Małżeństwo nie jest przeżytkiem

Małżeństwo nie jest przeżytkiem

Jestem żonaty od 2 lat. W konkubinacie żyłem 10. Rozmawiałem ze znajomymi jakie mają podejście do małżeństwa i doszedłem do paru ciekawych wniosków.

Zacznę od kilku słów na temat życia w monogamii. Z mojej perspektywy takie życie nie jest niczym naturalnym. Kobieta nie jest stworzona do funkcjonowania z jednym mężczyzną, a mężczyzna z jedną kobietą. Życie zwierzaków pokazuje nam jak to powinno wyglądać. One w swoich działaniach są ekstremalnie naturalne i w sposób równie niewymuszony próbują przetrwać.

Ale człowiek zwierzakiem nie jest, choć posiada ichnie instynkty, które potrafi (a przynajmniej powinien) podzielić przez rozsądek. Wobec tego małżeństwo wydaje się nienaturalnym, wymuszonym jakby, przestarzałym narzędziem tortur, którym chętnie poddawali się nasi przodkowie.

Konkubinat, związek nieformalny, bla bla bla

Żyłem w konkubinacie, długo. Jako katolik czułem się źle, niekomfortowo, bo to nie powinno tak wyglądać. Nie potrafiłem jednak podjąć decyzji o małżeństwie – miałem swoje powody. Dziś, z perspektywy męża, patrzę na tamten okres jako na coś naprawdę ciekawego, po ludzku zdrowego i chyba aktualnie standardowego. Ludzie nie chcą się wiązać na całe życie, jeśli nie są na 100% pewni, więc wchodzą w konkubinackie klimaty, żeby sprawdzić i przetestować. Jak nie będzie grało, coś zazgrzyta – bez żalu mogą powiedzieć sobie c’est la vie.

Tu jednak występuje kilka błędów logicznych. Bo skoro ktoś wchodzi w związek nieformalny z miłości, to jak zazgrzyta i będzie niedobrze, nie powinien się tak łatwo poddawać i rezygnować ze swojej połówki, gdy okazuje się nie taka doskonała jak na początku. Bo skoro ktoś już w tym konkubinacie chce trwać i mówi, że małżeństwo to papier, który nic nie zmienia, dlatego mu zupełnie niepotrzebny, to dlaczego problemem jest jego posiadanie? Przecież on nic nie zmienia.

Spotkałem się z różnymi argumentami podczas rozmowy, ale najbardziej zaskoczyło mnie to takie zabobonne podejście do małżeństwa. „Po ślubie wszystko się pieprzy, więc po co go brać?”. W zasadzie bardzo racjonalne podejście, choć oparte na dosyć wyimaginowanych strachach. Bo przyznać muszę – w małżeństwie trochę się pieprzy, ale niekoniecznie wszystko. Powiedziałbym raczej, że po ślubie jest inaczej, a to nie oznacza, że gorzej.

Zastanawia jednak, co znaczy „dobrze” dla konkubentów? Co takiego złego jest w małżeństwie, że boją się go jak diabeł święconej wody?

Odpowiedź nasuwa się sama. Wybór.

Małżeństwo jest ofiarą

Z mojej perspektywy, nieidealnego katolika, małżeństwo jest pieczątką dojrzałości na papierze miłości. To decyzja na całe życie. Wybierasz osobę, której ofiarujesz siebie, z wszystkimi zaletami i wadami. Dzielisz się sobą, także w swoim interesie, bo Twoja połówka to Twoja inwestycja długoterminowa. Zyski będziesz zbierał całe życie.

Zrozumiałem, że konkubinat to nie jest żadna inwestycja, dlatego zdecydowałem o swoim małżeństwie. Związek nieformalny jest właśnie takim związkiem luźnym, w którym niekoniecznie najważniejszy jest drugi człowiek, bo istotniejsza staje się wolność, możliwość „wyswobodzenia się” z takiego układu. „Jesteśmy razem, ale bez zobowiązań”. To rozwiązanie jest po prostu łatwiejsze, ale czy lepsze? Każdy musi sobie odpowiedzieć sam.

Długo walczyłem ze sobą, bo bałem się tego, co będzie dalej. Nadal przecież pojawia się strach, gdy myślę, co wydarzy się, gdy pojawią się u mnie dzieci, gdy będą między naszymi małżeńskimi problemami przeplatać się jeszcze te typowo rodzinne. To przerażająca myśl na ten moment, że mógłbym nie dać sobie z rady z całą sytuacją. Ale wtedy myślę, że gorsze przypadki niż ja potrafiły, więc czemu i mnie miałoby się nie udać? Człowiek jest zdolny do wielu poświęceń i czasem nie zdaje sobie sprawy jak wielkie posiada możliwości i zasoby. One uruchamiają się w sytuacjach, gdy są potrzebne. Wierzę w to i doświadczam tego na co dzień, więc nie mam podstaw, by myśleć, że nie sprostam małżeńskim wyzwaniom. Chcę się z nimi wziąć za bary!

Małżeństwo jest dla odważnych, bo trzeba mieć nie lada odwagę, by poświęcić swoje życie na wspólną drogę. Konkubinat zły nie jest, ale wynika raczej z tchórzostwa, takiego zdroworozsądkowego, potrafiącego sobie wytłumaczyć, że tak jest „fajnie”. W małżeństwie nie zawsze jest „fajnie”. Gdyby było, to nie potrafilibyśmy dostrzegać zawartych w nim tajemnic do odkrycia. Nie da się budować, ćwiczyć, wzrastać, jeśli nie chce się przy tym spocić, napracować i rozwijać.

Małżeństwo jako instytucja jest tylko papierkiem. Małżeństwo jako decyzja o wspólnym życiu z jego wszystkimi konsekwencjami jest wspaniałą przygodą. Małżeństwo nie jest przeżytkiem. Jest najwyższą formą zaufania, dojrzałości, współżycia i bycia. Mam nadzieję, że więcej osób będzie próbowało się świadomie zmierzyć ze sobą w roli małżonka, bo bycie tylko konkubentem i powoływanie się na zabobony jako podstawę do nie formalizowania związku jest po prostu niepoważne.

Małżeństwo jest jednak czymś więcej niż dobrą zabawą na całe życie. To dwuosobowy wagonik z rollercoastera, do którego wsiada się, ale na poważnie.

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest2

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • stazmalzenski.pl

    Twój wpis inspiruje do przemyśleń, bardzo trafne spostrzeżenia, pierwszy raz spotykam się z tak przemyślanym tekstem o małżeństwie i konkubinacie. Podoba mi się zestawienie ich obu z punktu widzenia osoby, która była w jednym i podjęła się bycia w tym drugim ze wszystkimi konsekwencjami.

    • Miło mi, dziękuję. Na tym polega mój thinkstajlowe pisanie :)

  • W kontekście ostatniego zdania, w tym ekstremalnym temacie nasuwa mi się tylko jedna wypowiedź:

    „Jeżeli kiedyś Bóg pozwoli mi pójść do nieba, to chciałbym, żeby była tam ze mną moja żona. Nie wyobrażam sobie nieba bez żony. To byłoby jakieś słabe niebo. Nie łatwo jest powiedzieć, kim naprawdę jest żona. Dla mężczyzny to jest chyba najlepsza przygoda jaka istnieje na świecie. Prawdziwa miłość jest jak sport ekstremalny! ” (Tomasz Budzyński – konkret człowiek).

    Podpisuję się pod tym i w drugą stronę. Od 4 l. żona jednego męża, bez konkubinatu, bez na próbę i nie bez sensu. A z panem Van Furio to mi się nawet dyskutować nie chce, bo po co ;)

  • Jeśli nie traktujesz ślubu z punktu widzenia katolika, to rozwiązanie go jest błyskawiczne, jeśli mamy sytuację z obopólną zgodą. Chodzi mi o to, że nie trzeba do tego żadnej odwagi: wziąć rozwód nie jest obecnie wiele trudniej niż zerwać ze sobą (mój kuzyn rozwiódł się w ciągu miesiąca, po pierwszej rozprawie za obopólną zgodą). Albo inaczej: może małżeństwo to odważny krok, ale jego brak nie oznacza tchórzostwa. Bo cywilna przysięga nie zawiera słów „aż do śmierci”. Więcej odwagi wymaga jak dla mnie wspólny kredyt. To jest prawdziwe „aż do śmierci”, przynajmniej w Polsce.

    Nie przeczę, że ślub pewne rzeczy zmienia. Ale z mojej perspektywy – osoby niewierzącej – małżeństwo jest tylko rozwiązaniem prawnym. I jeśli kiedyś wyjdę za mąż, to głównie dlatego, że konkubinat nie jest prawnie uregulowany i to pewne rzeczy utrudnia. Nie dlatego, że uważam, że małżeństwo jest przeżytkiem – po prostu nie jest mi do niczego w życiu potrzebne i nie czuję potrzeby zmienienia statusu społecznego na żonę.

    Ale na dobre wesele chętnie bym się przeszła :D

  • Małżeństwo vs związek nieformalny to dość kontrowersyjny temat, sama kiedyś napisałam o tym post i do dziś jest on najobficiej komentowanym wpisem na moim blogu :). Ja jestem po nieformalnej stronie mocy, z jednego głównego powodu – życie już tyle razy mnie zaskoczyło, że niczego nie jestem w nim pewna. Nie mówię „nigdy” i nie mówię „zawsze”. Dlatego nie mogę złożyć przysięgi „dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Ja nie jestem w stanie powiedzieć jak moje życie i poglądy będą wyglądać za rok, a co dopiero za 40 lat! Przysięga wypowiadana podczas ślubu kościelnego jest dla mnie nie do zaakceptowania. I tak samo niezrozumiałe jest dla mnie to, że niektórzy ludzie się jej trzymają nawet jeśli ich związek po kilku latach małżeństwa staje się fikcją. Nie ważne, że pije, że bije, że jest już obcym człowiekiem – „była przysięga przed Bogiem, więc będę w niej trwać”. Dla mnie to już nie te czasy, więc po co mi ta przysięga jeśli i tak w sytuacji rozpadu pożycia małżeńskiego bym ją złamała? Inaczej rzecz się ma w przypadku ślubu cywilnego – temu nie mam nic do zarzucenia, słowa przysięgi mogłabym powiedzieć mojemu partnerowi choćby jutro i niewykluczone, że kiedyś jeszcze to zrobię ;).

    Zupełnie nie przemawiają do mnie opinie, że związek po ślubie jest bardziej dojrzały, wartościowy, lepszy… Ja swój związek i tak traktuję jak małżeństwo, w ciągu 11 lat razem zaliczyliśmy kilka kryzysów i z każdego wyszliśmy zwycięsko. A od kiedy mieszkamy razem, czujemy się jak rodzina, spędzamy razem wszystkie święta i ogólnie żyjemy jak formalne małżeństwo, nawet tego papierka nie posiadając. Nawet nie mając ślubu wcale nie tak łatwo się rozstać! Za tę więź emocjonalną z drugim człowiekiem odpowiadają zupełnie inne rzeczy!

    Ogólnie pod tym względem w 100% zgadzam się z komentarzem Erill, więc już nie będę się powtarzać. Ale szczególnie rozbraja mnie gadanie „po ślubie jest lepiej, mocniej, głębiej, bliżej itd.” wypowiadane przez osoby, które przed ślubem nie mieszkały razem. Otóż niech te osoby spróbują sobie wyobrazić, że dokładnie to samo może powiedzieć para, która nawet bez ślubu zaczyna razem mieszkać. Jest to zasługa wejścia na wyższy poziom związku, a nie złożenia podpisu w urzędzie czy założenia białej sukni w kościele.

    Ja widzę tylko jeden minus związku nieformalnego – nazewnictwo partnera. Nadal nie mogę znaleźć odpowiedniego słowa. „Mój chłopak” brzmi infantylnie, „partner” zbyt biznesowo, „mąż” nie przejdzie mi przez gardło, wszak mężem on nie jest… To mnie trochę irytuje, ale nie na tyle aby zaraz ciągnąć chłopa do urzędu ;).

  • W konkubinacie żyję od czterech lat, z partnerem starszym ode mnie o lat dwadzieścia. Żadne z nas chyba wcale nie spieszy się do ślubu i prawdopodobnie nigdy go nie weźmiemy, natomiast w pewnym momencie zdecydowaliśmy, że będziemy mieć dziecko. Mamy więc syna, ślubu zaś nie (on rozwodnik). Tak jest dobrze obojgu z nas, ani nas brak ślubu nie uwiera, ani nie czujemy specjalnej potrzeby, by go brać. I gdy tak sobie myślę o tym wszystkim, to ja nigdy, nawet jako młoda dziewczyna, o ślubie nie marzyłam. Po prostu nigdy nie był to dla mnie taki cel, jak dla tych wszystkich tłumów młodych kobiet, które pragną białej sukni. Dlaczego? Tego nie wiem, tak po prostu jest.

  • Podoba mi się idea promowania ślubu. Gdzieś dojrzewa we mnie wpis o podobnej tematyce.
    Dorzucę swoją cegiełkę. Uważam, że ślub i małżeństwo smakują najlepiej, jeśli się wcześniej razem nie mieszkało. Wtedy to dopiero i naprawdę milowy krok.

    • Jasne, a później mamy rozwody bo po ślubie okazuje się, że partnerzy kompletnie do siebie nie pasują, nie potrafią zgrać się w łóżku, w domu, w codziennych sytuacjach nie mających nic wspólnego z motylami w brzuchu i zwyczajnie się nie znają. Ostatnio opisywałem podobny problem na przykładzie Agatki. Nie wyobrażam sobie jak można ładować się w małżeństwo nie mieszkając wcześniej ze sobą, to kompletna loteria.

      • No popatrz, widocznie bardzo łatwo jest wygrać na loterii. Większość moich znajomych zawarła małżeństwo w ten sposób.
        Sorry, ale brak rozwodu po ślubie nie jest zagwarantowany przez to, że para ze sobą mieszka. To o wiele więcej. Nie ma co tak tego spłycać.

      • Paulina

        Właśnie od tego jest okres narzeczeństwa, w którym dwoje ludzi stara się poznać- tak, wiem, że po zamieszkaniu razem jest zupełnie inaczej, ale cóż ;) Poza tym małżeństwo nie opiera się na „motylach w brzuchu”, mylisz miłość z zakochaniem, a to dwie odrębne rzeczy. Twój komentarz przywołuje na myśl związek na próbę, którego nie jestem w stanie zaakceptować. Próbować można danie w restauracji lub samochód przed kupnem, ale nie człowieka. Małżeństwo to nie loteria. Małżeństwo to decyzja.

        • „Właśnie od tego jest okres narzeczeństwa, w którym dwoje ludzi stara się poznać- tak, wiem, że po zamieszkaniu razem jest zupełnie inaczej, ale cóż ;)”
          No właśnie „ale cóż”. Piękne rozumowanie „ale cóż”!
          Okres narzeczeństwa jest od tego żeby się poznać, a później wszystko się zmienia bo przychodzi im z sobą mieszkać – Rozumiesz coś z tego? Bo ja nie – minimum logiki !!!!!
          Decyzja powiadasz? W takim razie dlaczego w Polsce konsekwentnie z roku na rok rośnie liczba ludzi, którzy podejmują DECYZJĘ o rozwodzie? Otóż pozwól, że Ci wytłumaczę. W ubiegłym roku ponad 65.000 małżeństw rozwiodło się chociaż wcześniej podjęło DECYZJĘ o małżeństwie wiesz dlaczego? Bo sobie nie popróbowało, nie pomieszkało, ale podjęło decyzję rozumiesz? Później natomiast przyszła rzeczywistość w której okazało się iż ci ludzie są sobie obcy lub w najlepszym przypadku nie pasują do siebie i zwyczajnie nie są w stanie się zgrać! „ale cóż”

  • Moim zdaniem sprowadzanie zagadnienia do definicji, że małżeństwo jest lepsze bo… a konkubinat gorszy gdyż… (i w drugą stronę dokładnie tak samo) jest nietrafione.

    Czuję się o tyle upoważniony do zabrania głosu, że przerabiałem jedno, przerabiam drugie. Zarówno do małżeństwa jak i konkubinatu trzeba po prostu DOJRZEĆ. Jeżeli nie masz w sobie woli walki o związek to żaden ślub, chociażby udzielony przez samego papieża nie przetrwa sam z siebie. A jeżeli jesteś pewien swoich uczuć to nie potrzebujesz żadnego świstka, żeby walczyć do samego końca.

    Jedni żeby spać spokojnie muszą usłyszeć „oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”. A są tacy, którym wystarczy kiedy partner(ka) niewymuszenie powie „chcę się z tobą zestarzeć”.

    Nie zgadzam się jedynie z argumentem podniesionym gdzieś w poprzednim komentarzu o wypraszaniu ze szpitala. Na to też jest sposób- notarialne pełnomocnictwa, którymi można załatwić 90% tego co daje instytucja małżeństwa. Te 10% niedogodności można przeżyć:)

  • Jedyny plus małżeństwa, jaki dostrzegam to fakt, że wszystkie te urzędowe sprawy wtedy są łatwiejsze i nikt cię nie wyprosi ze szpitala, a dzieci mają pewnie większy komfort, ale tego nie wiem, bo ich nie mam. Chyba w małżeństwie przeraża mnie ta cała otoczka związana ze ślubem, „zastaw się, ale postaw” itp. i to, że wszyscy wymuszają powielenie określonych schematów. Poza tym ciekawe te Twoje wyznanie, ale i tak bardziej niż papier, liczy się uczucie, wtedy decyzja o małżeństwie nie powinna mieć znaczenia. Jeśli jesteś z kimś w nieformalnym związku, to wcale nie oznacza, że łatwiej jest się spakować i odejść.

    • @ibellae:disqus – za ostatnie zdanie mogę Cię ozłocić. Jakoś właśnie argument, że można odejść (dlatego nie ma sensu się wiązać urzędowo) częściej podawany jest przez konkubentów niż małżonków. Ale jak czytam Wasze komentarze tutaj, to jestem pełen nadziei, że to nie jest regułą :)

      Dziękuję!

  • Jestem w konkubinacie od 8 lat. Nie powiem, że wszystko jest idealnie. Nigdy nie jest bez względu na to czy ów przysłowiowy papier już mamy podpisany czy też nie. Poczucie odpowiedzialności za drugą osobę jest dla mnie czymś co nie daje się zamknąć, ani też sprowadzić do urzędowego świstka papieru. Czytam tak komentarze Twoich czytelników i wiele tu pada argumentów dotyczących strachu przed małżeństwem, wygodnictwem itd. Był taki czas, że też stawałem okoniem i wobec różnorakich zarzutów dotyczących statusu mojego związku i życia bez ślubu reagowałem agresją bo traktowałem to jako zamach na moją wolność osobistą. W tej chwili mając już grubo ponad 30 wiosen podchodzę do tego wszystkiego raczej ze stoickim spokojem, jeśli nie wręcz z obojętnością. Oczywiście istnieje wiele argumentów przeciwko konkubinatom, ale obecnie kwituję je z reguły wzruszeniem ramion. Jest natomiast coś o czym nikt tu nie wspomniał. Mam całkiem sporo znajomych żyjących w konkubinatach. Mało tego całkiem sporo dzieci porodziło się w tych konkubinatach. Dlaczego zatem mama i tata się nie hajtają? CZYNNIKI MATERIALNE! Tak! Najbardziej idiotyczny z „wykrętów” sprowadza się do tak prozaicznej rzeczy jak pieniądze i zwyczajna, zdroworozsądkowa ekonomia. Mój dobry kolega w ubiegłym roku został ojcem. Ze swoją partnerką są podobnie jak ja z moją 8 lat. Dlaczego nie biorą ślubu? Po pierwsze ona jako matka ma w tym momencie jakąkolwiek pomoc od państwa (bo w papierach figuruje jako samotna matka wychowująca dziecko). Po drugie zwyczajnie nie stać ich na ślub, zwłaszcza gdy rodzice to tradycjonaliści, dla których ważne jest wesele na 100 osób i klecha. Nie każdy ma ochotę wikłać się w bandyckie kredyty…. Wiem, że to jest ogromne spłycenie tego tematu, ale niestety nikt się do tego nie przyzna, a z moich obserwacji wynika, że w 80% wypadków taka jest właśnie przyczyna trwania w konkubinatach! Jeśli komuś nie wystarczy tak banalne wytłumaczenie to kiedyś napisałem taki tekst (wybacz Szanowny Autorze spam, mam nadzieję że nie dostanę za to po ryju ;-) http://furiacki.piszecomysle.pl/2013/10/03/dlaczego-mezczyzni-nie-chca-sie-zenic-meska-riposta/ ) Jednak to było już dość dawno i mimo, że wciąż mam takie samo stanowisko w tej kwestii to chyba będę musiał nieco je zaktualizować, a to za sprawą Twojego wpisu Muszkieterze!
    Tak czy siak – wsadziłeś kij w mrowisko i czuję, że zdrowo się tu wszyscy pokłócimy ;-)
    Pozdrawiam !

    • Furio, nie ma problemu z podawaniem linków :) Ja mam prostą zasadę – jeśli wpis jest w temacie, jesteś moim aktywnym Czytelnikiem i komentatorem – wklejaj, bo po co nieraz 2 razy to samo pisać, skoro już wziąłeś sprawę na warsztat.

      Co do samych argumentów za konkubinatem, to muszę Cię zmartwić – nie pokłócimy się :) Doskonale Cię rozumiem, bo sam też przechodziłem jednak przez te 10 lat różne doświadczenia i mocno zastanawiałem się, czy powinniśmy robić ślub „z pompą”. To są naprawdę duże koszty i nie mają żadnego uzasadnienia ekonomicznego. W grę wchodzi tylko uszanowanie tradycji i ewentualne wspomnienia, które uwiecznimy na fotografiach czy filmach. W pełni rozumiem odpuszczanie małżeństwa ze względu na ekonomię, poważnie. Nie musi mi się to podobać, bo nie musi. Tak, jak nie musi mi się podobać wywalanie kilkudziesięciu tysięcy na ślub i całą weselną zadymę.

      Z perspektywy czasu uważam jednak, że bardzo żałowałbym, gdybym nie zmierzył się z organizacją ślubu, a moja żona z pewnością myłaby mi głowę za to do końca życia. Ja też chciałem zrobić taką bibę, na którą zaproszę swoich najbliższych, aby współdzielili ze mną szczęście. Wyszło nam świetnie i mamy dużo dobrych wspomnień. Niektórzy mówili po całej zadymie: „To był ślub idealny, no może gdyby nie ta kapela”. Tak to jest, że szewc bez butów chodzi, ale nawet ta mała rysa na szkle ma swój klimat. Muszkieterski :)

      Podsumowując – argument, który podałeś może i jest przyziemny, ale na pewno nie jest takim, na który można się wypiąć. Powiem więcej – nie można i należy brać go pod uwagę. Jedyne, w czym mogę się nie zgadzać, to w traktowaniu go jako jedynego i kluczowego, ale Ty akurat o tym nic nie mówisz tutaj, ani w swoim tekście, więc… nie mam z czym polemizować, Furio :)

      Dziękuję za Twój komentarz, bo w sumie rzeczywiście nikt nie poruszył aspektu finansowego, a przecież i on ma wpływ na decyzję.

  • Wstrzeliłeś się z tym tekstem jak znalazł, akurat wczoraj mieliśmy pierwszą rocznicę :) wszyscy dziwili się dlaczego chcieliśmy ślubu tak wcześnie – w końcu mając 22 lata spokojnie można byłoby sobie dać jeszcze trochę czasu, żeby się wyszaleć. No ale…;) Papierek tak na prawdę nic tutaj nie wniósł – bez ślubu pewnie nadal bylibyśmy razem i pewnie byłoby nam dobrze. Wniosła za to przysięga jako taka, bo małżeństwo dla mnie = rodzina, a to jest chyba dla mnie najwyższa wartość. W dzisiejszym świecie wszystko jest tak płytkie, pozbawione jakichkolwiek wartości, sensu, uczuć, że nawet zwykłe „kocham” degradowane jest do poziomu „fajnie jest, ale co będzie dalej to się zobaczy”. A ja chciałam zobaczyć wspólną przyszłość, na dobre i na złe :)

    • Ania, gratulacje i życia miodem oraz mlekiem płynącego Wam życzę! Rzeczywiście spojrzenie małżeństwo = rodzina jest być może tym, co chciałem oddać, a nie do końca wyartykułowałem. Bardzo podoba mi się takie podejście i sam tak uważam.

      Dziękuję Ci za komentarz!

    • Bardzo mi się Twoje ostatnie zdanie. Zapamiętam.:)

  • Okej, czas dołożyć i swoją cegiełkę. Nie wiem, kiedy dokładnie „związek” przeradza się w konkubinat (wspólne mieszkanie? sypianie ze sobą? wspólne finanse? wspólny kot?) ale myślę, że mogę przyjąć, że jestem w konkubinacie od 2, 3 lat. Ślub za trzy tygodnie. Jeszcze nie jestem „po drugiej stronie” ale już bliżej, niż dalej. Mam za to sporą grupę znajomych żyjących i w takich, i w takich związkach.

    Czytam Twój tekst, czytam komentarze poniżej. I myślę sobie, moi drodzy, że problem nie jest w założeniu konkubinat to życie w tchórzostwie, małżeństwo to odwaga. W konkubinacie „w zdrowiu, w chorobie, w szczęściu/nieszczęściu” ma wyłącznie (na chwilę obecną, bo prawodawstwa nam brak) komponent woli. W małżeństwie dochodzi aspekt prawny, bo z realizacji przysięgi mogą się przecież małżonkowie rozliczać (nawet po rozwodzie można przecież wystąpić o alimenty od współmałżonka). Przypuszczam, że trzeba mieć jaja, żeby wziąć ślub. I trzeba mieć też jaja, żeby wytrwać w konkubinacie.Słowo klucz dla obu wersji – wytrwać. Przede wszystkim jednak i w jednym, i w drugim przypadku trzeba mieć odpowiednią perspektywę na życie. Perspektywę odpowiedzialności za siebie i za drugą osobę, wzięcia jej z całym inwentarzem i silne postanowienie, że o związek to się czasami walczy do krwi, w bólu i znoju. Ale walczy. Zdarzyło mi się słyszeć komentarze pt. ” ślub bierzemy, ale jak mi się nie spodoba, to kopnę w dupę i wezmę sobie jakąś inną”. Ot, trwałość małżeństwa według niektórych ;/ Przypuszczam, że i po stronie konkubinatu jest sporo osób, które podobnie myślą o swoim związku. To jest dla mnie przerażające i smutne – myślenie o drugim człowieku jak o pralce z terminem przydatności. Jak trochę rzęzi, to wymieniam na inny egzemplarz. Pralka małżeńska czy konkubencka – co za różnica, nie mogę być przecież pewny/a, że będzie mi się ten model podobał całe życie.
    Moim zdaniem tu problemem jest rodzaj kultury instant w której żyjemy i bajeczek wtłaczanych do głów przez świat. Bajeczek, bo nie mogę inaczej nazwać przekonań, że zawsze będzie dobrze, pięknie, zawsze motyle, uśmiech na pysku i joga w łóżku. A jak nie jest, to „o mój boże nasza miłość się skończyła!”.
    Ja się autentycznie cieszę na ten ślub. I chociaż czasem na pytania o powody śmieję się, że „trzeba się przecież wreszcie zacząć wspólnie rozliczać” a biała sukienka wzbudza we mnie histerię (nie dziewczyny, to nie jest tak, że każda panna młoda od zawsze chciała być księżniczką w białej sukni – ja bym poszła w glanach, jakbym mogła) to dla mnie ślub jest jakąś kolejną formą rozwoju relacji. Nie mówię, że wyższą ani lepszą. Kolejną. 12 lat przyjaźni i konkubinat przetestowało nas na tyle, że teraz mogę powiedzieć, że oboje się zaweźmiemy, żeby to faktycznie było „na zawsze”. I czekam najbardziej nie na sam dzień ślubu, który zapewne wymęczy mnie doszczętnie ale na „dzień po”. I kolejny. I kolejny. Fajna przygoda się zapowiada :)
    A poza tym fajny ten mój facet jest. Taki „książę małżonek” ;)
    Pozdrowienia dla Ciebie, Muszkieterze, Twojej Żony i wszystkim, którym się po prostu chce i którzy podejmują wyzwanie wspólnego życia na dobre i na złe. Niezależnie od formy.

    • Serdecznie dziękuję Ci za ten komentarz, który jest świetnym uzupełnieniem do mojego tekstu. Jakoś przeczuwałem, że zestawienie odwagi i tchórzostwa wzbudzi sprzeciw. Nadmienię jednak, że racjonalne tchórzostwo nie jest niczym złym, choć ma wydźwięk niepozytywny. Tak samo jak odwaga, z którą wchodzi się w paszczę lwa graniczy z głupotą, więc… również niezbyt jest pozytywne.

      Forma jest nieistotna, ale ja jako katolik chcę promować formę małżeństwa i nie ma się mi co dziwić :) Niemniej nie podnoszę go jako argumentu, żeby zatrzymywać „na papier” przy sobie drugiego człowieka, więzić go u swojego boku. Świadomość i dojrzałość wyboru – to wspaniałe sprawy, które polecam przeżywać każdemu. One są odporne na naciski społeczne i opinie Muszkietera na blogu.

      I na koniec – już teraz składam Ci życzenia, bo pakujesz się w niezłe tarapaty :) Będziesz jednak kochać te tarapaty, bo z tego co piszesz, małżeństwo jawi Ci się jako przygoda życia. I taką niech dla Ciebie będzie – gratulacje :)

  • Mimo wszystko w tym konkubinacie warto trochę pobyć, można wtedy zobaczyć wiele rzeczy, których się wcześniej nie widziało. Zawsze powtarzam wszystkim, że to mieszkanie razem zmienia wiele, a nie samo przejście ze związku w małżeństwo. Dla mnie samo małżeństwo nic nie zmieniło, jest tak samo fajnie, jak wcześniej. Tyle tylko, że w papierach łatwiej jak się chce coś załatwić. Ale zgadzam się z autorem, że trochę też tak jest, że jak jesteś w małżeństwie to tak łatwo się nie poddasz tylko starasz się za wszelką utrzymać związek. A w konkubinacie po prostu odchodzisz – i to sprawia, że człowiek się nic nie nauczy o życiu, tylko przejdzie z jednego w drugi taki sam związek, który dokładnie tak samo się skończy..

  • Jednej rzeczy nie rozumiem. Czemu ludzie po ślubie tak usilnie próbują udowadniać, że związki bez niego są mniej wartościowe.
    Skąd ta potrzeba żeby dyskredytować jakiś sposób życia i udowadniać, że jest gorszy od naszego, bo my mieliśmy odwagę (na boga, odwagę? serio? ) nałożyć sobie obrączki i schować akt ślubu gdzieś w szpargały, żeby się nie zniszczył.
    Serio uważasz, że Twój związek jest super lepszy od tego, który mają ludzie tak samo oddani, chcący trwać ze sobą, walczący o siebie i relacje tylko bez metalu na palcu i rzeczonego papieru? Bo mi się wydaje, że to jest bardzo niedojrzałe podejście.
    To nie papier decyduje o tym czy podejmiemy się pracy nad relacja, gdy zaczną się schody. To dwoje ludzi, których wiele łączy, w tym chęc trwania razem o tym decyduje. O ile ładnie piszesz o małżeństwie tak bardzo nie podoba mi się udarzenie w ton „my, po ślubie, to jesteśmy bardziej”. Rozwody wciąż się zdarzają. Więc to nie jest tak pieknie, że tylko konkubinat „odpuszcza”.

    I i btw, ja jestem po ślubie cztery lata. I jeszcze cztery przed ślubem.
    Więc argumenty „bo pewnie Ty nie masz ślubu i dlatego” nie zdają w moim przypadku egzaminu.

    • Erill, sęk w tym, że ja nie dyskredytuję konkubinatu – wiem jak smakuje, więc też wiem o czym mówię. Ślub to wyższa szkoła jazdy i mówię to w zgodzie ze sobą i tym, co przeżywam i jeszcze pewnie przeżyję. Tak czuję, tak piszę. Zauważyłem za to, że wszyscy w związkach nieformalnych stają okoniem, gdy mówię o ślubie jako czymś dobrym. Szukają punktów odniesienia i cieni małżeństwa, aby mi powiedzieć „no i co? wcale nie jesteś szczęśliwy, a konkubinat jest super, bo ślub wszystko niszczy”.

      Nie uważam związków nieformalnych za mniej wartościowe, ale byłem w takim i uważam, że nie do końca można się w nich spełniać, czegoś brak. Gdybym tego nie doświadczył, nie pisałbym dzisiaj tutaj w ten sposób. Niczego nikomu jednak nie narzucam – niech każdy wybiera sam formę bycia ze sobą. Do małżeństwa i ja nie byłem przekonany, zwłaszcza jak przyklepywałem rozwód moich rodziców. Dziś uważam, że do dobrego małżeństwa trzeba dojrzałości przy jego zawieraniu.

    • Anna

      Ponieważ większość ludzi to prymitywy. Państwo jak i kościół promuje ślub, ponieważ chcą zrzucić odpowiedzialność na drugiego człowieka. Proszę poczytać kodeks karny…
      Ja świadomie wzięłam ślub dla tego, żeby nie płacić ubezpieczenia. Już śpieszę się wyjaśnić, że również pracuję.
      Po co z mężem mamy płacić za dodatkowe ubezpieczenie, kiedy on prowadzi firmę i ja jako jego żona mogę mieć darmowe ubezpieczenie.
      Jest również dużo więcej ulg, ale niestety jest też dużo odpowiedzialności za małżonka.
      I Państwu o to chodzi !
      Nigdy nie wzięłabym ślubu tak po prostu z miłości. To jest prymitywne podejście. Z miłości można też żyć w konkubinacie i bez ślubu ma się mniej problemów.
      Ja lubię ryzyko, ale z moim partnerem wzięliśmy ślub w celu „zaoszczędzenia pieniędzy” proste.

      • Anna

        I dołożę jeszcze najważniejsze –
        przede wszystkim wiem z kim wzięłam ślub, tzw. z odpowiedzialnym człowiekiem.
        Wcześniej mieszkaliśmy ze sobą, znamy się. Na pewno nie wzięłabym ślubu z osobą nieodpowiedzialną, nawet dla większych korzyści niż darmowe ubezpieczenie. Jestem niezależną kobietą i nie weszła bym w takie bagno.

  • Meipu

    My przed ślubem byliśmy ze sobą 7 lat. W czerwcu minęła nam zaś siódma rocznica ślubu. Czy wiele się zmieniło? Moim zdaniem, teraz jest łatwiej. Cokolwiek by się nie działo, jesteśmy razem. Ślub daje poczucie stabilizacji. Pewność, że druga strona kocha i nie boi się, że za rok, dwa, miłość przeminie. Ślub to zgoda na walkę w razie trudów, to otwarte drzwi do serca i duszy, to ciągłe staranie, by nie popaść w rutynę, nie zgubić spontaniczności i namiętności, mimo kłopotów, kredytów, dzieci … .

  • Kasia Jundziłł

    Czy wszyscy postrzegają konkubinat jako związek bez zobowiązań? Czy po latach spędzonych razem naprawdę tak łatwo przy pierwszym potknięciu odwrócić się i pójść własną drogą? Nie sądzę. Sama jestem w takim związku od 6 lat. Może inaczej postrzegam kwestię zobowiązań, bo moim przypadku jest jeszcze dziecko. Ale patrząc tylko na nas dwoje wiem, że nie zawsze było różowo, były potknięcia i problemy. Jednak liczy się fakt, że chcieliśmy przez nie przejść razem. Razem stawialiśmy czoła wszystkiemu, co stawało na naszej drodze.
    Nie czuję potrzeby wychodzenia za mąż. Nie czuję potrzeby „posiadania papierka”. Prawda jest też taka, że nigdy nie marzyłam o białej sukni. Chyba myśl, że właśnie choćby z formalnego punktu widzenia łatwiej o rozstanie, każe starać się bardziej. To nasze wybory określają nasze życie. Żaden papierek na nic nie da gwarancji.

    Może gdybyśmy nie mieli dziecka, może gdybym była inaczej wychowana, może gdybym…. może wtedy bym myślała inaczej.

    A na koniec muszę się podzielić tym, co wprawiło mnie w największe zdumienie :) i ciągle nie mogę uwierzyć! Najwięcej akceptacji dla mojego wyboru drogi życiowej uzyskałam od obu moich babć! :)

    • Nie wszyscy, ja tak nie postrzegam :) Konkubinat jest dla mnie preludium. W nomenklaturze akademickiej – człowiek w konkubinacie to ten, co ma już wyższe wykształcenie, ale skończył licencjat/inżyniera :) Małżeństwo to tytuł magistra, a małżeństwo ze stażem i dziećmi – to doktorat. Z kolei przetrwanie z małżeństwem do późnych lat, bycie dziadkiem, babcią, ciągle w miłości, zaufaniu, wspieraniu się nawzajem – to profesura.

      Nie chodzi o gwarancję – jak słusznie zauważyłaś. Drugi człowiek nie jest produktem, który kupujesz za ślub, a papier jest paragonem, na który w razie czego powołasz się w sklepie – urzędzie cywilnym.

      Ja tak widzę mój rozwój jako człowieka, męża, taty, dziadka -> konkubent < małżonek < tato < dziadek. Mogę teoretycznie przejść przez te wszystkie role bez małżeństwa (no może poza… małżonkiem :D), ale zwyczajnie nie chcę. Wybrałem. Ty też wybrałaś i nie mam prawa mówić Ci, że to zły wybór. Mnie się on nie podoba, sam bym tak nie postąpił, ale rozumiem i szanuję Twoją decyzję, bo jesteś innym człowiekiem niż ja.

      Cieszę się na koniec, że możemy o tym rozmawiać, zobaczyć różnice, spróbować wyciągnąć z nich wnioski dla samych siebie. To jest dla mnie najpiękniejsze. A wybory – należą do ludzi. Wolność polega na tym, że je mamy :)

      Dziękuję za Twój komentarz, sporo wnosi w dyskusję.

      • Kasia Jundziłł

        Podoba mi się, że nie krytykujesz mnie za mój wybór :) Chciałabym by wszyscy byli tolerancyjni, ale to raczej marzenie ściętej głowy ;) Ja również szanuję Twój wybór, jakże inny od mojego.

        Nie cierpię dwóch pytań, które dość często padają: „to kiedy ślub?” oraz „to kiedy drugie dziecko?” Dlaczego ludzie zawsze muszą nas tymi pytaniami nękać? Tak właściwie to co to kogo obchodzi! Moje życie – moja sprawa! Ślubu nie bierze się dla kogoś. Tak samo dla kogoś nie posiada się dzieci. Każdy powinien żyć według własnego sumienia, bo nie da się zadowolić wszystkich dookoła. To sami ze sobą i swoimi poczynaniami powinniśmy czuć się dobrze i szczęśliwie.

        • To nie jest tolerancja, Kasia. To jest akceptacja :) (odsyłam tutaj: http://muszkieter.in/wojna-sensow-tolerancja-vs-akceptacja/).

          Co do pytań o ślub i kiedy następne dziecko, najlepiej skwitowała to Nishka w świetnym tekście: http://www.nishka.pl/nie-pytaj-mnie-kiedy-bede-matka/

          Można go świetnie odnieść do pytań o ślub. Ze wszystkim, co napisałaś – zgadzam się w 100%. Wchodzenie do czyjegoś łóżka czy prywatnych ustaleń z brudnymi buciorami, nawet jeśli są rodzinne – nie da się akceptować. Jeśli mogę coś radzić – miej cierpliwość, ale bądź konsekwentna i jasno stawiaj granice. Inaczej nie będą nigdy szanowane, a dla niektórych – nieznane.

          • Kasia Jundziłł

            Drogi Muszkieterze, może to wynika z mojego własnego pojmowania pewnych spraw, ale nie do końca się z Tobą zgadzam. Nie myśl, że nie widzę różnic w pojęciach akceptacja – tolerancja. Tylko, że dla mnie akceptacja jest ważna TYLKO w przypadku osób, na których mi zależy. Na przykład wspomniane przeze mnie babcie. Natomiast jeśli chodzi o innych ludzi, to fajnie by było, jakby tolerowali to, że ktoś ma własne zdanie i własną drogą idzie przez życie. Niestety wszyscy wiemy, że tak nie jest i nie będzie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie kręcił nosem. Życie nauczyło mnie nie przejmować się tym :) Zawsze musiałam ostro walczyć o swoje, bo nigdy nie wybierałam łatwej drogi. To naprawdę uodparnia.

            Czytałam ten tekst Nishki już jakiś czas temu. Faktycznie nic dodać, nic ująć :)

          • Kasia, właśnie na tym polega ta różnica między tolerancją a akceptacją. Tolerowanie to znaczy, że ktoś nie akceptuje Twojego stylu bycia, ale znosi go, bo to Twoje życie, Twoje decyzja, więc machanie łapkami wynika z jego bezsilności wobec wpływu na Ciebie :) Akceptacja to wyższa szkoła jazdy.

            Ale w sumie nic na siłę. Ja nie rozumiałem tej różnicy, tak jak wielu ludzi. To nic złego. Akceptuję sytuację :) Gdybym tolerował, to bym się na Ciebie wkurzał, a tymczasem mam luz.

            Powodzenia w walce!

  • U nas staż małżeński to też 2 lata. Przedślubnie było 6, więc też sporo. :) Mogę się podpisać pod Twoimi słowami. Mimo tego, że obserwacje otaczającego nas świata nie nastrajały zbyt optymistycznie (szybkie rozstania, rozwody wśród znajomych, błędne wybory, etc.), nie żałujemy naszej decyzji. Byliśmy świadomi, że chcemy iść dalej razem, wspólnie stawiać czoła wyzwaniom życia codziennego.

    • Ja jeszcze stracham się na samą myśl, że może się gdzieś po drodze odwidzieć, że trudy mogą sprawić, że przyszłość będę widział mgliście lub w ogóle jej nie zobaczę. Wierzę jednak, że będą wokół mnie ludzie i pojawi się wsparcie Szefa z Góry, który mi przetrzepie skórę (a zrobił to już nie raz, więc się w ogóle nie zdziwię), by wskazać właściwą drogę.
      W związku miłość to także wiara, że się nam uda i zaufanie, które buduje lub nieraz odbudowuje się latami. Mamy na to całe życie.

      Powodzenia w małżeństwie i pozdrowienia dla męża :)

  • KasiaC

    Obserwuję ludzi, bo wg mnie dobrze jest wyciągać wnioski dla siebie z sytuacji, które przytrafiają się innym, by jak najmniej błędów w swoim życiu popełniać. Dzięki obserwacji związków ukułam teorię, że związek nie może być „przechodzony” – jest taka cienka granica trwania związku, po przekroczeniu której należałoby się rozstać lub pobrać. Oczywiście, nie ma jednej recepty, i dużą rolę gra tu wiek osób w związku czy możliwości samodzielnego utrzymania rodziny, ale byłam już na kilku weselach, gdzie Młodzi zaręczali się po kilku miesiącach znajomości, a tuż przed tym zapoznaniem jedno z nich zakończyło kilkuletni związek. Twój 10letni staż przedmałżeński przeczy mojej teorii :)

    Przyszło nam żyć w czasach, gdy części zamienne są nieraz droższe od nowego sprzętu, który się nam popsuł, nieważne, czy to jest telewizor, lodówka czy telefon. I tak też zaczęliśmy traktować związki – zamiast naprawiać, gdy się psują, wymieniamy partnera. A łatwiej i szybciej można zakończyć coś nieformalnego, nie trzeba biegać po sądach i adwokatach.

    Choć nawet nie jestem zaręczona, wierzę w małżeństwo. Związki, znajomości mniej czy bardziej zażyłe, których doświadczyłam były mi potrzebne po to, by docenić tę obecną relację, by dowiedzieć się, że Tego, którego szukałam, miałam pod nosem, i że teraz dopiero mogę nazwać się szczęśliwą. Z mym lubym poznałam się w akademiku, przez pół roku żyliśmy prawie mieszkając ze sobą (bo cóż to za różnica kilka pięter), dzięki temu poznaliśmy się i swoje reakcje w wielu bardzo nierandkowych sytuacjach, dzięki czemu nie boję się, że jak mnie zobaczy w dresie i tłustych włosach, zwijającą się na łóżku z bólu, to odwróci się na pięcie i ucieknie, gdzie pieprz rośnie ;-) Bardzo dużo nam to dało, zwłaszcza, że po latach tłustych przyszły chude, czyli widywanie się 2 razy w tygodniu po 3 godziny, albo i rzadziej, z racji różnicy kilometrów i pracy :( Gdyby nie czas w akademiku, ten związek teraz by pewnie nie przetrwał, albo byłby tak słaby, jak poprzednie. A wiem, że jest mocny, że jeśli nie On, to nikt inny, a On wie, że jak mi się kiedyś nie oświadczy, to ma wpierdol ;-)