Ojciec rozum, matka depresja

Ojciec rozum, matka depresja

Człowiek w depresji czuje się jak mysz zamknięta w klatce. Jak jakieś zwierzę, ale to bezbronne, małe, wystraszone i do tego okratowane. Ja też kiedyś byłem taką myszą.

Kiedy pisałem o swoich kompleksach, czułem się podobnie jak dziś.  Nie wiem czy to dobrze, ale muszę przymuszkiecić, bo zwariuję. Opowiem Wam dziś fragment mojego życia. Może dlatego to takie ważne i delikatne, niemniej schowane głęboko w mojej pamięci nie będzie służyć nikomu, a mnie się już nie przyda, więc… wolę podzielić się tym z Wami. Może dzięki temu ktoś, kto właśnie przechodzi depresję i czuje się kompletnie niezrozumiany, nawet przez ludzi, którzy są lekarzami, dowie się, że nie jest sam? To dla depresjonisty jest najważniejsze w życiu, które w następstwie samotności chce sobie odebrać.

Depresja Muszkietera

Gdy przyszedłem na studia na AGH, nie znałem tu kompletnie nikogo. Nawiązywanie kontaktów z nowymi ludźmi nie było jednak dla mnie żadnym problemem. Miałem 20 lat, otwartą głowę i wydawało mi się, że wszystko jest niby OK. Tymczasem nie dostałem się na upragnioną polonistykę (tak naprawdę dziennikarstwo było upragnione, ale nie umiałem angielskiego na tyle, aby zdawać egzamin), specjalność edytorstwo, bo odkryłem, że chcę być człowiekiem mediów. Zdałem maturę rozszerzoną i dostałem się na (brzydkie jak noc dla mnie wtedy) AGH. Technik elektronik o specjalności systemy komputerowe poszedł sobie na elektrotechnikę. I wszystko by się zgadzało, gdyby nie to, że nienawidziłem elektrotechniki. Nie czułem miejsca, w którym się znajduję, czyli AGH. Miasteczko Studenckie i ta radość ze spuszczenia z rodzicielskiej smyczy nie były moim udziałem. Zacząłem nienawidzić siebie, gdy posypały się pierwsze złe oceny z zajęć. Nic mi nie szło, a wszyscy wokół wydawali się inteligentniejsi, szczęśliwsi, bogatsi i mający cokolwiek do zaproponowana światu. Ja myślałem wtedy bardzo mocno, że nie mam absolutnie nic.

Wpadłem w depresję. Kumple rano ściągali mnie z łóżka, abym poszedł na zajęcia, a ja nie chciałem na nie iść, bo kojarzyły mi się z traumami, w których jestem poniżany i dołowany. Nie miałem siły wstać z wyrka, choć byłem młodym i sprawnym człowiekiem. Cierpiała moja dusza, cierpiała moja głowa i ostatecznie cierpiało moje ciało. Byłem po prostu chory.

W tym samym czasie na studia poszła moja żona (wtedy jeszcze moja dziewczyna). Borykała się z tymi samymi kłopotami co ja: nowe miasto, nowi ludzie, akademik, problemy z komunikacją – ot, po prostu zderzenie z innym światem. Jej reakcja na nowe była za to zupełnie inna. Była szczęśliwa, choć zmęczona i nieustannie biegnąca z zajęć na zajęcia. Walczyła o mnie jak lwica i była dla mnie wsparciem. Pojawiała się na każde moje zawołanie, a tych zawołań było w rezultacie tak dużo, że i ona nie dawała już sobie ze mną rady. Odebrała także parę telefonów, w których szantażowałem ją „jeśli nie przyjedziesz za 0,5 h, to może mnie już nie być”.

Tak właśnie wygląda depresja, moi mili.

Depresjonista egocentryk

Człowiek w depresji jest cholernym egocentrykiem. Zachowuje się trochę jak pies ogrodnika – sam nie potrafi normalnie żyć i przez to nie daje też normalnie żyć innym. Musi na sobie skupiać uwagę, ponieważ czuje się niedoceniony, a nie potrafi robić nic, za co można go cenić, co wpędza go w jeszcze większy dół. Na tym polega cały problem depresji, która jest najzwyczajniejszą w świecie chorobą, objawiającą się w nie do końca zwyczajny sposób.

Depresjoniści sami siebie nie rozumieją, dlatego tak bardzo potrzebują obecności drugiego człowieka. Paradoks polega na tym, że jednocześnie pragnąc bycia z kimś, są nim zniechęceni. Zachowują się jakby strzelali fochy, bo ktoś nie spełnia ich oczekiwań, rozkazów, a w rezultacie mają ciągłe pretensje do świata, że jest za głupi, by rozumieć ich genialność.

Prawda jest taka, że depresjoniści nie są genialni. Są tylko bardzo wrażliwi i nie mają świadomości, jak wspaniałą cechą obdarzył ich Bóg. Nienawidzą siebie za nadwrażliwość, bo nie pasują do świata, który jest przecież bezrozumny i zimny. Tymczasem prawda jest pośrodku. Świat zły nie jest, a oni nie powinni nienawidzić siebie, bo są inni. Wychodzenie z depresji zaczyna się wtedy, gdy zaczynają kochać i szanować siebie.

Leczenie depresji

Matka depresja dotyka osób, które są w konflikcie wewnętrznym, a same nie potrafią i nie mogą tego zauważyć. Dlatego aby się z nią rozprawić, bo to jest patologiczna matka – potrzebny jest wyspecjalizowany i doświadczony lekarz, który będzie udzielał wsparcia, prowadził rozmowy, a czasem dawał tylko zwykłą obecność, bo ta z kolei, jest istotą walki z depresją.

„A co Ty o tym wiesz?” – zapytacie. A to wiem, że jestem po rocznej psychoterapii. Nie radziłem sobie z tą myślą, że „jestem psychiczny”, ale dziś traktuję psycho-lekarzy jak każdego innego doktora. Masz problem z nogą – idziesz do ortopedy. Masz problem z uchem – idziesz do laryngologa. Masz problem z oczami – idziesz do okulisty. Masz problem z psychiką, która przestaje być logiczna – idź do psychologa. Proste jak drut.

Poszedłem zatem do poradni. Byłem młodym studentem, który odebrany został jako ściemniacz unikający nauki. Powiedziałem więc pani psycholog, zgodnie z prawdą i szczerze: Ja chcę się zabić. Planuję to, tylko nie mam odwagi. Powstrzymuje mnie to, że moja dziewczyna będzie cierpieć, moja mama i rodzina też.

Wtedy dopiero zostałem potraktowany poważnie. Skierowano mnie do tzw. oddziału dziennego, czyli byłem „na wolności”, ale miałem swoją grupę wsparcia oraz rozmowy z psychologiem oraz psychiatrą. Psycholog dbał o stan umysłu i ducha, a psychiatra o „stan techniczny”, czyli farmakologię i jej wpływ na mój organizm. Na spotkaniach grupowych spotkałem wspaniałych ludzi, którzy mieli większe problemy niż ja i ich historie stały się początkiem mojego wychodzenia z ciemności. Zobaczyłem, że piękne dziewczyny myślą o sobie, że są brzydkie, a inteligentni chłopcy, że są totalnymi bezmózgami. Rozkładaliśmy tam na czynniki pierwsze nasze uczucia, w prawdzie, bez udawania nikogo, kogo udajemy na co dzień, aby ukryć to, co wydawało się nam w nas najgorsze – nas prawdziwych.

Patrząc na tę grupę dziś, z perspektywy czasu, mocno czuję jak wiele rzeczy zrobiliśmy razem. Daliśmy sobie szczerość, wsparcie, wzajemną pomoc i wałkowaną tu przeze mnie do znudzenia – obecność. Leki pomagały nam normalnie funkcjonować, ale to nasza wiara w drugiego człowieka i wzajemne pobudzanie się do działań pomagały wstawać z łóżka i mieć siłę, by rozpocząć nowy dzień. My w siebie nawzajem wierzyliśmy, ucząc się przy tym, że tylko taka dobra wiara w siebie, za którą idą konkretne działania nadaje naszym życiom jakiś sens. Dowiadywaliśmy się od siebie, że leżenie i złość na świat, że nie jest takim, jakim sobie go wymarzyliśmy, jest piekielnie nielogiczne i złe. Za to racjonalnym jest, aby ten swój najmniejszy świat, jednostkowy, ten wokół nas, zmieniać na lepszy. Bo na niego mamy wpływ.

Ojciec rozum zawodzi, gdy matka depresja przytula swoje dzieci. On wtedy idzie na urlop, bo depresja jest szczególnym rodzajem czasu wolnego, który gdy nas dopadnie – należy spędzić w pokorze. Każdy z nas na co dzień przeżywa większe i mniejsze depresje, ale nie każdy jest w stanie sobie z nimi poradzić, dlatego gdy zaczynasz chorować – poproś o pomoc. Lekarza, księdza, partnera, przyjaciela. Nie jest istotne, od kogo zaczniesz. Ważniejsze jest to, że zdasz sobie sprawę, że nici z Twoich wysiłków – nie masz mocy, by sam się uzdrowić. Potrzebny Ci jest drugi człowiek, w którym znajdziesz oparcie w wychodzeniu z depresji.

Ostatecznie leczysz się sam. Potrzebujesz jedynie wsparcia, aby się wyleczyć skutecznie.

PS

Posłanie do nadwrażliwych - Kazimierz Dąbrowski
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook74Tweet about this on TwitterShare on Google+2Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)


Pingback: Follow Friday

  • Czytam Twój tekst i myślę – „on opisuje moje przeżycia”. Skończyłam klasę o profilu polonistyczno-dziennikarskim, bo od zawsze chciałam być dziennikarką. Pisać i dzielić się tym z innymi. Jednak matura nie poszła mi tak jak chciałam. Nawet nie złożyłam dokumentów na wymarzone Dziennikarstwo na UW (żadna inna uczelnia mnie nie interesowała). Zniechęcona opiniami innych ludzi by iść za głosem serca, bo po tym nie znajdę pracy poszłam na logistykę. Pierwsze dwa lata były dla mnie ciężkie, ale jakoś dawałam radę. Angażowałam się w różne akcje (dzięki temu poznałam mojego Ukochanego :)), poznawałam mnóstwo ludzi. Imprezy, alkohol, niezbyt wymagające studia, niby ok. Apogeum był początek trzeciego roku. Musiałam wrócić do akademika, którego szczerze nienawidziłam, studiowałam kierunek, który mnie totalnie nie interesował, nawet chłopak i znajomi wydawali się nieodpowiedni. Zmarnowane dni, gdy ciężko mi było wstać z łóżka, litry przelanych łez i te słowa dookoła „weź się w garść”. Co z tego, skoro ja nie mogę, nie potrafię, a tak bardzo bym chciała… Wszystko zbiegło się również z terapią hormonalną, która była tak jakby zapalnikiem w tym półroczu walk – o siebie, o nasz związek, o każdy dzień. Nie poddałam się (ogólnie zawsze byłam dość silną psychicznie osobą). Tylko wtedy. Udało się skończyłam licencjat, zmieniłam kierunek i uczelnie, miejsce zamieszkania, pourywałam większość kontaktów z „wampirami energetycznymi”. Jest super, bo znalazłam swoją własną strefę komfortu. I chłopak okazał się jak najbardziej TEN. Pozdrawiam!

    • Ola, dziękuję Ci za Twoją historię. Jak pokazują fakty – historie depresjonistów są bardzo podobne. Cechą wspólną jest frustracja wynikająca ze zgadzania się na dopasowanie do świata, podczas gdy serce rwie gdzie indziej.

      Druga połówka wtedy jest błogosławieństwem. Ja cieszę się, że moja kochana Żona wtedy była obok (wtedy jeszcze narzeczona), choć nie wiedziała jak być, to robiła to po swojemu. Z miłości.

      Pilnuj swojego Skarbu i pozdrów go od Muszkietera :)

      https://www.youtube.com/watch?v=ZCx0X2YSd1M

  • Pingback: Follow Friday()

  • „Człowiek w depresji jest cholernym egocentrykiem. Zachowuje się trochę jak pies ogrodnika – sam nie potrafi normalnie żyć i przez to nie daje też normalnie żyć innym.”

    W życiu bym nie pomyślał, że mogłem kiedykolwiek mieć depresję. W moim środowisku (pewnie jak w każdym) strasznie się ją bagatelizowało. Suma sumarum samemu zaczynałem to bagatelizować. W końcu mieć 18 lat i mieć depresję? Nie było opcji! I tak się kończyło na tym, że tłamszone, nie nazwane po imieniu objawy fałszywie mijały same z siebie, a potem się człowiek zastanawiał, skąd w nim tyle psychicznych blokad. Oh… to pewnie „nieśmiałość”. A tymczasem nazwanie rzeczy po imieniu i podjęcie walki pozwoliłoby uniknąć nieświadomego stanu nawracających blokad.

  • Edi

    Jestem zaskoczona i jednocześnie pod dużym wrażeniem, że można tak otwarcie, a jednocześnie tak trafnie pisać o depresji.
    Zgadzam się, że depresja dopada tylko najbardziej wrażliwe osoby, ponad normę wrażliwe. Tak masz rację, nienawidziłam siebie za tą wrażliwość, ambicję i idealizm które kierowały moim życiem. Nienawidziłam tego świata, ludzi, którzy nie potrafili być empatyczni, byli bezwzględni i obojętni. Nienawidziłam siebie, że taka nie jestem…
    Najgorsze jest uczucie ciągłego zmęczenia spowodowane brakiem snu, budzeniem się przez godziną „0”, przerażające uczucie lęku i ciągła ochota płakania…
    Nikt, kto tego nie przeżył nie zrozumie…
    Cieszę się, że udało ci się wyjść z tej choroby. Niestety ja wciąż się z nią borykam a jesień to najgorszy czas i najtrudniejszy na „pozbieranie się”.
    Najgorsze jest to, że nie potrafię określić kim jestem, nie mogę znaleźć spokoju wewnętrznego – jestem romantyczką, wrażliwą i nieznajdującą zrozumienia w świecie – jednocześnie świat to nie bajka, nie ma już prawdziwej miłości, ideologii, wrażliwości. jak w takim świecie mam znaleźć swoje miejsce?
    Najgorsze jest to, że czasem myślę o końcu, choć staram się odganiać złe myśli, ale często to bardzo trudne.
    Mam nadzieje, że nigdy nie dorwie cię więcej ta choroba, a ona lubi powracać – niestety…
    Wielkie dzięki za blog:)

  • Czytelniczka_w_ukryciu

    Dołączam się do osób, dziękujących za poruszenie tematu depresji, która na szczęście, coraz częściej jest traktowana jako choroba, a nie „widzimisię”.
    Przez długotrwały stres, nadwrażliwość i nawarstwienie się jeszcze innych mniejszych, bądź większych czynników, znalazłam się u progu depresji (bo nie wiem czy mogę powiedzieć, że na nią chorowałam, gdyż ostatecznie nie zgłosiłam się do żadnego specjalisty, mimo iż oznak było kilka). To były długie miesiące, po których straciłam ponad 10 kg wagi, kilku dobrych znajomych, koncentrację i chęci do działania. Nie wiem co dokładnie było iskrą zapalną do początków pracy nad sobą i wychodzenia z czasów mroku, wyganiania „czarnego psa”. Niestety cały ten proces podnoszenia i rozumienia co się ze mną dzieje, przechodziłam głównie sama, gdyż najbliższe otoczenie chyba nie do końca wiedziało co się ze mną dzieje, tłumaczyli sobie może mój spadek formy 100 innych powodów, ale nie depresją, a ja im też nie podsuwałam tego pomysłu. Dlatego tak ważne jest mówienie o tym głośno, żeby można było szybko reagować i pomagać we właściwy sposób, osobom, za którymi szwęda się czarny pies, bądź zaczyna węszyć..

    Nie wiem do końca co pozwoliło mi się wyrwać mrokom widma depresji (prawdopodobnie chciałam o tym okresie szybko zapomnieć), ale pomocna okazała się dobra muzyka (w tym czasie odkryłam jej najwięcej, to było coś co sprawiało mi jakąkolwiek przyjemność i było świetnym odstresowywaczem), dziurawiec i ruch na świeżym powietrzu. Mimo iż już od paru miesięcy nie mam problemów z odżywianiem, snem i wstawaniem rano, dopiero niedawno poczułam, że znowu śmieję się i uśmiecham z wewnątrz, a nie tylko powierzchownie. Co prawda gnieżdżą się jeszcze małe wstrętne potwory w mojej głowie, które nieraz o sobie przypominają, ale to jest chyba normalne u ludzi z podwójną dawką wrażliwości ;)

    Pozdrawiam i cieszę się, że Ci się udało;)

  • flakeenn

    Depresja. To słowo, tak często ostatnio pojawia się wszędzie. W mediach, życiu, w internecie. Teraz kiedy przyszła jesień, słyszę je dwa razy częściej niż dotychczas, pewnie z powodu opadających liści (bo na brak słońca, nie można póki co narzekać). Ale opadające liście są jedynie, w większości, chandrą, gorszym samopoczuciem wynikającym z pory roku, zimna itd. Oczywiście nie neguję i nie oceniam, bo nie wiem. Nie znam ludzi, nie wiem czy to co oni nazywają depresją jest jedynie chandrą, czy może już początkiem tej choroby. Cieszę się, że ten temat jest teraz poruszany. Właśnie teraz. Właśnie w tą porę roku, bo Ci którzy mają depresję mogą zobaczyć, że nie są sami, a Ci którzy mają tylko chandrę zobaczyć, że nie warto używać słowa depresja na wyrost.
    Najtrudniej jest zwierzyć się ludziom z własnych słabości, opowiedzieć o chorobie, która zżera od środka, kawałek po kawałeczku. Zapytasz skąd wiem? Sama to przechodziłam. Miałam depresję. Bezsilność, bezradność, niemoc, głuchy krzyk, którego nikt nie słyszy, samotność w tłumie ludzi, strach, ten przerażający, paraliżujący strach. Tak, to on był najgorszy. Był nie do zniesienia. i to ten strach, zaprowadził na samo dno.
    Nie chciałam grupowej terapii, nie byłam na nią gotowa. byłam tylko ja, lekarz i ten który jako jedyny wyciągnął do mnie rękę. Spotkanie z lekarzem, tabletki, praca, spotkanie z lekarzem, tabletki, praca.. i tak w kółko, przez rok. Nauka akceptacji siebie, nauka emocji, wychodzenie z klatki.
    Mi się udało, choć cały czas jeszcze nad sobą pracuję. Ale dzisiaj mogę powiedzieć: Jestem szczęśliwa! Otworzyłam nowy etap. Udało się!

    Cieszę się, że napisałeś, o pomocy innym. To ważne. Pomagajmy sobie nawzajem i zmieniajmy Polskę :)

    P.S
    Przepraszam, że tak długo.

  • sofia

    Ja też dziękuję. Wiem, że to było szczere, niezmyślone… Moja przyjaciółka nie tak dawno przechodziła przez to piekło, a ja jej towarzyszyłam. Przechodziła nie tylko przez oddziały dzienne, ale i zamknięte, te za kratami.
    Niejedno było mi dane zobaczyć i poczuć. Sama ledwo uchroniłam się od depresji, bo czyjaś długotrwała depresja często wciąga też innych, niestety. Potrzebowałam roku, aby w miarę dojść do siebie. Przyjaciółka- można powiedzieć – wciąż jeszcze walczy – przechodzi kolejne psychoterapie i chyba już do końca życia będzie brała leki, ale jest dzielna i jestem z niej dumna! Mam nadzieję, że nie ma już myśli samobójczych.
    A propos wpisu tej „męskiej jednostki” (Blow), wierzę, że ten brak pokory, wyraźnie widoczny w jego wpisie – wynika po prostu z braku przeżycia prawdziwego cierpienia…Ludzie, którym się nigdy życie nie załamało, nie mają pojęcia jak delikatną wszyscy mamy psychikę i jak niewiele potrzeba, by zaczęła chorować… Niezależnie od płci.
    Jednak nie trzeba mieć do tych „męskich jednostek” pretensji. Może lepiej, że nie rozumieją, że tego nie musieli przeżywać…
    Brawo, Muszkieterze! Trzymaj się!

    • sofia

      Dodam tylko, że mam nieodparte wrażenie, że nie podałeś wszystkich przyczyn swojej depresji i myśli samobójczych… Nie musiałeś oczywiście, ale tak jakoś coś mi wewnątrz mówi, że to nie jest pełna prawda.

      • Masz dobre wrażenie :) Na inne muszkieterskie historie przyjdzie jeszcze czas. Na pewno będzie o nich można przeczytać w mojej książce, która będzie sumą wszystkich historii.

  • Blow

    wybacz, Muszkieterze, ale może jestem prostą i prymitywną męską jednostką, nie wyobrażam sobie męskiej depresji. Mężczyzna nie ma czasu na takie pierdoły jak roztkliwianie się nad sobą i smutek. Ma działać, przeć do przodu i zdobywać świat! Nie ma czasu na narzekanie i jojczenie, jak mu źle. Bo zadbać o oto czenie, rodzinę, pieniądze i przyszłość.

    • xmt

      Świat wydaje się taki prosty gdy masz 14 lat …

    • Cóż, Blow, jeśli sobie nie wyobrażasz depresji, to nawet powinieneś się cieszyć, bo to znaczy, że nie jesteś na nią podatny aż tak jak wielu wrażliwych facetów. Jestem jednym z nich. Czy czuję się przez to mniej męski? Kompletnie nie. Czuję się za to pełniejszy jako facet, który nie z jednego pieca jadł chleb, nawet jak łamał sobie na nim zęby.

      Zdobywam świat, prę do przodu, kocham moją żonę, a czas na narzekanie i pojojczenie znajduję, ale fakt, że mam go bardzo mało. Właśnie buduję swoją rodzinę, przyszłość i będę obrzydliwie bogaty (no dobra, tylko bogaty).

      Sporo jak na faceta, który przeszedł depresję, której sobie nie wyobrażasz u faceta, prawda? :)

      • Raoul

        Boże, jak ja Ci zazdroszczę @muszkieterin:disqus :(( Jestem w takim dołku, że masakra.

  • Strasznie się cieszę, że o tym piszesz :) Chociaż zdaję sobie sprawę, jakie to trudne.
    Mam za sobą podobne doświadczenia i całym sercem podpisuję się pod tym postem, bo napisałeś wiele ważnych rzeczy. To, że depresja jest normalną chorobą, którą można i trzeba leczyć. To, że bardzo potrzebne jest wtedy wsparcie bliskich ludzi. Że warto zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby się z tego bagna wydostać. I przede wszystkim – że można, naprawdę można to pokonać i stać się znowu szczęśliwym człowiekiem. To chyba najważniejsze przesłanie dla każdego człowieka, który się z tym boryka. Bo w samym środku depresji tej nadziei na zmiany po prostu nie ma.
    Ja to przechodziłam nieco inaczej i innymi sposobami sobie poradziłam. Ale myślę, że ta choroba ma wiele różnych odcieni. Kiedyś na pewno o tym napiszę.

    A Ty jesteś zuch chłopak :*

    • Małgosiu, to nie było dla mnie w ogóle trudne, mimo że bardzo osobiste. Czułem, że chcę i mogę się podzielić tą historią, by mogła służyć innym. Czy jako przyszły coach powinienem bać się swoich demonów? Nie! Biorę się z nimi za bary. W naszym kraju jest tak wiele do zrobienia :) Jest tylu poranionych ludzi, którzy w dodatku samodzielnie trzymają noże na swoich gardłach. Chcę zmieniać Polskę i Polaków :) Zacząłem od siebie, na sobie eksperymentuję, a później będę mógł się tym również dzielić.

      To piękna rzecz, polecam Ci, moja wierna thinkstajlówo i dziękuję za Twoje słowa.

  • Ita

    Jestem poruszona. Patrząc na Ciebie z boku nigdy w życiu nie powiedziałabym, że przeszedłeś przez piekło depresji. Trzymam za Ciebie kciuki i bardzo gratuluję odwagi – nie tylko tej, która pozwala pisać o depresji, ale przede wszystkim tej pozwalającej spełniać marzenia. I jeszcze jedno: dbaj o swoją Lwicę, to musi być wspaniała Kobieta.

    • Dziękuję, Ita :) Tak to z tą panią depresją jest, że może zaatakować każdego. Tego najszczęśliwszego też. W każdym razie, o Lwicę dbam i fakt – to wspaniała Kobieta, przez duże K.