Niedługa opowieść o operacji kolana

Niedługa opowieść o operacji kolana

Dzisiaj dzielę się doświadczeniami ze szpitala. Miałem operację artroskopii lewego kolana – wycięto mi część łąkotki. Przeczytaj – będzie Ci łatwiej, jeśli znajdziesz się w podobnej sytuacji.

Dzień 1 – przyjęcie do szpitala

Przyjęto mnie na oddział. Ląduję w sali ze Staszkiem. Na oko ma 50 lat, ale później okazuje się, że jest trochę starszy. Endoproteza w jednym kolanie i przyszedł założyć drugą. Łąkotki miał już rozwalone wcześniej w obu kolanach, bo w młodości dosyć wyczynowo grał w piłkę nożną, a później swoje trzy grosze dołożyła praca fizyczna na budowie. Staszek jest weteranem, jeśli chodzi o wędrówki po szpitalach. Ja debiutantem. Dyskutujemy sobie o cewnikowaniach, znieczuleniach w kręgosłup, rehabilitacji, ale i o stresie oraz strachu. Śmiejemy się i żartujemy z naszych problemów, które sprawiły, że wylądowaliśmy w tym samym pokoju z kwalifikacją do operacji.

Nie możemy zbyt wiele jeść, więc dostajemy zupę, która przypomina raczej wodę z kluskami. Na deser – bonus: kompot. Nic już dziś nie możemy zjeść, za to musimy sporo pić. Jutro rano mamy w planach przebieranki w fartuszki saute i niczym uczestnicy biby na plaży nudystów – wyprawy na zabiegi. Staszek będzie miał nowe kolano, a mnie lekarze spróbują naprawić stare – załapałem się na imprezę zwaną artroskopią.


Czy się boję? Jasne, ale swoim odwiecznym zwyczajem nerwowo się uśmiecham i nadmiernie żartuję. To mnie nie uspokaja, ale przynajmniej nawraca myśli w kierunku głupot dających odetchnąć od ciężaru pytania „czy się uda?”. Idę się przejść do wspaniałego ogródka przy oddziale i na chwilę łapię względny oddech, bo przemierzam korytarz patrząc na osoby, które już są „po”. Ich cierpienie dodaje mi siły, ale nie na zasadzie, że ja to mam lepiej, bo oni mają gorzej. Myślę raczej, że im się udało przejść przez zabiegi, to i mnie powinno się udać. Może po operacji będzie już do końca inaczej, ale poczucie, że nie jestem osamotniony w takich problemach sprawia, że jestem spokojniejszy i gotowy na akceptację darów losu. Ostatecznie jedyne, na co mam w tej chwili wpływ to moje myśli, nastawienie i chęć przyjęcia konsekwencji tego, co ma się wydarzyć. Mogę się męczyć, dręczyć i użalać nad sobą. Z drugiej strony jednak mogę żartować i śmiać się ze swojej sytuacji, podejść do niej z dystansem i zaufać ludziom. I Bogu.

Wybieram tę drugą opcję. Jutro niech będzie dobry dzień.

Dzień 2 – operacja

Staszek od rana jest podenerwowany i okazuje to przez milczenie. Ewidentnie czuje, że zbliża się nieuniknione – stół operacyjny. Nawet, gdyby na chwilę chciał zapomnieć, to pielęgniarka podpinająca kolejne kroplówki zwiastuje przygotowania do zabiegu.

Ja mam nakaz, by się przed zabiegiem jeszcze wykąpać, więc czmycham pod prysznic. Gdy wracam, Staszka już nie ma.

Następne 1,5 godziny jest dla mnie trudnym czasem, bo zostałem sam w pustej sali. Do dyspozycji myśli, strachy i stresy. Przyszła jednak kryska i na Muszkietera. Kroplóweczka, wenflonik i kap, kap. Wydawało mi się, że to szybciej działa, więc aby czymkolwiek zaprzątać głowę – czytam książkę.

Wtem! Uśmiechnięty duet pielęgniarzy przyjeżdża z łóżkiem, by zawieźć mnie na blok operacyjny. Wcześniej przebieram się w to seksowne niebieskie szpitalne wdzianko. Na szczęście dostaję zezwolenie na pozostawienie majtek, bo nie ma nic fajnego w świeceniu klejnotami w drodze na zabieg. No to jedziemy z tym koksem.

Przejeżdżam przez przez pół szpitala na łóżku, patrząc tępo w sufit i uśmiechając się do moich przewoźników. Dowiedziałem się przy okazji, że przewoźniczka mało zarabia, a jest w posiadaniu trzech córek, z których dwie są szczupłe i mają chłopaków, a jedna jest gruba i będzie starą panną. Oferuję, że mogę wystąpić do dyrektora szpitala o podwyżkę dla niej, ale ona traktuje to jako żart. I w sumie dobrze, bo dowcipkuję klasycznie, by pozbyć się tego przeokrutnego stresu.

Dojeżdżamy na blok, gdzie przerzucono mnie na inne łóżko i pozostawiono w „poczekalni” tuż przed wejściem na salę operacyjną. Na szczęście łóżko stało przy oknie i mogę podziwiać wspaniałe chmury na niebieskim niebie. Zaczyna padać deszcz, robię więc wszystko, aby nie myśleć, więc jak to zwykle bywa przy patrzeniu w błękit – szukam figur, w które układają się czarne cumulusy.

Nagle kolejny duet zabiera mnie do przedsionka przedoperacyjnego. Tym razem to anestezjolodzy, którzy mają mnie znieczulić w kręgosłup. Mam usiąść na łóżku i zrobić tak zwanego „smutnego misia”, czyli maksymalnie ugiąć głowę i spuścić dłonie na kolana. Ukłucie, a ja zaczynam odlatywać. Pani anestezjolog ma problem z podaniem znieczulenia, a ja oddycham coraz głębiej wiedząc, że za chwilę zemdleję. Przerywamy akcję, by powtórzyć ją za chwilę tym razem na boku. „Ma pan bardzo zwarte włókna mięśniowe, dlatego nie mogę się dobrze wkłuć”. Kobieto! Ja tu ledwo żyję ze strachu, a Ty do mnie o włóknach. Na szczęście udaje się znieczulić już w pozycji embrionalnej, czyli gdy kładę się na lewym boku i zwijam maksymalnie w kłębek, a pani anestezjolog czyni swoją powinność. Ukłucie, lekkie ciśnienie w okolicach kręgosłupa i… już!

Dziwne uczucie. Od brzucha w dół czuję mrowienie, ale nikt mnie już nie pyta o nic, bo wjeżdżamy na salę. Elektrody podpięte, kroplówka już sączy się w moją żyłę, a w tle słyszę miarowe „pik, pik”. Czuję i słyszę, że żyję, więc to moment, w którym lekarze zaraz zrobią mi z kolana marmoladę. Jestem gotowy, a nawet gdybym nie był, to już niewiele zdziałam, bo poniżej pasa kompletnie nic nie czuję.

Przyszedł. Wziął moją nogę, zarzucił sobie na ramię i majta nią jak chce, a ja… nic nie czuję. Coś dyskutują między sobą, ale skupiony na masce tlenowej, którą mi założono na twarz – nic nie kumam. Pędzel, jakiś pomarańczowy odkażający syf i już moja noga zmienia kolor. Nagle kurtyna opada. Mimo, że jestem przytomny, niewiele wiem, niewiele rozumiem i czekam aż skończą.

Operacja się udała. Jedziemy z powrotem na oddział. Mało kumam, więc wszystko mi jedno, byle być już „u siebie”. W mojej sali numer 8 wita mnie, a raczej milcząco chrząka nowy towarzysz niedoli – Kazek. Facet po sześćdziesiątce, który będąc w stanie wskazującym na spożycie połamał nogę i do tej pory nie wie jak to zrobił. Zresztą, nikt nie wie. Jest piekielnie zdziwiony, że mu gipsu nie założyli, tylko powkręcali jakieś śruby i kazali powoli stawać na nogi.

Jestem zmęczony i nadal nie czuję połowy ciała. Kazek jest megamistrzem chrapania, ale mnie to nie przeszkadza. Zapadamy w pooperacyjny sen…


Nagle stałem się tak bardzo mocno zależny od kogoś. Od siostry, która przyniesie mi kaczkę. Od chirurga, który operuje moje kolano. Od anestezjologa, który mnie znieczula. Nawet od współtowarzysza z sali, aby dał mi spać i przestał wreszcie chrapać. Gdy byłem zdrowy i nic mi nie dolegało miałem wpływ. Mogłem przecież tak wiele, ale nie zawsze mi się chciało. Teraz mogę jedynie się wysikać do plastikowego pojemnika i czekać na jutro, wierząc że będzie lepiej.

Bo będzie, prawda?

Dzień 3 – wypis ze szpitala

Obsługę kaczki opanowuję do perfekcji. Nie przeszkadza mi już, że ktoś jest w pobliżu. Kroplówki potrafią żywić lepiej niż niejedna czekolada. Tylko te obchody lekarzy są trochę wkurzające. Czuję się jak zwierzak w zoo. „Dzień dobry, to jest pan Damian. Atroskopia kolana lewego, miał częściową meniscektomię” rzecze jeden z lekarzy, a ja leżę z głupim uśmiechem i nie wiem jak się zachować. Jak jakiś eksponat. No ale cóż – taka moja rola teraz – leżeć.

Dziś wreszcie mogę coś zjeść! Dostaję na śniadanie 3 kromki białego chleba (smak dzieciństwa, super świeży!), kostkę masła, która wystarcza na jedną kromkę, 4 plasterki jakiejś mielonki oraz kawę zbożową z mlekiem (o, yeah!). Jeszcze nigdy nic mi tak nie smakowało.

Przed obiadem odwiedza mnie pani rehabilitantka. Kule mam już przygotowane, ale żeby tak dzień po operacji od razu stawiać na nogi? A jakże, trzeba! Na cały głos „kule, chora, hop, kule, chora, hop, i wszystko na rękach”, żeby się zapamiętało w sytuacji, gdy nagle będę chciał ruszyć ze zdrowej nogi jako pierwszej :)

Ja chodzę! To znaczy kuśtykam. Kolano jest zabandażowane jak egipska mumia i wychodzi z niego rurka zakończona plastikową buteleczką. Fachowo nazywa się to dren i służy do odsączania płynów (te wszystkie kolanowe płyny i krew), ale u mnie nie ma tego wiele. Szybko się męczę przez te moje spacery po oddziale, więc wracam do łóżka.

Jest dobra wiadomość – ma wpaść do mnie mój chirurg i określić, co dalej ze mną, bo skoro chodzę, to już nie muszę leżeć w szpitalu.

Przychodzi. Typ szybkiego, konkretnego faceta, który się nie cacka, ale na szczęście przy okazji jajcarz. Opatrunek zostaje zdjęty, a ja zakwalifikowany do wypisu do domu. Zostawiłem w tym szpitalu wystarczającą cząstkę siebie, więc jestem już wolny!

„Żadnej rehabilitacji! Bo panu krzywdę zrobią. Ma pan chodzić o kulach, robić ćwiczenia izometryczne, zginać do granicy bólu.” – takie wytyczne dostaję na odchodne.


Przed jakiś czas nie mogłem nic zrobić sam, a teraz własnonożne pójście do toalety i pół-prysznic są dla mnie najlepszą nagrodą i wspaniałym błogosławieńswem. Optyka zmienia się całkowicie przy takich doświadczeniach. Dziś wiem, że każdy człowiek choć raz powinien przeżyć pobyt w szpitalu, by zrozumieć cierpienie, nauczyć się pokory i dziękować za to, co ma. Najbardziej bałem się zabiegu. Towarzyszący temu stres nie przebił nawet publicznego sikania do plastikowej kaczki. Oddawanie swoje zdrowia w czyjeś ręce jest jedną z najwyższych form zaufania do drugiego człowieka oraz jego umiejętności. Wiadomo, że miesza przy tym wszystkim jeszcze Szef, ale gdy patrzy się na sprawę tak po ludzku, to strach ogarnia totalnie wszystkie myśli.

Staszek powiedział mi, że „nie boi się tylko głupiec”. I miał rację. Jednocześnie żartował ze mną i pozytywnie się nastawiał. To chyba najlepsza metoda, by potrafić myśleć o tym, co Cię czeka, ale nastrajać się dobrymi uczuciami i akceptować sytuację, w której się znajdujesz.

Mówi się trudno i żyje się dalej

Dziś leżakuję już w domu. Wydeptuję ścieżki do toalety, kuchni i drugiego pokoju. Poprzednim razem, gdy siedziałem w domu wystraszony niewiedzą „co będzie dalej z tą nogą?” – świrowałem i chodziłem po ścianach z frustracji. Teraz jestem spokojny i uczę się nowego, tym razem domowego rytmu. Świat się przecież nie zatrzymał, tylko ja nie potrafię na razie za nim gonić w króliczym tempie. Utykam, więc to bez sensu. Muszę zwolnić, nie mam wyjścia, ale zgadzam się na taką kolej rzeczy. To mi po prostu teraz potrzebne.

Noga przecież goi się szybciej, gdy psychika jej właściciela ma się dobrze. I tego się będę trzymał oprócz kul podczas chodzenia :)

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Aga

    Super leżę wlasnie w szpitalu po zabiegu i trochę uśmiechu dodatkowego na mojej twarzy i motywacji Dziekuje

  • Tom

    Artroskopia to prosta droga do kalectwa, najlepiej unikać jak najdłużej, własne kolano i własny staw to podstawa. Robić tylko wtedy, gdy z bólu człowiek wyje, lub gdy nie moźe chodzić. Wiem bo 3 lata temu robiłem, niestety…

  • Łukasz W

    Witam, tez mam mieć zabieg artroskopi. Ile czasu minęło zanim wrócił pan do pełnej sprawnosci?

  • Jakub Żurawski

    Miałem prawie identycznie w szpitalu bylem od 15 lutego dopiero 18 lutego zrobili mi zabieg na kolano, po czym na drugi dzień rano dostałem wypis ale mimo tego siedzialem na łóżku do 15 godz bo noga mnie strasznie rwała i do tego po tym jak wyjeli dren to mocno napuchla że kolano wyglądało tak jak piłka do grania w nogę. A teraz leze już 10 dni po zabiegu cały czas w łóżku mało co wstaje bo jeszcze jest opuchlizna ale już nie taka jak dzień po zabiegu, tez muszę opowiedzieć swoją historię bo zanim zebrałem się na odwagę by zmienić swoje życie to trochę minęło. Ale w końcu miałem dość w wcześniej się łudziłem że może będzie lepiej a było coraz gorzej. Szczerze współczuje wszystkim którzy maja jakieś problemy z nogami ponieważ docenilem to jak ważne jest zdrowie i to że człowiek jest w pełni sprawny. Pozdrawiam wszystkich i życzę wszystkim szybkiego powrotu do zdrowia.

  • magda

    Witam
    Jestem 5 dobę po ACL, usunięciu fragmentu lakotki przysrodkowej i szyciu łąkotki bocznej. Bol coraz mniejszy. Przeżycia przed i w trakcie zabiegu identyczne jak Twoje. Teraz najgorsze są dla mnie noce oraz leżenie. Mam pytanie- czy moge leżeć na boku? Cały czas jestem na plecach, boli kręgosłup, pośladki i pięty. Jakies rady odnośnie ułożenia? Pozdrawiam,Magda

  • Radek Langa

    Dobrze że nie czytalem tego bloga przed mpim zabiegem. Na szczescie doswiadczenie mam zupelnie inne. Przyjecie do szpitala 10:15, narkoza, zabieg, wybudzenie o 12. 13 jestem w domu i chodze prawie normalnie. 3h tyle zajal caly zabieg wyviecia kawalka lekotki.

  • hej, ja już 3 miesiące po, ale po szyciu. pisałam o tym u mnie, zajrzyj jak chcesz. z moją nogą wciąż nie najlepiej :/. zdrówka i uważaj na kolana teraz.

    • Moja koleżanka też narzeka, również po szyciu łąkotki. Co więcej, twierdzi nawet, że gorzej się czuje niż przed operacją. Ja nie jestem specjalistą i się na tym nie znam, ale przy szyciu to chyba normalne, ponieważ łąkotka na nowo się zrasta, dopasowuje. To chyba wymaga sporej liczby ćwiczeń, cierpliwości i wytrwałości.

      Dziękuję Ci za komentarz, a link do Twojej historii spokojnie możesz podać :) Dotyczy tematu.

      • Dzisiaj zrobiłam 30 km na rowerze. I przeszłam się kawałek. Na rowerze wszystko spoko – ale prosto chodzić nie umiem, muszę przykuleć żeby nie bolało.

        Niech nam się zrasta i zdrowi się róbmy :)

        http://punkwoman.blog.pl/2014/05/19/kontrola-poszpitalna-w-przychodni-artroskopia-co-mi-zrobili/ po tym wpisie strasznie się rozleniwiłam jeśli chodzi o pisanie, ale czasem też wspominałam o zabiegu, o tym jak się czuje moja noga i jak trwa rehabilitacja..

        • Dzięki, dobrze jest czasem poczytać jak tam się mają artroskopijni towarzysze :) Zdrowia życzę!

  • Mała

    Witaj Muszkieterze. Z ciekawością przeczytałam Twoją relację z zabiegu. Pierwszą myślą po jej przeczytaniu było porównanie Twoich doświadczeń z moimi. W październiku 2013 też przeżyłam :-) podobny zabieg. W pooperacyjnych rozmowach ze znajomymi powtarzałam to co Ty: aby zrozumieć – powinno się samemu doświadczyć ( to dla tych którzy nie znają uczucia empatii ). Byłam tylko jedną dobę w szpitalu, podczas której przeprowadzono na mnie zabieg artroskopii i artrotomii kolana prawego, przecięcie troczka bocznego rzepki, opracowanie mikrozłamania , osteotomię guzowatości kości piszczelowej. Do szpitala zgłosiłam się po półrocznym oczekiwaniu na przyjęcie o 7:00 rano na czczo. Na początek zapisanie na oddział, następnie zjechanie do podziemi do szatni, przebranie się w ciuszki pidżamkowe ( na szcęście osobiste), powrót na piętro na ortopedię i oczekiwanie w samotności na zabieg. Nie miałam z kim pogadać, ale wtedy zastanawiałam się, czy na pewno muszę poddać się zabiegowi. Może wyjść i nigdy tu nie wracać? Trzeba być silną mimo ponad 53 lat życia. Dlaczego rezygnować? Później z kolanem może być tylko gorzej. Zostałam. Około południa zapakowano mnie na wózek. Ludzie przewożący bardzo sympatyczni i (jak u Ciebie) uśmiehnięci. Podczas podawania znieczulenia w kręgosłup uśmiechałam się, bo postanowiłam być dzielna. Na prawdę nic nie bolało, tylko dało się odczuwać ukłucie. Uważam że człowiek wykonujący tę czynność jest mistrzem w swoim fachu. Po położeniu się zaczęłam odczuwać mrowienie w dolnej części ciała. Anestezjolog oraz jego pomoc uprzedzali mnie co będzie następować i jak mam się zachowywać. Nie dostałam żadnych „głupich jaśków”. Przez cały zabieg byłam przytomna i pamiętam każdą chwilę do dziś. Obserwowałam na ekranie monitora jak mój chrurg coś nawija na patyczek wewnątrz kolana, skrobie szpatułką i temu podobne czynności wykonuje na jakiejś obcej, na pewno nie mojej nodze. Przecież obracał nogą, której nie czułam, więc była obca! Wtedy pomyślałam, że każdy młody człowiek powinien przejść zabieg znieczulenia dolnego odcinka ciała, by nie ryzykować zbyt nonszalancko swoim zdrowiem. Po części pierwszej zabiegu nastąpiła część druga, której nie mogłam oberwować, bo ekran został wyłączony, a lekarz skupił się na przecinaniu skóry laserem, stukaniu młotkiem w kości, piłowaniu ich itp. Nie wolno podnosić głowy, więc już tylko mogłam obserwować ludzi będących w sali operacyjnej. Byli to lekarze, pielęgniarki i studentki. Wszyscy obserwowali pracę chrurga ortopedy, a ja ich reakcje. Pod koniec godziny martwiłam się, czy znieczulenie zbyt szybko się nie skończy. Kończyło się po dwóch lub może nawet trzech godzinach po zakończonej operacji, gdy leżałam na sali ogólnej. Oprócz mnie 4 kobiety, wszystkie starsze ode mnie. Odchodzenie znieczulenia nie było przyjemne. Niesamowite zimno, pełny pęcherz moczowy, leciutki ból w kolanie… to nie fajne. Noc przebiegła na czuwaniu, pomocy psychcznej staruszce, która leżała obok ze złamaną nogą. Przez 8 godzin nie powinnam unosić głowy, do czego starałam się dostosować. Nad ranem przyszedł obchód. Mój lekarz patrzył na moje błagalne spojrzenie, z prośbą w oczach, by wypisać mnie do domu. Usłyszałam słowa, że prawdopodobnie około południa wyjdę, tylko trzeba załatwić sprawy papierkowe, czyli opis i wskzówki dalszego postępowania. Rehabilitacja zaczęła się jeszcze tego samego dnia przed wypisem. Moi najbliżsi przyjechali po mnie, załatwiając wypis i skierowania oraz ortezę. W szpitalu nie było źle, ale operacji na drugie kolano raczej nie będę się poddawała, bo pamietam swoje cierpienie w domu. Najgorsze były noce (ból przez tydzień) i czynności wchodzenia do wanny, by się myć. Na wszystko można znaleźć sposób, ale na ból nic nie można poradzić. Rehabilitacja była wspaniała. Czułam, że wracam do normalności, ale po 2 miesiącach miałam dość. Teraz ćwiczę w domu, jeżdżę na rowerze, ale po schodach schodzi mi się z trudnością. Mam nadzieję, że i to pokonam. To tyle moich wspomnień. Pozdrawiam, życząc szybkiego powrotu do pełnej sprawności i nie zapominaniu o przeżyciach w szpitalu, by myśleć o innych jak o sobie. Nadal bądź wesoły, miły i pełen empatii emocjonalnej. M. B.

  • Aż mi się zimno zrobiło!!!!
    Nienawidzę szpitali, nienawidzę lekarzy choć to szlachetny zawód, na samą myśl znalezienia się w takim miejscu przechodzą mnie dreszcze. Cóż niestety czasem trzeba zdać się na innych. Mam nadzieję, że z nogą już lepiej – przynajmniej masz teraz masę czasu na blogowanie :-D

    ….nic mnie bardziej w życiu nie przeraża niż perspektywa bycia całkowicie zależnym od kogoś, brrrrrrrr….
    Pozdrawiam i zdrówka życzę!

    • Dzięki, Van Furio :) Nikt nie chce być zależnym, ale to moment, kiedy naprawdę można się dużo nauczyć o sobie i innych. Nie polecam, ale jak już pisałem – warto to przeżyć choć raz w życiu. Całkowicie inaczej patrzy się na świat.

  • Dobrze że już po. Ja miałam taką sytuację dwa razy… podziwiam cię że byłeś świadomy ja za każdym razem prosiłam o leki nasenne. Podczas drugiej operacji nie pamiętam nawet znieczulenia, już odleciałam.

    • Bałem się, ale chciałem się z tym zmierzyć. Co prawda pewnie nie mógłbym patrzeć jak mi grzebią w kolanie, bo to by było już za dużo, ale potraktowałem to raczej jako doświadczenie, na które poniekąd byłem skazany.

  • Encepence

    Wiem, co czułeś, czujesz i czuć będziesz. Pierwszą operację miałam „byle dotrwać do matury” czyli szycie całkowicie rozerwanej łąkotki. Stres był zniwelowany niemalże do zera, ale tak bywa, gdy pamięta się szpitalne potyczki przy zapaleniu opon mózgowych i punkcję pleców. Chyba najgorzej wspominam samą salę – kurcze, wszystko takie wyobcowane, sterylne i małe… a wielka babka (strasznie gburowata, pamiętam tylko jej rozkaz „patrz na palce, zaraz przyjdzie Pan z igłą” jakbym nie wiedziała, że „Pan z igłą” zwie się anestezjologiem…) czyszcząca jeszcze mniejsze narzędzia niemalże doprowadziła mnie do palpitacji serca. Wyciąganie drenu również do przyjemnych nie należało, a i rehabilitacja do zgięcia 120 stopni sprawiała mi ból… Ale nie o tym chciałam. 30 maja przechodziłam drugą część mojego szpitalnego tournée – rekonstrukcje więzadła przedniego krzyżowego (w skrócie: pobrali mi ścięgna z wewnętrznej części uda, przełożyli na blat, uszyli z nich wzór mojego więzadła i wsadzili na miejsce uszkodzonego), Pan chirurg-ortopeda musiał także usunąć mi część łękotki bocznej bo nie mógł dojść do miejsca, w którym musiał umieścić mi śrubę… i tego zabiegu się obawiałam. Co prawda 90% operacji tego typu przebiega pomyślnie, ale tylko 10% z tych 90 ma poprawnie przeprowadzoną rehabilitację, reszta kuśtyka przez całe życie bo a) za szybko rehabilitanci rozciągnęli im ścięgna, zastępujące więzadła i to po prostu działa jak zużyta guma czyli trzymać powinno, a jedyne co trzyma to ciśnienie w górnych granicach normy, że człowiek chciał dobrze, a specjaliści źle przeprowadzili etap „powrotu do zdrowia” lub b) mięśnie przy rzepce są przykurczone i nie odpuszczają, w ten sposób powodując brak wyprostu nogi, wiecznie zgięta noga staje się codziennością i utrapieniem… I stąd były moje obawy „przed”. Etap „w czasie” polegał na tym, że dostałam to znieczulenie od pasa w dół, spokojnie nawet usnęłam, no ale kto jak nie ja postanowił sobie wstać w czasie operacji – z moim szczęściem – trafiłam na część przewiercania kości piszczelowej… wiertarką. Wiesz jak przyjemnie czuć wibracje w kości miedniczej? Właściwie to nie… nie jest przyjemnie. Moje alter ego zmaterializowało się na moich oczach i z piskiem – którego mogłyby pozazdrościć niejedne opony mega drogich autek – ulotniło się z sali operacyjnej… A ja tam zostałam, ja i zbiegowisko ludzi nade mną, święcie zdziwionych, że czemu to ja na nich patrzę. Część „po” też w sumie była interesująca bo nie miałam jednego, a już dwa dreny (zdążyła się dziura po jednej operacji zabliźnić, to w prezencie dostałam dwie kolejne dziury wylotowe… nie nie mówię, ale mogli zostawić je otwarte… byłby pożytek jakby mnie gazy w restauracji złapały…) i teraz moja noga wygląda jak po strzelaninie odbytej z doktorkiem i tą wielką babą od mini narzędzi, ale wygląd mego kolanka najmniej ważny tutaj jest, podwójne wyciąganie drenów – to była jazda! Na kozetce zemdlałam trzy razy, a mojego doktorka, który wyciągał jednego z nich osikałam krwią od szyi po szew nogawek. Także widzisz, z tą strzelaniną to trochę się zgadza – dziury, krew, ja wyglądająca jak trup… Ale przeżyłam. Teraz po dwóch miesiącach od operacji i 1,5 miesiąca rehabilitacji wspominam to z lekkim uśmiechem, ale wtedy mi do śmiechu nie było (poważnie, przy drugim zabiegu, przez dwie noce w szpitalu miałam przeogromną ochotę się zabić pozostawionym przez pielęgniarkę plastikowym kubeczkiem z wodą… to byłoby samobójstwo wszech czasów, już widziałam te nagłówki w gazetach). Ćwiczę, ćwiczę często i regularnie – w skrócie to codziennie, masuję, napinam, głaszcze i chucham i… zgięcie mam idealne (jeeej!) za to mój wyprost, ani w prawo ani w lewo, a raczej ani milimetr w dół się nie posuwa, a myśli, że mogłabym być tymi „wstępnie uradowanymi”, acz niewyleczonymi doprowadza mnie do szewskiej pasji. Ale załóżmy, że stawiam na optymizm bo najważniejsze jest nastawienie, jak słusznie stwierdziłeś :) Tyle, że moim skromnym zdaniem powinni przestać rozpowszechnianie wpajanej od pokoleń mantry „sport to zdrowie” bo jako osoba, która czuje się o 15kg lżejsza, która trenowała 9 lat piłkę reczną, a przez 3 lata jeździła na czarnych trasach narciarskich w Alpach – uważam, że sport zabija. Pomału, acz konsekwentnie :D

    I każdemu życzę bardzo, bardzo dużo zdrowia! I Tobie również (na pocieszenie powiem, że do sprawności doszłam po dwóch miesiącach od zabiegu na szycie łękotki i nie było z tym problemu). Z całego serduszka, to jest naprawdę najważniejsze bo może ktoś powie, że najgorsze cierpienie to, to po niespełnionej miłości, albo to odczuwane przy braku samorealizacji czy wywołane niedostatecznym szczęściem w życiu – ale to wszystko bzdury na kiju, nic nie równa się przeżyciom odczuwanym przy uszczerbkach na zdrowiu, zwłaszcza tych trwałych.

    • Wow! Dziękuję za Twoją opowieść i cieszę się, że podchodzisz do swoich doświadczeń z dystansem, bo mimo wydawałoby się tragicznych niekiedy wydarzeń – opisałaś je tak, że można się przy okazji pośmiać :) I właśnie o to chodzi. Podobnie nastrajaliśmy się ze Staszkiem przed operacją i to działa :D

      • Encepence

        A tak, znajomości w salach szpitalnych przed zabiegami mają zbawienny wpływ na postrzeganie wszystkiego, a przy okazji wszystkich. Jedna Pani, a właściwie to babcia – no kazała na siebie mówić babcia, to mówię – obchodziła 83 urodziny i świętowała 26 operację, mało im tam ze śmiechu nie zeszłam, gdy babcia odpinała kroplówki od wenflonu, wołała pielęgniarki i z uporem osła tłumaczyła, że to nie ona, a Faceci w Czerni, do tej pory nie wiem kim byli podejrzani, odpinający sączące się elektrolity i równie rzeczywiści co drugi kubeczek wody przed operacją – który zgodnie z obietnicą nadejść miał, acz chyba po drodze nogi mu amputowali – ale babcia była mistrzynią w puszczaniu oczka za plecami pielęgniarek :D Skoro babcia miała pogodę ducha, a duch się w niej chyba zakorzenił po tych 26 operacjach, to grzechem by było, gdyby mój mnie opuścił, albo gdybym chama za nogi nie trzymała :) Także, dzięki że wśród – wedle powszechniej opinii – narzekającego i marudnego narodu polskiego – są perełki, które pomagają nieoczekiwanie i wtedy, kiedy trzeba :D

        • Co tu dużo pisać – Babcia rządzi :)

    • rozsądna

      Dobrze, że potrafisz z humorem podejść do tego, co Cię spotyka i masz pozytywne nastawienie i oczekiwania. Ale myślę, że bardzo pomocna byłaby też codzienna wizualizacja siebie samej intensywnie korzystającej z tego kolana – spacerującej, biegającej, jeżdżącej na rowerze, a nawet na nartach (niekoniecznie od razu na czarnych trasach).

      Myśl jest realną siłą i przyciąga do nas to, na czym się skupiamy, czego pragniemy. Dlatego też odradzałabym wyszukiwanie informacji o tym, jak wiele takich operacji kończy się sukcesem na całej linii, a kupienie na swoich pragnieniach i oczekiwaniach – chodzi o to, by do naszych myśli nie zakradało się zwątpienie, które może wszystko zepsuć.

      Polecam do poczytania w wolnej chwili

      http://zenforest.wordpress.com/2008/09/19/pierwsze-prawo-zmian/

      • rozsądna

        OK. Twój blog, Twoje zasady

      • Encepence

        Ah, te statystyki to narodziły się podczas wizyty u doktorka przed operacją. Sama nie szperałam bo szperać się bałam, nawet nie chcę wnikać jak wtedy bym do wszystkiego podchodziła… :)

  • Najważniejsze że już po wszystjkim i nie będziesz musial chodzić na rehabilitaceb i takie tam. Mój brat też miał zabieg na łękotce ale u niego było gorzej bo miał usztywniacz, rehabilitacje i osliczanie do dnia kiedy noga się zegnie do 90 stopni…

    Co do zastrzyku, nigdy nie dałbym sobie zrobić zastrzyku w kręgoałup. Co to, to nie ^^ prędzej bna widok igły zemdleję, więc anestezjolog nie musiałby wykonywać nakucia. Preferuję znieczulenie ogólne i walkę z Morfeuszem. Za każdym razem przegrywam przy odliczaniu od 10 w dół przy siedmu… :-)

    • Znieczulenie w kręgosłup – bałem się bardzo, ale stwierdziłem, że trzeba to po prostu przejść. Też nie lubię igieł, nie lubię widoku krwi etc., ale… nic co ludzkie nie powinno być mi obce :)

  • Na pewno będzie lepiej! Dzięki wierze, że Ktoś czuwa nad tym wszystkim jest łatwiej i lepiej. Kilka razy, ostatnio nawet przedwczoraj doświadczyłam tego, że modlitwa i wiara działają naprawdę wiele. Trzymaj się! :)

    • Dzięki, Catalinka! Trzymam się mocno, kul :D