Otwartość na dialog poprzez monolog

Otwartość na dialog poprzez monolog

Klaskać potrafi każdy, kto ma dwie ręce. Albo konto na fejsie. Nie każdy potrafi pomyśleć, dlaczego klaszcze. Nie każdy, komu klaszczą potrafi nawiązać dialog z nieklaszczącymi, gdy skupia się na sobie i swoim monologu.

Jestem bardzo aktywny w Internecie ostatnimi czasy. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale siedzę w domu i nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić, bo uziemiła mnie kontuzja. Zostaję sam na sam i mogę otoczyć się wszelkimi zdobyczami kultury i techniki. Używam sado maso, mojego bloga, serwisów, innych blogów, filmów, telewizji. Czasem sięgnę po książkę.

Dostaję feedback, że coś się u mnie zmieniło. Że piszę elaboraty w komentarzach, w których ciągle staję okoniem wobec wyrażanych przez autorów opinii. Czuję się prawie jak hejter, wredny pryszcz na czyjejś dupie, który ciągle o sobie przypomina, przy każdym wstawaniu. Dziwne to uczucie, które trochę mnie jednocześnie śmieszy.

Wiele razy podejmowałem temat dialogu. Tutaj, tutaj, a nawet tutaj, ale zagadnienie ciągle jest problematyczne, więc napiszę jeszcze raz. Inaczej nieco.

Czym jest dialog?

Dialog nie skupia się na ocenie, która pojawia się dopiero w formie refleksji po sensownej dyskusji. Jeśli już podczas pierwszych zdań, traktowanych jak didaskalia do monologu, jego autor stawia diagnozę i wpisuje „bańkę” do dzienniczka ludzkich ocen, to rzeczywiście nie ma mowy o rozmowie. W dialogu należy, oprócz mówienia, słuchać i słyszeć. Nie da się tego zrobić, jeśli słyszy się tylko siebie. Częstym powodem niesłyszenia jest brak zrozumienia. Do uchwycenia cudzych myśli używa się empatii, która nieraz kuleje. Wnioski nasuwają się same. Nawołując do dialogu poprzez monologowanie nadawca staje się hipokrytą. Przykra to prawda, której nie sposób zrozumieć, jeśli nie wyjdzie się choć na chwilę z siebie. Nawet gdyby groziło tak silnym trzaśnięciem drzwiami, że wyleciałyby z futryn.

Forma czy treść?

Kiedy forma staje na równi z treścią zaczynam po raz kolejny odkrywać Amerykę. Umiejętność słuchania i czytania ze zrozumieniem są cennymi cechami, ale wciąż zaniedbywanymi, przynajmniej w Internecie. Może dlatego, że ciągle ten Internet nie dojrzał i niewielu buszujących w nim użytkowników potrafi być sobą. Nadal tworzony jest podział na tych, którzy są prawdziwi i tych, którzy chcą być postrzegani w określony sposób (i tu pcha się do głosu nielubiane przeze mnie słowo – kreacja). Wydaje się, że jedna postawa nie wyklucza drugiej, bo będąc prawdziwym jesteś postrzegany w określony sposób, ale Internet tworzy barierę kłamstwa nie do przeskoczenia. Tę z kolei maskuje forma i koło się zamyka.

Dziś dowiedziałem się, że forma jest równorzędna treści. W takim razie stare porzekadło „jak Cię widzą, tak Cię piszą” nadal nie straciło nic na aktualności i oznacza, że jeśli nie ubierasz się modnie, w kwieciste słowa – pewnie nie ma o czym z Tobą rozmawiać. Jeśli nadużywasz wulgaryzmów – z pewnością brakuje Ci kultury. Jeśli nie jesteś zrozumiany, to znaczy, że nie da się z Tobą dyskutować. Krzywdzące uproszczenia obnażające słabości spekulantów.

To dla mnie takie odwieczne wojny postu z karnawałem, Bożego Narodzenia z Wielkąnocą, mieć z być. Mimo wszystko mam dosyć jasno określone spojrzenie na formę. Jest dla mnie istotna, ale mam ją w dupie, jeśli miażdży ją treść. Jeśli lekarz jest dla mnie niemiły, ale jest fachowcem, to mogę mu wybaczyć szorstkość, bo nie chcę mieć wspaniałej obsługi, która lepiej zadba o swój PR niż moje zdrowie. Podobnież jest z formą i treścią. Pierwszej wybaczam, gdy druga rzuca o glebę.

Więc po co to wszystko?

Ten dzień muszę sobie zapisać kredą w kominie :) Nie pamiętam już gdzie, nie pamiętam już kiedy i nie pamiętam w jakiej sytuacji, ale Kominek stwierdził, że nie czyta innych blogów, bardzo mało komentuje, nie wypowiada się praktycznie nigdzie poza blogiem, ewentualnie w rozmowach prywatnych. Chyba powinienem skorzystać z jego sposobu i jeśli już – komunikować się z tylko z moimi Czytelnikami tutaj. Nie ma sensu wdawać się w dyskusje, które bardziej przypominają moje didaskalia do czyjegoś monologu. Wyświadczam sobie niedźwiedzią przysługę i przy okazji robię dobrze autorowi. Równość? Otwartość? Dialog? Gdzież tam, frazesy.

Tak. Naiwny jestem, że się dziwię. W końcu wolnoć blogerze na swoim serwerze. Wszędzie dobrze, ale na Muszkieter.in najlepiej.

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Ana

    Mam wrażenie, że kiedyś komentowałam więcej i częściej. Teraz komentuję wybiórczo. Najczęściej decyduję się zostawić po sobie ślad tam, gdzie jest szansa na dialog, a nie bezsensowne próbowanie wejścia w jakąkolwiek dyskusję kimś, kto monologując, uważa, że jego jest jedyne i słuszne.

    • I to jest bardzo dobra droga, ponieważ na mologujących szkoda czasu. Naprawdę :)

  • Czasem notatki na marginesie są sto razy cenniejsze, niż główna treść :) Ostatnio też się zabrałam za komentowanie – uznałam, że jeśli już czytam, to coś po sobie zostawię. Pamiętam też blogowanie z czasów, kiedy te dyskusje, czasem do pierwszej krwi, stanowiły jego sedno. Teraz tego trochę brakuje, każdy okopuje się na tym swoim podwórku – ja bloger, moje, moje, moje. I to mi się trochę kłóci z tą ideą poznawania ludzi, wymiany myśli. Może dlatego, że najtrwalsze relacje, które istnieją do dzisiaj, zbudowałam właśnie blogując, czytając, rozmawiając online :)

    • Blogerzy w wielu przypadkach tego nie rozumieją, ponieważ skupiają się na sobie. Oby tylko wysłać komunikat w świat. Ja lubię reakcje, interakcje, nawet kłótnie, o ile coś z nich wynika. To oczywiste, że nie odpowiada mi, gdy ktoś się ze mną nie zgadza. Ale paradoksalnie w tej sytuacji możemy sobie dać dużo więcej, o ile będziemy pamiętać (i ciągle zakładać), że ta druga strona ma prawo do innego zdania, a my jesteśmy do niej pozytywnie nastawieni.

      Mamracjonizmowi mówię stanowcze NIE.

  • Często te najbardziej rozbudowane i kwieciste monologi mają z góry wyłączoną opcję „dialog”. Są nastawione wyłącznie na promocję własnej opinii. Wtedy rzeczywiście walka z wiatrakami nie ma sensu i lepiej zmilczeć.
    Na polu dyskusji prawdziwe życie wygrywa z wirtualnym światem. Można przemówić do drugiego człowieka nie tylko słowami, ale tym kim się jest i co się robi.
    Ale z drugiej strony, jeśli ktoś ma szczelne klapki na oczach, to po prostu czasem chce je mieć.

    • Dziękuję Ci za ten komentarz. Wycisnęłaś sok z mojego tekstu, choć nie zgadzam się do końca z tym rozdziałem na życie realne i wirtualne, bo właśnie taki podział pozwala na nadużycia. Ci sami, którzy oczekują odpowiedzialności za słowo i piszą o tym w Internecie szukając dialogu – nie potrafią wytrzymać polemiki z ich tekstami. To też lekki rodzaj hipokryzji, a może po prostu braku dojrzałości. Szastać mocnymi słowami to nie sztuka. Sztuka wiedzieć co się pisze, bo do tych słów przypięte jest przecież imię i nazwisko. Zawsze, czy to w realu czy tutaj.

      • To prawda, odpowiedzialność za napisane/wypowiedziane słowo powinna być wszędzie taka sama.
        Ale nie wydaje Ci się czasem, że ten kto zdecydowanie wypowiada się w sieci, nie byłby w stanie obronić swojego zdania, patrząc Ci w twarz, słuchając tego jak mówisz i widząc kim jesteś?

        • To też spore uproszczenie. Tak samo jak mnie odbiera się jako wielkiego wojownika tutaj, a w realu jestem… wielkim wojownikiem :) Nie rozdzielam tych światów, nie kreuję się na kogoś bardziej niż jestem. Ale to ja.

          Mit mówi – ten, co głośny w necie, cichy jak trusia w realu. I na odwrót – ten, co w necie cichy jak trusia, w realu krzykacz pierwszej wody. Ale to mit, Margaritum (BTW, masz jakieś imię? :)).

          Polecam zawsze to konfrontować z rzeczywistością. Kiedyś jak się spotkamy, bo prędzej czy później to się stanie, to pogadamy o tych moich muszkieterskich teoriach :)

          • Że to mit – na pewno masz rację. Mi chodzi bardziej o to, że na żywo słowa są tylko pewną częścią dialogu, a w sieci wszystko się do nich sprowadza. Ale teraz używam tajemniczej kobiecej wiedzy ;))
            Pozdrawiam, Gosia.

          • OK, teraz już wszystko jasne. Właśnie przy odpowiedzialności za słowo pisane rozchodzi się również o odpowiedzialność za to, co się może wydarzyć pod jego wpływem. Wypowiedziane na żywo bardzo szybko i łatwo można zweryfikować, zmienić. Napisane jednak zostaje i jest potwierdzeniem lub zaprzeczeniem faktów.

  • Bart

    Się trochę uczepię ostatniego akapitu.

    Pewnie ja mam zbyt wyidealizowaną wizję świata, ale nawet jeśli moja wypowiedź ma być didaskaliami do czyjegoś monologu to i tak warto. Bo może po pewnym czasie prowadzący monolog przejrzy na oczy i spojrzy jeszcze raz. Bo może osoby trzecie spojrzą i postarają się zrozumieć. Bo może te wypowiedzi nie zmienią niczego teraz, ale może zmienią coś za dzień, miesiąc czy rok. Ale pewnie mam zbyt wyidealizowaną wizję świata ;)

    • Też zawsze to wierzę, ale… szkoda mi już czasu i energii na sianie niezbyt żyznej gleby. Tak z szacunku do siebie :)