Marzenia Muszkietera (część pierwsza)

Marzenia Muszkietera (część pierwsza)

Każdy ma jakieś marzenia. Bardzo długo nie marzyłem, bo bałem się rozczarowań. Jakiś czas temu zmieniłem podejście. Chcę, aby moje marzenia się spełniły i przede wszystkim nauczyłem się je mieć.

Zapytałem Muszkletterowców czy chcą poznać moje marzenia, ponieważ już wcześniej zastanawiałem się nad napisaniem muszkieciny na ten temat. W jakimś sensie to sprawa intymna, ale… marzeń można mieć tak wiele i w tylu sferach, że na wyrost zatytułowałem ten wpis „część pierwsza”. Za jakiś czas – może rok, może dwa – wrócę do tej muszkieciny i sprawdzę, co się spełniło, a w międzyczasie napiszę następną z numerkiem 2 i kolejną dawką marzeń.

Dlaczego nie marzyłem?

Moje życie mnie nigdy nie rozpieszczało. Zawsze byłem ambitny i mówiono o mnie „ten zdolny”. Z czasem przestałem wierzyć w talenty, bo zobaczyłem ile pracy muszę wkładać w jakiekolwiek swoje działania, aby przyniosły pożądany efekt, a wtedy efektem były oceny w szkole. Dziś ocenia mnie życie, które jest dużo surowszym nauczycielem niż przeciętny profesor, a jak wiadomo – nie chcę żyć byle jak.

Przestałem wierzyć, że cokolwiek znaczę, a swoją wartość budowałem na ocenach otoczenia. Zaprzeczałem przed samym sobą krytyce i wmawiałem sobie, że mam gdzieś to, co mówią inni. Ale to było tak na zewnątrz, choć jakby dla mnie, żeby przekonać siebie i starałem się to niby niewinne kłamstwo przekształcić w prawdę. Wiadomo co dzieje się w takich przypadkach. Uspokajanie siebie kończy się całkowitą klapą. Przy okazji traci się nie tylko w oczach innych, ale przede wszystkim w swoich własnych. I to boli najbardziej.

Bałem się marzyć, bo nie wierzyłem w siebie. Żyłem zapobiegliwie, bo ogarniał mnie strach na samą myśl, że mogę nie mieć pieniędzy na jedzenie i dach nad głową, więc sam nie dawałem sobie zgody, by zrobić choć trochę miejsca na swoje marzenia i fantazje. Nie byłem i nie jestem niedojdą, ale zawsze byłem niedowartościowany. Piszę „byłem”, ponieważ moje światełko w tunelu zmian w tym momencie oślepia mnie jak 70 lamp ulicznych razem wziętych.

Marzenia zawsze uzależniałem od czynników zewnętrznych, a że te dla mnie nie były sprzyjające – to stwierdzałem, że bujanie w obłokach nie ma kompletnie sensu. Wolałem twardo stąpać po ziemi i wydawało mi się, że to najlepsze na co mnie stać. Byłem uzależniony od dobrych ocen w szkole, od dobrych słów otaczających mnie ludzi, od skrzywionych min moich współpracowników, od kłamstw i projekcji czyichś problemów na mnie.

Ale powiedziałem sobie: DOSYĆ!

Uwolniłem się z tych pęt. Uwierzyłem w siebie i swoje talenty, ale tak naprawdę, do końca, bez potrzeby ich potwierdzania przed kimś. Zacząłem udowadniać sobie, że mogę przekraczać moje granice, ale stawiane przez innych. Wreszcie sam zacząłem budować blokady przed toksycznymi ludźmi i skupiłem się na poszukiwaniu takich, którzy mnie wesprą lub okażą minimum zrozumienia (czyli nie przeszkodzą w realizacji planów). Kiedy zapory na truciznę antymarzeniową skutecznie nie dopuszczały do mnie zgnilizny malkontentów – coś się we mnie zmieniło. Pojawiła się nieodparta chęć kreowania cudownych projektów, tworzenia nowych rzeczy, działania na własny rachunek. Zauważyłem, że poprzez pomaganie sobie – pomagam również uwierzyć innym, że są zdolni do zmieniania swojego świata, siebie, swojego otoczenia.

Nareszcie zacząłem marzyć.

Marzenia do spełnienia

Nie zaskoczę Cię, jeśli powiem, że lubię psychologię, filozofię i socjologię. To nauki, które pozwalają mi lepiej zrozumieć świat i siebie. Nigdy ich nie studiowałem, a sam nazywam siebie domorosłym filozofo-psycholem. Mam jednak dar, który pozwala mi widzieć i czuć więcej niż przeciętny człowiek (nikomu nie umniejszając). Umiem przede wszystkim zauważyć, później po swojemu „zmierzyć” i ocenić. Z tą ostatnią czynnością mam największy problem, bo nie zawsze ta ocena jest po prostu dobra.

Zastanawiasz się teraz – po jaką cholerę on o tym pisze, zamiast podać Ci swoje marzenie na tacy. Ale zaufaj mi – ten wstęp był potrzebny.

Dzięki pisaniu tutaj zrozumiałem, że chcę ludziom wiele dawać, zmieniać ich na lepsze, pozytywnie na nich wpływać, pomagać im w problemach. Mój profil w różnych testach świetnie pasował do psychologa, księdza, nauczyciela czy dziennikarza. Psychologiem, księdzem i dziennikarzem być już nie chcę, choć myślałem o wszystkich trzech zawodach dosyć poważnie. Pozostaje nauczyciel.

Moim marzeniem, które dojrzewa we mnie coraz mocniej jest zajęcie się coachingiem. Chcę zostać trenerem osobistym osób, które podobnie jak ja miały lub mają problemy z uświadomieniem sobie swoich możliwości, wykorzystaniem ich w efektywny sposób i owocnym życiem w spójności ze swoimi potrzebami sygnalizowanymi przez wnętrze. To nie są pierdoły motywacyjne, gdy ktoś mówi Ci, że to Ty najlepiej wiesz, co zrobić ze sobą i swoim życiem. Bo Ty wiesz najlepiej, tylko się boisz, nie wierzysz w siebie, nie dajesz sobie szansy, a potwierdzeń, że jakiekolwiek działania mają sens szukasz tam, gdzie ich nie znajdziesz – u ludzi, którzy niekoniecznie Ci sprzyjają.

Drugim moim marzeniem jest nauczyć się płynnie mówić i pisać w języku angielskim. Aktualnie rozumiem, co czytam, rozumiem co słyszę, ale to za mało, żebym mógł swobodnie operować tym językiem. Dziś nie umieć dobrze angielskiego to jak być niepełnosprawnym i tak się nieraz czuję. Staram się jednak nie przybijać aktualnym stanem, więc stawiam przed sobą wyzwanie, którym jest nauczenie się angielskiego w ciągu najbliższego roku w takim stopniu, abym ja był zadowolony z tego, jak piszę, jak mówię i jak rozumiem. Na razie niestety nie jestem.

Trzecim marzeniem jest (uwaga, będzie przyziemnie) bycie zamożnym człowiekiem. To śmieszne, ale prawdziwe – chcę, aby w życiu nie brakowało mi pieniędzy i mam wielkie parcie na zarabianie sporych sum właśnie teraz, w moim najlepszym czasie. Nie chcę mało lub nic nie robić, a zarobić. Nie chcę narobić się i kiepsko zarabiać, złorzecząc światu i wszystkim bogaczom. Chcę uczciwie zasuwać za dobre pieniądze, a dobre to dla mnie aktualnie po prostu duże.

Nie potrzebuję gromadzić mamony i pływać w swoim skarbcu jak Sknerus McKwacz. Za te uczciwie zarobione pieniądze chcę wybudować piękny dom z basenem i wspaniałym ogrodem, gdzie zamieszkamy z moją rodziną (to chyba jest kolejne z marzeń tak nawiasem mówiąc). Dzięki kasie chcę pomagać tym, którzy mają jej mniej i nie zastanawiać się czy purpurowa babcia mnie oszukuje, a co za tym idzie – bez przemyśliwania sypnąć jej groszem. Nie oblewać się kubłem lodowatej wody, tylko przelać odpowiednią sumkę potrzebującym na konto. Jeździć po świecie i po Polsce moim wyremontowanym Słoniem – Fiatem 125P. Używać życia w zgodzie z moimi wartościami, ale bez dyskomfortu finansowego.

Mówi się, że wystarczy, żeby było zdrowie, a reszta się ułoży. W sumie jest w tym dużo racji i głupio byłoby mi pisać, że marzę o tym, aby w zdrowiu dożyć do sędziwych lat. Ale o tym też marzę, więc już napisałem.

„Słuchaj, Tato, mam taki plan…”

Moje marzenia nie są wygórowane i wydają się możliwe. Czeka mnie sporo pracy, by się spełniły. Będę też potrzebował dużo pomocy i szczęścia. Czy wierzę, że się uda? Oczywiście. Za każdym razem, gdy myślę, że coś mnie przerasta, przypominam sobie, że jestem synem Boga. Gdy ja nie będę dawał rady, On przyjdzie mi z pomocą. Jak rozmawiamy o tych moich fantazjach i marzeniach, mówię: „Słuchaj Tato, mam taki plan i chcę zrobić to tak. Nie mam pojęcia czy to po Twojej linii, więc jeśli Twoja wola jest taka, aby wyszło – pomóż mi. Praca nad sukcesem i tak jest po mojej stronie, więc… bądź wola Twoja!”.

Nie muszę pisać, że to działa, prawda? :) Już teraz robię rzeczy niemożliwe (o czym więcej już wkrótce) i jeszcze sporo niemożliwych zadań przede mną. Trzymajcie kciuki, a tych wierzących proszę o modlitwę. To będzie dla mnie najlepsze wsparcie od Was.

Wy też opowiedzcie o swoich marzeniach. Niech się spełniają, a ponoć do tego muszą zostać wypowiedziane, zwizualizowane, napisane, więc śmiało.

photo credit: Toni Blay via photopin cc
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Kasia Jundziłł

    Marzyć trzeba, bo bez marzeń puste byłoby nasze życie. Poza tym marzenia można przekuć w realne cele, a stąd już krok do tego, aby pracować nad ich spełnianiem. Przecież nie można żyć tylko pracą i przyziemnymi, codziennymi obowiązkami! Ja powolutku pracuję nad spełnianiem moich, nie boję się rozczarowania, bo to chyba nieuniknione. Nie spieszę się jednak, bo założyłam sobie osiągnięcie celu, a nie jedynie próby zbliżenia się do niego. Chociaż jakby się nad tym zastanowić, to też może przynieść satysfakcję.
    Ktoś mógłby zapytać, co będzie, jak już się marzenia spełnią. Odpowiedź jest prosta: trzeba marzyć dalej :)

  • Ana

    „Bałem się marzyć, bo nie wierzyłem w siebie.” – a wiesz, że ja miałam dokładnie odwrotnie? Marzyłam i… na tym się kończyło. Marzenia sobie, życie sobie. Marzyłam o błahostkach, tak naprawdę. Chciałam np. mieć to, co koleżanki. Trochę się w tych marzeniach pogubiłam, zaczęłam żyć tu i teraz. Ale to dla mnie mało. Dlatego na moim blogu pojawiła się lista zatytułowana ni mniej, ni więcej, a: „Marzenia do Spełnienia”. Mam sporo przyziemnych planów, większych celów, błahostek i marzeń oderwanych od rzeczywistości. Wszystkie je postanowiłam spisać i regularnie uzupełniać listę, by ciągle móc odrywać się od rzeczywistości nie tyle do marzeń, co do realizowania ich krok po kroku. Jeśli zajrzysz, zobaczysz, że trochę inaczej podchodzę do tematu niż Ty – moje marzenia są drobniejsze, Twoje, mam wrażenie, że to droga mocniej ukształtowana. Niemniej tak, jak marzę o spełnianiu swoich zamierzeń, tak trzymam kciuki za Twoje sukcesy w tej kwestii :)

    • Odzywa się tu moje „twarde stąpanie po ziemi”. Jak już marzyć – to na całego! Jest taki trend, że wiele osób spisuje takie swoje listy celów bardziej niż marzeń i wystawia je publicznie, bo to daje im motywację do działania. Czasem ktoś zapyta „a co z tym?” i to także daje kopsa w tyłek, żeby go ruszyć i zrobić to, co się kiedyś wymyśliło. W sumie jestem obojętny wobec tego trendu, bo mnie motywacja nie jest potrzebna – znajduję ją sam w sobie. Wsparcie i pomoc bezpośrednia nieraz – już bardziej.

      Moja lista jest jak widać krótka, ale bardzo długo zajęło mi uświadomienie sobie, że mogę ją mieć.Moje marzenia też dla niektórych mogą wydać się przyziemne, ale najlepsze, co w nich jest to to, że są moje. Będę sobie po nie dreptał, bo wreszcie poczułem, że czegoś chcę w życiu tak mocno. Jestem gotowy na poświęcenie, na pracę, na dyskomfort nieraz, żeby osiągać swoje szczyty. Oczywiście nie po trupach do celu, ale jednak do celu. Bo np. bogactwo nie jest dla mnie celem, ale mienie tego bogactwa, aby jeździć po świecie, wychowywać dzieci w dobrobycie, nosić żonę na rękach w jakichś najdzikszych romantycznych zakątkach naszego globu, kupować rzeczy, których nigdy nie mogłem kupić, wspomagać innych, by i im żyło się lepiej, a przy okazji bardzo się cieszyć, że zajmuję się tym, co wybrałem, a nie tym, co dla mnie zostało wybrane – to wszystko jest do zrobienia i wierzę, że mi się uda to osiągnąć.

      Nie chcę marzyć bez pokrycia :) Całą ciężką pracę, jaką należy wykonać, by „było jak we śnie”, przyjmuję z radością, bo po części żyjemy po to, by pracować (nad sobą). W sumie droga do marzeń osadzonych w stawianych sobie celach to głównie zmaganie się z sobą, wytrwałość, cierpliwość, pokora, oddanie swojej energii i czasu. Dla mnie to koszt adekwatny, który będę i chcę zapłacić.

      Powodzenia także w spełnianiu Twoich marzeń :)

      • Ana

        Trendu nie zauważyłam, bo i w Twojej liście go nie widzę, i moja lista marzeń nie powstaje dla „kopa z zewnątrz”. Ona powstaje dla mnie. Publicznie, bo na publicznym blogu, ale ten blog jest też takim moim notatnikiem. To taka upubliczniona motywacja wewnętrzna :) Niemniej motywacja z zewnątrz czasem się przydaje – jak sportowcom wsparcie kibiców. Ale czy to kibice grają i zdobywają medale? ;)
        Niemniej z tej mojej całej listy chciałbym wyłonić takie co najmniej 3 naprawdę ważne marzenia. Ale by wyłonić te właściwie, trzeba – tak jak Ty – znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie swego życia. Bo na każdym etapie coś innego jest najważniejsze – do tego trzeba po prostu dojrzeć. Moje marzenia na razie są mniejsze, nie każde wymaga wkładu pracy, ale spełnienie każdego cieszy jakąś cząstkę mojej duszy i daje kopa do pracy.

  • Brain

    super, ze zwizualizowales marzenia swoje. nikogo innego, tylko twoje wlasne checi. extra tez, ze nie napisales po prostu swoich marzen, tylko poprzedziles je tym wstepem [wbrew pozorom to fajne. osobiscie nie czytalam tego z mysla, by muszkieter wreszcie skonczyl i przeszedl do meritum. bo jestesmy tylko ludzmi i przez epicki proces jakim jest myslenie dochodzimy do roznych wnioskow. czasem odmiennych niz te sprzed roku. uwielbiam jak ktos mowi ze kiedys myslal inaczej. nie dlatrgo ze zmienia poglady jak dziwka partnerow. tylko dla tego ze w tym widac jego sile psychiczna. fajnie ze napisales ten wstep, ze napisales ze inaczej kiedys sadziles, a nie jak wiekszosc ludzi tak zamota swoje slowa, byleby nie okazac tego ze kiedys bylo inaczej]. powodzenia

    • To jedno z moich haseł z serii #PauloMuszkieteiro – siła rodzi się ze słabości, a proces wychodzenia z tej słabości to najciekawszy, choć najtrudniejszy moment, który koniecznie trzeba dokładnie zapamiętać. Samo zwycięstwo i już zbudowana siła nie smakują, jeśli nie zbudowałeś ich na pracy i wyrzeczeniach. Ja przed tym nie uciekam. Uważam, że bez tego nie potrafiłbym ani tego docenić, ani zauważyć, ani tutaj napisać w postaci muszkieciny.

      Cudowne uczucie, polecam! Dziękuję też za komentarz.

      PS
      Czy masz problem z pisaniem (np. dysleksja, choć się na tym nie znam, przyznam szczerze)? Bo nie używasz dużych liter i mam wrażenie, że dziwnie budujesz zdania, ale na szczęście wszystko zrozumiałem. Nie chcę Cię w żaden sposób urazić – po prostu jestem ciekaw :)

      • Brain

        fakt. nie używam dużych liter bo jakoś tak się przyzwyczaiłam, że wszelki komentarze, rozmowy czy tym podobne sprawy na komputerze, piszę bez używania shit’a. dużo ludzi mówi, że dziwnie buduje zdania. zwłaszcza kumpel human, który twierdzi że mam własną gramatykę. problem z pisaniem mam, ale z wypowiedzią już nie. w sumie nigdy jakiś humanistycznych zapędów, poza zainteresowaniem psychologią nie miałam. a dysleksję jak mam, to nie stwierdzoną…

        • Acha, teraz wszystko jasne. W Twoją gramatykę nie wnikam, ale jednak zachęcam Cię do pisania zdań dużą literą :)

  • KasiaC

    Przy tym całym coachowaniu pozostań proszę człowiekiem – nigdy nie zagłębiałam się w temat, więc w mojej głowie siedzą tylko stereotypy, ale parokrotnie zdarzyło mi się uczestniczyć w „spotkaniach z inspirującymi ludźmi”, gdzie wyprasowany koleś, z idealnie zaczesanymi i nażelowanymi włosami, w idealnie skrojonym garniturze oślepiając mnie bielą swej koszuli mówił mi że jestem zwycięzcą. Od razu włącza mi się radar antypraniomózgowy i zamiast skupić się na sensie i wyciągnąć z tego lekcję dla siebie, podświadomie wrzucam to do jednego worka z książeczką z FM o MLM. ;-)
    A poza tym to trzymam kciuki! :)

    • Kasiu, nie martw się. To jest tak świeża sprawa, że jeszcze nie wiem jak się ułoży, ale uwierz – na pranie mózgu ja mam potężną alergię. Nie lubię, gdy ktoś próbuje prać mnie, a że kieruję się zasadą – nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe – to sam też nie piorę (choć parę technik niby liznąłem). Byłem na paru szkoleniach, gdzie w sposób naturalny zauważaliśmy swoje wady, zalety (na przykładach wyciągniętych z życia) i próbowaliśmy się z nimi uporać po swojemu. Wszystko było poprzedzone testem osobowości, kompetencji etc. Na dłoni było widać różnice między ludźmi, różnice charakterów, różnice w postrzeganiu siebie i świata. To były niesamowicie cenne zajęcia, z których nie wyszedłem wcale lepszy i zindoktrynowany.
      Byłem za to napędzony, by stawać się lepszym niż jestem. Jak to ładnie mówi nieraz Mateusz Grzesiak – chcę być „najlepszą wersją siebie”. Odkrywam siebie, ale również w sposób naturalny, przyglądając się z bliska zmianom, prosząc innych o informację, co zauważyli, czytając nawet starsze muszkieciny, aby zrozumieć, co się zmieniło.
      To dla mnie rozwój osobisty, który ma wpływ na inne sfery życia i sprawia, że można je przeżywać bardziej, pełniej, świadomiej.

      Znów się rozgadałem… :) Niemniej dziękuję za troskę, to miłe z Twojej strony.

  • W tym wszystkim najgorsze chyba jest znalezienie marzenia, zwłaszcza jeśli jest bardzo nietypowe. Jestem w trochę innej sytuacji niż Ty, bo miałam wszystko podane na tacy. Skończyłam studia prawnicze, pracowałam w kancelarii mojego taty (którą miałabym w przyszłości przejąć), miałam duże mieszkanie w centrum miasta i właściwie o nic nie musiałabym się martwić. Ale czułam, że to nie jest moja droga, a wiele osób wciąż mi powtarzało, że postępuję nielogicznie. Tak, nigdy nie postępuję logicznie, zawsze kieruję się sercem, a nie rozumem. I co z tego mam? Przeprowadziłam się do innego miasta i wciąż szukam, bo mam wrażenie, że ta moja ścieżka będzie bardzo specyficzna.

    Myślę, że sprawdzisz się jak coach, masz w sobie to flow :) Nie myślałeś, żeby zrobić sobie jakieś kursy/ studia podyplomowe?

    • O! Zupełnie inaczej niż u mnie (jeszcze czeka mnie kiedyś dłuższa historia do opowiedzenia, bo moje doświadczenia zawodowe oraz akademickie to materiał na co najmniej 3 książki).

      Nie wiem czy trafiłaś na artykuł o programiście w naTemat. Polecam: http://muszkieter.in/natemat-zmiana-pracy

      Cieszę się, że szukasz i nie zadowalasz się byle czym, choć w Twoim wypadku to „byle co” jest jak wygrana na loterii. Ale to, co dane nie jest Twoje – może właśnie dlatego nie sprawia Ci to radości.

      Jestem zwolennikiem przeplatania serca i rozumu. Nie można lekceważyć jednego i drugiego, choć czegoś takiego jak „złoty środek” nie ma. Są tylko konsekwencje decyzji. Jeśli jednak wybiera się w zgodzie ze sobą, z pełną ufnością, że Twój plan jest dobry i masz w nim dobre motywacje – myślę, że życie może Cię jeszcze zaskoczyć w zupełnie nieprzewidywalny sposób. Nie wymyślam – mówię na bazie swoich doświadczeń.

      Co do kursów – tak, myślę o certyfikatach i szkoleniach, ale wszystko w swoim czasie. Decyzja o spełnianiu tego marzenia padła wczoraj w nocy, więc… to świeżynka, którą muszę dobrze, mądrze, spokojnie ugruntować. Później już tylko będę gonił króliczka i informował o sukcesach i porażkach :)

      Dziękuję za Twój komentarz i podzielenie się cząstką Twojego życia. To dla mnie niezwykle cenne.

  • Ola

    Nie wiem jak to robisz, ale zawsze potrafisz mnie postawić na nogi. Twoje wpisy bardzo często otwierają mi oczy i mówią na głos to co mam w podświadomości ale boję się to dopuścić do samej siebie. Myślę, że byłbyś bardzo dobrym trenerem. Będę Ci kibicować:) Dzięki wielkie!! Cieszę się, że tu trafiłam.

    • Pięknie jest czytać taki komentarz, zwłaszcza jako przyszły coach :) Szczerze, to ja też nie wiem jak to robię – nie mam klucza. Daję siebie, robię swoje, dzielę się przeżyciami, pracuję nad sobą, staram się zauważać to, co nieoczywiste tam, gdzie wszyscy widzą tylko jeden właściwy kierunek.

      Dziękuję za wsparcie, to dla mnie cały czas bardzo dużo znaczy. Oczywiście chcę docierać do większej liczby osób, więc jeśli powiesz o mnie innym, podzielisz się moimi muszkiecinami ze znajomymi – to dla mnie też szczególny rodzaj aktywnego kibicowania. Chcę pomagać jak największej liczbie ludzi, a do tego właśnie potrzebuję również zaangażowania moich Czytelników. Na razie szokujecie mnie swoją chęcią pomocy i dobrej energii.

      Ech, rozpisałem się, przepraszam :)

  • Dziękuję Ci bardzo, R. :)

  • Anna Myśka Grzechowiak

    Zastanawiam się czasem, czy to, że dążę do zakupu swoich czterech kątów, zmiany pracy na satysfakcjonującą, konwersacji po włosku, jest marzeniem czy zwykłym celem. Nie umiem wydzielić tej granicy, bo może nie istnieje.

    • Pierwsza myśl po przeczytaniu Twojego komentarza: marzenia to niespełnione cele. I chyba to najlepsze, co mogę Ci odpowiedzieć.

      To chyba nie jest kwestia nazwy, bo marzenie czy cel równie dobrze można nazwać wyzwaniem. Fantazja, choć pojawia się w muszkiecinie, wydaje się najluźniejszym słowem, ale chyba najbliższym marzeniu. Kojarzy mi się wymyślaniem nieprawdopodobnych celów.

      Dlatego dla mnie coś, co teraz wydaje mi się niemożliwe (coaching, płynny angielski i duuużo kasy) jest na razie marzeniem. ALE zamierzam je urzeczywistnić i czuję wewnętrznie, że to zrobię.

  • To jest ten piękny moment w życiu, kiedy wszystkie elementy układanki zaczynają do siebie pasować. Wszystko, co się wydarzyło, to dobre i cholernie trudne, zaczyna nabierać sensu i przynosić owoce.
    Bierzesz w dłonie swoją wrażliwość i już ci ona nie nie ciąży jak kamień. Wręcz przeciwnie, staje się darem, który możesz podarować innym.
    Bierzesz swoje zdolności i naprawdę czujesz, że je masz. Dobrze leżą w dłoniach. Są jak sprawne narzędzia, którymi możesz rzeźbić tę wymarzoną rzeczywistość.
    To jest czas w, którym przestajesz oglądać się na innych, bo zachwytem napełnia cię to, że wszystko zależy od ciebie. Dokładnie to, co kiedyś napełniało cię przerażeniem.
    To jest Twój moment żeby rozwinąć skrzydła. I jesteś w bardzo dobrych Rękach więc wiem, że nie spadniesz ;)

    Chciałabym powiedzieć, że jestem w tym samym życiowym miejscu, ale ja dopiero dobijam do tego brzegu. Więc rozumiem, trzymam kciuki i wierzę, że wszystko Ci się uda :)

    • Zatkało mnie, poważnie. Dziękuję Ci za ten komentarz, wyróżniam go – niech świeci przykładem, że nie zwariowałem :) i kłaniam się w pas, życząc Ci również spełnienia Twoich marzeń. Wierzę, że w końcu wyjdziesz na brzeg i będziesz zdobywać swój nowy ląd.

      Powodzenia!

  • Fajny, pozytywny wpis. Mam podobną drogę, jeśli chodzi o pozwalanie sobie na marzenia. Dziś (to tak na świeżo) pojawiło się kolejne: najpóźniej na najbliższe urodziny zrobię sobie prezent i przeprowadzę się w miejsce, które będzie mi odpowiadało (spokojna okolica blisko fajnej przyrody) do zakupionego lokum (mniejszy dom lub większe mieszkanko). Pozdrawiam marzących po to, by realnie własne marzenia spełniać :)

    • Wow! Gratulacje! Swoje 4 kąty to piękna rzecz, która gdzieś z tyłu mojej głowy cały czas się kołata. Ale wszystko w swoim czasie :)

      Dzięki!

      • Swoje 4 kąty to ja już mam. Marzenie zawiera przede wszystkim więcej przyrody niż centrum miasta. Ale masz rację. WŁASNE potrafi dać fajną satysfakcję.

  • Doskonale wiem, co czułeś właśnie wtedy, kiedy przeżywałeś ten okres niewiary w siebie, ten moment gdy widzisz, ile trzeba włożyć pracy, by uzyskać „jakiś” efekt. Mnie co rusz dopadają momenty, kiedy z kolei środowisko najbliższe sprzyja, jak potrafi. Kiedy mówi Ci „dajesz, dajesz, jesteś w tym dobry”, „wow! Niesamowicie, stary. Masz talent”. W końcu przychodzi chwila rozliczenia, gdy zmuszony jesteś zastanowić się, czy to tylko grzeczne słowa, czy faktyczna aprobata Twojego potencjału. Bo dalej ktoś, kto mógłby pchnąć Cię dalej, głębiej w wody profesjonalizmu tego nie docenia. Zostajesz przewrotnie „Prorokiem zawsze mile widzianym w swoim kraju”. Na tym się wyłożyłem wielokrotnie, wykładam się i dziś. Najbardziej w niegdyś kochanej, dziś już niemal znienawidzonej przeze mnie muzyce (w sensie jej tworzenia), kiedy rozpadł się mój zespół, a zarazem jedyny motor napędowy moich marzeń.

    Pozdrawiam!

    • Dawid, wyczuwam, że jesteś w punkcie zawieszenia, takim 50/50 – albo tym pieprznąć, albo robić na fulla. Bardzo długo trwałem w takim stanie i powiem Ci, że on wyniszcza psychicznie, gasi Twój wewnętrzny ogień, a już na pewno uczy Cię nienawiści do tego, co tak naprawdę kochasz.

      Napisałeś jedną ważną rzecz – „ktoś, kto mógłby pchnąć Cię dalej”. Wiem, że jako muzyk tak widzisz rozwój kariery, ale powiem Ci, że to zaledwie 30%, choć większość zespołów tak bardzo chce być zauważona, że rezygnuje z indywidualizmu i zaczyna płynąć z prądem. Tymczasem prąd wyznaczają Ci, którzy zaakceptowali, że trzeba dużo pracować, być cierpliwym i nie czekać na sukcesy, tylko ciągle patrzeć na swoje ręce i zadawać sobie pytanie: „czy to co robię jest dla mnie zajebiste?”. Jedyne, co możesz zrobić dla rynku muzycznego, to zainwestować w swój rozwój i nie chodzi tu o pieniądze.

      Od muzyków zarażamy się ich miłością do tego, co robią. To ona wyzwala w nas chęć słuchania tego, co chcą nam powiedzieć przez swoją twórczość. Jeśli wychodzisz na scenę tylko po to, by osiągnąć sukces – przestajesz być artystą, a stajesz się rzemieślnikiem. Ty tam wchodź, aby dawać siebie i czerpać od tych, co są pod sceną. Ale żeby zyskać – trzeba dać z siebie w cholerę i ciu, ciut więcej. Zwłaszcza w branży kreatywnej, jaką między innymi jest rynek muzyczny.

      Nikt Ci nie powie, że jesteś zajebisty, jeśli Ty sam tak nie będziesz uważał, bo nawet jak Ci powie – nie będziesz tego czuł z takim podejściem. I to nie jest sprawa tego kogoś – to Twoja rzecz. Polubić siebie, pokochać, umieć głaskać po głowie – sam. Inni mimo wszystko są jednak tylko dodatkiem, choć niezwykle ważnym i istotnym z perspektywy czasu. W sobie musisz znaleźć moc do robienia wokół siebie artystycznego fermentu :)

      I tego Ci właśnie życzę! Wiary w siebie i miłości do tego, czym chcesz zdobywać świat – do swojej twórczości.

      Dziękuję Ci za ten komentarz. Oczywiście moje rady niekoniecznie muszą Ci się podobać, ale jako człowiek, który kilka lat już organizuje koncerty i rozmawia z przeróżnymi zespołami, od topowych po te najbardziej niszowe – widzę różne schematy myślenia jak na dłoni. Mam wrażenie, że wpadłeś w jeden z nich i jak się z niego wyczołgasz – osiągniesz swój upragniony i należny sukces. To zależy w ogromnej mierze od Ciebie. Uwierz w to :)

      Z dedykacją dla Ciebie: http://impatience.wrzuta.pl/audio/5rQDfhqpqE6/bukartyk_-_rege_dla_mlodego_talenta

  • :)) pierwszy krok za Tobą – zanim się obejrzysz – zaczniesz biec. trzymam mocno kciuki!