków. Sprzeczka traktowana jest jak kłótnia. Kłótnia jak awantura. Awantura jak zło. Czy osobie chcącej uchodzić za inteligentną i „na poziomie” wypada się denerwować i wyrażać jasno swoje emocje, zwłaszcza publicznie? Gdzieżby tam znowu. Sado maso jest tylko do słodkiego pierdzenia, z którego wilk ma wyjść najedzony, a owca się uchować. Marność, bracia i siostry, marność nad marnościami.

Paweł Bielecki zawsze powtarza mi, że wszystko jest kreacją i sobą można być dopiero w towarzystwie siebie samego. Zaczynam powoli przekonywać się, że częściowo ma rację, bo pokazać swoje prawdziwe oblicze w sado maso potrafi niewielki odsetek dumnie używających tej przestrzeni. Słowo „kreacja” odbieram tutaj w znaczeniu pejoratywnym, czyli nie być sobą, a być tym, do kogo publika zdążyła się przyzwyczaić lub takim, który będzie się podobał tej publice.

Pracuję w branży muzycznej. Każdy muzyk (ale nie wykonawca, a artysta) mówi do mnie mniej, więcej tak: „Dopóki tworzysz zgodnie z tym, co siedzi w środku Ciebie – jesteś prawdziwy. W momencie, gdy choć na chwilę puszczasz oko do publiki, by głośniej klaskała i więcej osób kupowało bilet na Twój koncert – przestajesz być artystą.”. Dodałbym, że to także chwila, w której artysta przestaje być sobą, a ugniata się jak plastelina na kształt jakiejś chorej kreacji. Pieszczotliwie nazywam takie „produkty” kreaturami. W jednej turze są kreowani na zielono, w innej – na czerwono i stają się słodkimi żyjątkami na kształt ameb.

Morał z tego taki, że ja niezgody się nie boję. Ona zazwyczaj popycha mnie do przemyśleń i zmian, bylebym miał możliwość zrozumienia, co dyskutant ma na myśli. Nie mam szans dojrzeć jego punktu widzenia, gdy patrzy na mnie z góry lub spieprza jak wystraszona zwierzyna w sytuacji dlań podbramkowej. Dyskusja to nie polowanie na koty czy czarownice. To przede wszystkim chęć, czas poświęcane drugiej osobie oraz szacunek do jej odmienności. Potrafię to wszystko ofiarować, ale im głębiej drążę, tym częściej widzę, że coraz mniej osób rozumie esencję dialogu. Nie zbawię świata, ale dzięki obserwacjom i temu, wydawałoby się, zmarnowanemu czasowi zaczynam doceniać jednostki wybijające się ponad przeciętność. Moje szczęście, że je dostrzegam jak perły w stadzie wieprzy. Oby nigdy nie zostały stratowane lub zjedzone.

photo credit: riccardoce via photopin cc
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest3

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Fajny tekst, z którym trudno mi się nie zgodzić. Umiejętność rozmowy nie jest łatwa, gdy w grę wchodzi różnica zdań zaczynają się emocje. Bo przecież moja prawda jest prawdziwsza niż twoja prawda. Ale ja lubię teorię „roz-mowy”, pewnego subtelnego rozdzielenia, które tak naprawdę determinuje fakt, że rozmawiamy. Gdy ni stąd ni zowąd zgadzamy się ze sobą – nic więcej nie mamy do powiedzenia oprócz przytakiwania sobie, co rozmową trudno już nazwać :)

    • Czemu? Rozmowa to przecież nie zawsze polemika :)

      • Ale wtedy, kiedy się ze sobą nie zgadzamy, pada zdecydowanie o wiele więcej słów i ciekawsze rzeczy z tego wychodzą. Nie umniejsza to oczywiście wagi rozmów o pogodzie, życiu, bez konieczności przekonywania siebie nawzajem ;) Po prostu dla mnie ideą rozmowy jest nie przekonywanie, ale ten rozdział, podmiotowość każdego mówiącego, a zarazem słuchającego.

        • Iza, i to jest piękne, co napisałaś :) Mam nadzieję Cię częściej widzieć w komentarzach.

  • Wydaje mi się, że temat który poruszyłeś ma też wiele wspólnego z nieumiejętnością słuchania. Jako rasowa introwertyczka, lubię ludziom się przysłuchiwać i przyglądać, i co czasami widzę w towarzystwie – nawet jeśli padnie zwykłe: „co słychać?”, nikt nie da tej osobie się wypowiedzieć, zaraz zmiana tematu. Zapatrzeni w siebie, często nie umiemy słuchać i równie często nie umiemy też mówić. Tak jak piszesz, kreujemy swój wizerunek pod publikę by pokazać jacy jesteśmy „naj” pod każdym względem, lub odwrotnie – sami siebie ograniczamy mając w głowie głupią myśl „a co oni sobie pomyślą”. Ogromnie brakowało i brakuje mi takiej szczerości relacji, otwartości i wartościowych rozmów. Nawet tych niezgodnych ;) od jakiegoś czasu szukam tego na blogach, sama pomalutku otwieram się na swoim. I uwaga – to działa! Perły się zdarzają.

    • Super! Dziękuję Ci za ten komentarz i cieszę się, że na swój sposób zostawiasz także u siebie pole do dyskusji. To bardzo ważne, bo im więcej takich osób otwartych w internecie, tym więcej też w realu. Nie chce mi się już czytać o tych kreacjach i pitoleniu trzy po trzy jak ktoś jest inny na blogu, a zupełnie inaczej zachowuje się w realu. Nie jestem niewiernym Tomaszem – to po prostu niemożliwe.

      Sam uwielbiam gadać. Jestem nałogowym gadułą wręcz, ale nie przeszkadza mi to w słuchaniu. Wszystko jest kwestią chęci skomunikowania się z drugą osobą. Wielu blogerów lub innych twórców treści nastawionych jest tylko na nadawanie, a to przecież błąd. Nasze aktywności w sieci to nie teatr jednego aktora. Potrzebujemy tych tam, po drugiej stronie kabla czy wifirifi :)