Mango Collective – owoce morza muzyki kolektywnej

Mango Collective – owoce morza muzyki kolektywnej
Ocena4.5
  • Muzyka
  • Teksty
  • Kreatywność
  • Technika
  • Wydanie

Lubisz hip-hop? Lubisz jazz? Lubisz soul? Lubisz funk? Jeśli choć raz odpowiedziałeś TAK, to na pewno polubisz Mango Collective.

Dziś do odtwarzacza wrzuciłem niedawno wytłoczoną debiutancką płytkę tarnowskiego reprezentanta tzw. organicznego hip-hopu, czyli granego na żywo bez użycia sampli. Jako nastoletnie bobo ukochałem sobie ten rodzaj muzyki i mimo tego, że szerokich spodni już dawno nie noszę, to sentyment pozostał.

Muzyka na żywo, śpiewająca dziewczyna, skrzypce… WTF?

Już od pierwszych dźwięków Mango wprowadza w dobry nastrój. Płyta jest utrzymana w klimacie lekko jazzującego pozytywnego hip-hopu ze świetnym beatem, w którym nieraz pojawiają się skrzypce z bogatymi solówkami. Nie sposób nie wspomnieć o rewelacyjnej wokalistce, która nadaje kolorytu śpiewanymi refrenami oraz ciepłych, melodyjnych, tworzących nieskończoną przestrzeń klawiszach.

Takiego hip-hopu aż chce się słuchać! Nie doszukasz się tutaj ani narzekania na to, jak szare są bloki, jak to nie ma nadziei na lepsze jutro, że dziunie trzeba dymać i jarać zioło. Mango porusza tematy motywacji i walki o swoje w dzikim świecie (Czuje się dobrze, Mój świat, We krwi), luzu i imprezy (Jak minęła sobota) czy autopromocji (MC, Bierz i jedz, Powstań).

Ponadto na płycie pojawiło się kilku gości – Marek Piekarczyk z TSA, Żusto, Eskaubei i K-Pro, ale i bez nich brzmiałaby naprawdę dobrze, tym bardziej, że np. Pan Marek pojawia się tylko z wstawkami mówionymi i  powtarza w kółko „mango kolektiw” (a szkoda, wszak to jeden z najlepszych wokalistów w Polsce).

Świeżość kolektywu

Płyta przelatuje przez uszy jak świeży powiew na scenie hip-hopowej. Kompozycje są przemyślane, beaty łamane, a samej muzyce kompletnie nic nie można zarzucić, wręcz powiedziałbym, że brzmi zawodowo. Czuje się, że zespół nie istnieje od wczoraj (ich początki sięgają 2007 roku, ale płytę wydali dopiero teraz) i nie od parady zwie się kolektywem. Mimo tego nie zatracił świeżości i nie dotknął rutyny, więc miło jest słyszeć niespodzianki dźwiękowe w kolejnych utworach na płycie. Oczywiście nie każdemu taka muzyka przypadnie do gustu, bo ten rodzaj na pewno trzeba lubić, nie ma przeproś, jednak wydaje mi się, że nawet osoba, która nie przepada za hip-ha-o-pe chętnie zapozna się z twórczością Mango.

Potrzebny szlif

Mam jeden przytyk do wokalistki, która jest przesadnie rozdarta (eeea, aaaae) i nieco płaska emocjonalnie, czyli śpiewa cały czas tak samo, nie opowiada historii swoim głosem. Nie zmienia to faktu, że sprawnie porusza się w tym klimacie i łamie obiegowe opinie, że kobieta źle brzmi w rapie. Drugą sprawą jest to, że nad tekstami Mango musi jeszcze popracować, zwłaszcza nad frazowaniem. Zabiegi stosowane przez rapującego na płycie Dziunka tj. intonacja, łamanie słów, charakterystyczne przeciągi i zaciągi są mocno powtarzalne, przez co mogą nudzić. Wydaje się jednak, że podszlifowanie warsztatu i większa świadomość tego jak mówić, by inni chcieli słuchać wystarczy, żeby było lepiej.

Podsumowując – jak na debiut 4,5 muszkietu to świetny wynik :)

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)