Małżeństwo nie jest przeżytkiem

Małżeństwo nie jest przeżytkiem

Jestem żona­ty od 2 lat. W kon­ku­bi­na­cie żyłem 10. Roz­ma­wia­łem ze zna­jo­my­mi jakie mają podej­ście do mał­żeń­stwa i dosze­dłem do paru cie­ka­wych wnio­sków.

Zacznę od kil­ku słów na temat życia w mono­ga­mii. Z mojej per­spek­ty­wy takie życie nie jest niczym natu­ral­nym. Kobie­ta nie jest stwo­rzo­na do funk­cjo­no­wa­nia z jed­nym męż­czy­zną, a męż­czy­zna z jed­ną kobie­tą. Życie zwie­rza­ków poka­zu­je nam jak to powin­no wyglą­dać. One w swo­ich dzia­ła­niach są eks­tre­mal­nie natu­ral­ne i w spo­sób rów­nie nie­wy­mu­szo­ny pró­bu­ją prze­trwać.

Ale czło­wiek zwie­rza­kiem nie jest, choć posia­da ich­nie instynk­ty, któ­re potra­fi (a przy­naj­mniej powi­nien) podzie­lić przez roz­są­dek. Wobec tego mał­żeń­stwo wyda­je się nie­na­tu­ral­nym, wymu­szo­nym jak­by, prze­sta­rza­łym narzę­dziem tor­tur, któ­rym chęt­nie pod­da­wa­li się nasi przod­ko­wie.

Konkubinat, związek nieformalny, bla bla bla

Żyłem w kon­ku­bi­na­cie, dłu­go. Jako kato­lik czu­łem się źle, nie­kom­for­to­wo, bo to nie powin­no tak wyglą­dać. Nie potra­fi­łem jed­nak pod­jąć decy­zji o mał­żeń­stwie - mia­łem swo­je powo­dy. Dziś, z per­spek­ty­wy męża, patrzę na tam­ten okres jako na coś napraw­dę cie­ka­we­go, po ludz­ku zdro­we­go i chy­ba aktu­al­nie stan­dar­do­we­go. Ludzie nie chcą się wią­zać na całe życie, jeśli nie są na 100% pew­ni, więc wcho­dzą w kon­ku­bi­nac­kie kli­ma­ty, żeby spraw­dzić i prze­te­sto­wać. Jak nie będzie gra­ło, coś zazgrzy­ta - bez żalu mogą powie­dzieć sobie c'est la vie.

Tu jed­nak wystę­pu­je kil­ka błę­dów logicz­nych. Bo sko­ro ktoś wcho­dzi w zwią­zek nie­for­mal­ny z miło­ści, to jak zazgrzy­ta i będzie nie­do­brze, nie powi­nien się tak łatwo pod­da­wać i rezy­gno­wać ze swo­jej połów­ki, gdy oka­zu­je się nie taka dosko­na­ła jak na począt­ku. Bo sko­ro ktoś już w tym kon­ku­bi­na­cie chce trwać i mówi, że mał­żeń­stwo to papier, któ­ry nic nie zmie­nia, dla­te­go mu zupeł­nie nie­po­trzeb­ny, to dla­cze­go pro­ble­mem jest jego posia­da­nie? Prze­cież on nic nie zmie­nia.

Spo­tka­łem się z róż­ny­mi argu­men­ta­mi pod­czas roz­mo­wy, ale naj­bar­dziej zasko­czy­ło mnie to takie zabo­bon­ne podej­ście do mał­żeń­stwa. "Po ślu­bie wszyst­ko się pie­przy, więc po co go brać?". W zasa­dzie bar­dzo racjo­nal­ne podej­ście, choć opar­te na dosyć wyima­gi­no­wa­nych stra­chach. Bo przy­znać muszę - w mał­żeń­stwie tro­chę się pie­przy, ale nie­ko­niecz­nie wszyst­ko. Powie­dział­bym raczej, że po ślu­bie jest ina­czej, a to nie ozna­cza, że gorzej.

Zasta­na­wia jed­nak, co zna­czy "dobrze" dla kon­ku­ben­tów? Co takie­go złe­go jest w mał­żeń­stwie, że boją się go jak dia­beł świę­co­nej wody?

Odpo­wiedź nasu­wa się sama. Wybór.

Małżeństwo jest ofiarą

Z mojej per­spek­ty­wy, nie­ide­al­ne­go kato­li­ka, mał­żeń­stwo jest pie­cząt­ką doj­rza­ło­ści na papie­rze miło­ści. To decy­zja na całe życie. Wybie­rasz oso­bę, któ­rej ofia­ru­jesz sie­bie, z wszyst­ki­mi zale­ta­mi i wada­mi. Dzie­lisz się sobą, tak­że w swo­im inte­re­sie, bo Two­ja połów­ka to Two­ja inwe­sty­cja dłu­go­ter­mi­no­wa. Zyski będziesz zbie­rał całe życie.

Zro­zu­mia­łem, że kon­ku­bi­nat to nie jest żad­na inwe­sty­cja, dla­te­go zde­cy­do­wa­łem o swo­im mał­żeń­stwie. Zwią­zek nie­for­mal­ny jest wła­śnie takim związ­kiem luź­nym, w któ­rym nie­ko­niecz­nie naj­waż­niej­szy jest dru­gi czło­wiek, bo istot­niej­sza sta­je się wol­ność, moż­li­wość "wyswo­bo­dze­nia się" z takie­go ukła­du. "Jeste­śmy razem, ale bez zobo­wią­zań". To roz­wią­za­nie jest po pro­stu łatwiej­sze, ale czy lep­sze? Każ­dy musi sobie odpo­wie­dzieć sam.

Dłu­go wal­czy­łem ze sobą, bo bałem się tego, co będzie dalej. Nadal prze­cież poja­wia się strach, gdy myślę, co wyda­rzy się, gdy poja­wią się u mnie dzie­ci, gdy będą mię­dzy naszy­mi mał­żeń­ski­mi pro­ble­ma­mi prze­pla­tać się jesz­cze te typo­wo rodzin­ne. To prze­ra­ża­ją­ca myśl na ten moment, że mógł­bym nie dać sobie z rady z całą sytu­acją. Ale wte­dy myślę, że gor­sze przy­pad­ki niż ja potra­fi­ły, więc cze­mu i mnie mia­ło­by się nie udać? Czło­wiek jest zdol­ny do wie­lu poświę­ceń i cza­sem nie zda­je sobie spra­wy jak wiel­kie posia­da moż­li­wo­ści i zaso­by. One uru­cha­mia­ją się w sytu­acjach, gdy są potrzeb­ne. Wie­rzę w to i doświad­czam tego na co dzień, więc nie mam pod­staw, by myśleć, że nie spro­stam mał­żeń­skim wyzwa­niom. Chcę się z nimi wziąć za bary!

Mał­żeń­stwo jest dla odważ­nych, bo trze­ba mieć nie lada odwa­gę, by poświę­cić swo­je życie na wspól­ną dro­gę. Kon­ku­bi­nat zły nie jest, ale wyni­ka raczej z tchó­rzo­stwa, takie­go zdro­wo­roz­sąd­ko­we­go, potra­fią­ce­go sobie wytłu­ma­czyć, że tak jest "faj­nie". W mał­żeń­stwie nie zawsze jest "faj­nie". Gdy­by było, to nie potra­fi­li­by­śmy dostrze­gać zawar­tych w nim tajem­nic do odkry­cia. Nie da się budo­wać, ćwi­czyć, wzra­stać, jeśli nie chce się przy tym spo­cić, napra­co­wać i roz­wi­jać.

Mał­żeń­stwo jako insty­tu­cja jest tyl­ko papier­kiem. Mał­żeń­stwo jako decy­zja o wspól­nym życiu z jego wszyst­ki­mi kon­se­kwen­cja­mi jest wspa­nia­łą przy­go­dą. Mał­żeń­stwo nie jest prze­żyt­kiem. Jest naj­wyż­szą for­mą zaufa­nia, doj­rza­ło­ści, współ­ży­cia i bycia. Mam nadzie­ję, że wię­cej osób będzie pró­bo­wa­ło się świa­do­mie zmie­rzyć ze sobą w roli mał­żon­ka, bo bycie tyl­ko kon­ku­ben­tem i powo­ły­wa­nie się na zabo­bo­ny jako pod­sta­wę do nie for­ma­li­zo­wa­nia związ­ku jest po pro­stu nie­po­waż­ne.

Mał­żeń­stwo jest jed­nak czymś wię­cej niż dobrą zaba­wą na całe życie. To dwu­oso­bo­wy wago­nik z rol­ler­co­aste­ra, do któ­re­go wsia­da się, ale na poważ­nie.

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Share on LinkedIn0Tweet about this on Twitter