Konstruktywna krytyka nie istnieje

Konstruktywna krytyka nie istnieje

Kto lubi krytykę, ręka do góry! Ja nie lubię i śmiem twierdzić, że nikt za nią nie przepada. Posunę się jednak dalej – uważam, że nie ma tzw. konstruktywnej krytyki.

Jeśli choć raz zastanawiałeś się i chciałeś otworzyć buzię, by powiedzieć „żyjemy w czasach hejterów” i że „w naszych czasach trudno o konstruktywną krytykę”, przestrzegam Cię przed tym, co za chwilę przeczytasz. Może Cię te kilka słów zaboleć, więc dla własnego dobra – nie czytaj dalej.

Jednak chcesz? Dobrze, ale żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Dlaczego krytyka boli?

Krytyka boli, bo dotyka naszych najczulszych punktów. Jeśli uważasz się za kogoś odpornego na krytykę, wyprowadzam Cię z błędu – oszukujesz siebie. Masz słabości, a oceny bolą Cię tym bardziej, im mocniej chcesz je ukryć. Bo czy to nie jest taki nasz podstawowy mechanizm obronny? Chcemy być piękni, wspaniali, doskonali, odporni, silni, zdolni, niemożliwi. W dążeniu do absolutu zapominamy o podstawowej sprawie. Jesteśmy ludźmi i aby choć przez chwilę stawać się kimś lepszym wystarczy, że będziemy prawdziwi.

Maskowanie naszych wad i nieudolności ma krótkie nogi i jak każde kłamstwo – na dłuższym dystansie przegrywa bieg. Bo ukrywanie swojego dobrego samopoczucia przed zderzeniami z rzeczywistością jest słodkim, śmierdzącym komfortem, który powoduje wiotczenie mięśni umysłu, choroby ducha i w rezultacie prowadzi do dramatycznie niskiej kondycji psychiki człowieka. Troska o to, żeby zawsze było miło zwiastuje tragedię.

Wyobraź sobie, że taki skryty przed wszystkimi człowiek, oszukujący sam siebie, ma się zmierzyć z jakąkolwiek krytyką. Przecież już od początku nie ma szans i skazany jest na wybuchy agresji oraz traumy. Najsmutniejsze w całym zajściu jest to, że sam jest sobie winien. Nie ćwiczył i leniwie trwał w komforcie wiecznego dobrostanu, to w końcu nadszedł czas gorzkiej zapłaty. Krytyka nie przyjmuje gotówki, przelewów ani płatności kartą. Jej płaci się emocjami, a cenę ustalasz zawsze Ty, bo również Ty decydujesz o tym, czy krytyka jest konstruktywna.

To odbiorca krytyki czyni ją konstruktywną

Jeśli krytyka w jakikolwiek sposób Cię dotyka, to oznacza, że właśnie dowiedziałeś się, gdzie jest Twój czuły punkt. Przecież to logiczne! Gdyby Cię nie bolała, to przecież nie reagowałbyś aż tak emocjonalnie. Kiedy odczuwasz cierpienie zadawane przez krytykanta masz 2 wyjścia: podnieść gardę i zacząć się bronić, by po walce lizać celnie zadane rany lub wycofać się w siebie i przemyśleć, dlaczego zabolało, by wyciągnąć wnioski i dowiedzieć się więcej o sobie.

Nie muszę pisać, że większość z nas wybiera walkę, a później idzie opatrywać rany u przyjaciół, którzy przecież zawsze powinni w takich momentach wspierać i przywracać dobre samopoczucie. Niestety, to błędne koło, a przyjaciel, który „ratuje Cię” utwierdzając w fałszu, zdecydowanie nie jest godzien miana przyjaciela. Jeszcze gorzej będziesz się miał, gdy jesteś samotny, a z bliskimi nie zbudowałeś relacji opartej na prawdzie. Jak do nich pójść po pomoc? Nie ma szans, bo przecież oni myślą, że Ty zawsze sobie poradzisz, więc po co ich uświadamiać o Twoich ułomnościach.

„Ból, dół, dno, wodorosty. Nikt mnie nie rozumie. Wszyscy są źli. Świat jest do niczego.” Tak się zazwyczaj kończy udział w walkach na krytykę. To ponadprzeciętnie wyczerpujący „sport”.

„Konstruktywna krytyka”, w powszechnie utrwalonym znaczeniu, została wymyślona, abyśmy sobie jakoś radzili z następstwami mówienia prawdy. Przyzwyczajeni do formy wyrazu, która przecież musi być piękna, miła i zjadliwa, zapominamy o treści, stanowiącej o esencji krytyki. Jesteśmy za delikatni i zawsze chcemy czuć się ze sobą dobrze. Zbyt zawsze i zbyt dobrze.

Jeśli integralność naszego poczucia rewelacyjności, zwłaszcza jeśli jej poziom jest bardzo niski, zostanie naruszona – gryziemy, bronimy się, atakujemy. Dopiero po wyczerpaniu emocji jesteśmy w stanie ocenić czy gra była warta świeczki. Po fakcie myślimy „O, kurczę! Przecież on miał rację, a ja się tak bez sensu zdenerwowałem!”, ale żeby nadal chronić dobre samopoczucie, nie przepraszamy za swoje zachowanie. Nie dziękujemy też za szczerość, a w zamian zamykamy się w sobie uciekając tym samym przed ocaleniem siebie.

Co się stanie, jeśli zamiast walczyć – wycofamy się i spróbujemy zrozumieć dlaczego boli? Zacznie się proces czynienia krytyki konstruktywną. Zastanowisz się co CIEBIE tak bardzo zdenerwowało. Dojdziesz do tego, że TY masz z czymś problem. Uświadomisz sobie, że TY potrzebujesz się uporać ze SWOJĄ SŁABOŚCIĄ, a nie słowami czy ludźmi, którzy według Ciebie zadają Ci rany. Zaczniesz szukać rozwiązań, które z pomocą prawdy wyleczą Twoje niedoskonałości, bo tylko ona skutecznie unicestwia słabości.

To niewiarygodnie trudny proces, który prowadzi do realnej wolności. Twoje czułe punkty być może się nie zmienią, ale Ty się z nimi wreszcie zaprzyjaźnisz, a nawet je pokochasz. Mówi się czasem, że „w słabości siła”. Często te słowa są źle rozumiane, ale to niczyja wina, bo według mnie prawidłowo powiedzenie powinno brzmieć „w walce ze słabościami siła”. Nikogo nie dziwi, gdy kulturysta, który codziennie biega na siłownię i zdrowo się odżywia, ma wspaniałe mięśnie. Nikogo nie powinno dziwić, że codzienne zmaganie się ze swoimi niedoskonałościami w psychice i dostarczanie pozytywnych emocji-wzmocnień przez podyktowane dobrem działania, buduje u człowieka zdrowy, silny charakter. On nie będzie odporny na krytykę, ale stanie się gotowy ją przyjąć i jeszcze wyssać z niej wartości potrzebne do rozwoju, umacniania się i wzrastania. Mocne charaktery często oparte są właśnie na umiejętności recyklingu. Śmieszne, ale prawdziwe.

Choć to niełatwe – jestem żywym przykładem, że możliwe. Przede mną długa droga, ale aktualnie jestem szczęśliwy tą świadomością, która się we mnie ugruntowała i dlatego tak chętnie się nią dzielę. Inaczej nie miałbyś co czytać, a tymczasem przetrwałeś.

Gratulacje! Czyli do następnego?

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+3Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Ciekawie to przedstawiłeś, i w zasadzie przyznaję Ci rację, mimo że do dziś myślałam, że krytykuję konstruktywnie, a nie krytykowany konstruktywnie to odbiera (lub nie). Moje samopoczucie nie powinno zależeć od opini innych (typu „jesteś idiotą”), bo jeśli nie jestem, nie dotyka mnie to. Jeśli jestem, przeżyję szok i pójdę nad tym popracować :)

    Ale dodałabym tu kilka rzeczy.
    * po pierwsze – jeśli zależy mi, żeby krytykowany przyjął moją krytykę – muszę mu pokazać, że zależy mi na jego Dobru. Jeśli zamiast troski i miłości, zobaczy tylko pouczanie i chęć przeforsowania mojego zdania – to jeśli nawet chwilowo ulegnie, na dłuższą metę zleje moją krytykę. I to nie dlatego, że sam ma problem z odbiorem, tylko dlatego, że nie ufa mojemu zdaniu :)

    • Ania, witaj na blogu :)

      Druga część komentarza to wspaniałe uzupełnienie mojej muszkieciny. Dziękuję Ci za ten komentarz!

  • Myślę, że konstruktywna krytyka jest tak naprawdę lekkimi uwagami które pomagają nam coś ulepszyć hejt to już coś innego to czysta krytyka lub niezgodzenie się z czymś. Nie można też wiecznie być miłym i przyjemnym, przecież trzeba czasem komuś dać kopa żeby ruszył na przód.

    • Ola, proponuję jednak, abyś dokładniej przeczytała moją muszkiecinę :)

      Dawanie kopa raczej łamie psychikę, zamiast ją wzmacniać. Później wiele godzin trzeba nad sobą pracować, aby posklejać tę rozbitą szklankę.

      Pozytywny kop mentalny to co innego i oparty jest raczej na motywacji pozytywnej. Czy o to Ci chodziło?

  • Niby tak, ale nie do końca. Konstruktywna krytyka istnieje, ale musi mieć do tego warunki. i musi spełnić pewne założenia. Przede wszystkim konstruktywna krytyka nigdy nie może dotykać osoby – nie mówi czy ona jest zła czy dobra. Konstruktywna krytyka może istnieć tylko wobec pracy wykonanej przez daną osobę – bo jak wyobrażasz sobie pracę bez czegoś takiego? Zawsze wszystko jest dobrze? Nie, nie jest. Wtedy się mówi co jest źle i jak to poprawić – to jest konstruktywna krytyka. Może też dotyczyć zachowań (bo nie zawsze każdy się przecież dobrze zachowuje) czy reakcji.
    Owszem, konstruktywna krytyka istnieje i powinna istnieć bo żylibyśmy w świecie zadufanych w sobie dupków ;)

    • Bartek, wytłumacz mi, bo nie do końca rozumiem. Jak chcesz sprawić, aby krytyka nie dotykała osoby? Skupiłeś się na krytyce w wymiarze pracy i tutaj rozumiem podejście, aby oceniać pracę, a nie osobę. Jest jedno ale – jeśli osoba jest autorem pracy, skrytykowanie jej wkładu zawsze zostanie odebrane personalnie i zaboli, zwłaszcza jak będą ku temu podstawy.

      I wracam do muszkieciny – tylko to, co z taką krytyką zrobi jej odbiorca może uczynić ją konstruktywną.

      Jeśli jednak brać pod uwagę Twoje ostatnie zdanie, to… zaczynam żyć w świecie zadufanych w sobie dupków. I w sumie całkiem mi z tym dobrze :)

      • I widzisz, właśnie o to chodzi – zdolny manager potrafi krytyką pokierować tak, by osoba nie poczuła się urażona, a zauważyła błędy, które w pracy popełniła. Krytyka połączona z tłumaczeniem i inspirowaniem nie atakuje osoby tylko pomaga się jej rozwijać.

        I uprzedzając zarzuty, że mówię czysto teoretycznie – nie, nie mówię czysto teoretycznie. Miałem do czynienia z takimi pracodawcami, wykładowcami i po prostu ludźmi :)

        • Manager może być nawet hiper-zdolny, ale on ciągle nie stoi po tej samej stronie, co krytykowany. Jeśli nawet jego krytyka połączona jest z tłumaczeniem i inspirowaniem, to aby to zostało przekute w konstruktywne, skuteczne działania – zależy od odbiorcy :) Mam wrażenie, że ciągle o tym zapominasz, a to też zdradza Twoją słabość. Hiper-odpowiedzialność, nawet za pracownika, który nie potrafi być odpowiedzialny za siebie.

          Nie uprzedzaj zarzutów – nic Ci nie zarzucam :)

          • W teorii Manager i Pracownik stoją po tej samej stronie – obaj budują coś, co daje im możliwość zarobku, Wzajemnie się uzupełniają itd. Oczywiście taki układ jest niemalże utopią, ale tak mówi teoria.
            A co do odbiorcy to albo odbiorca jest idiotą nie potrafiącym zrozumieć argumentacji, albo jest mądry by umieć z nią przynajmniej polemizować albo ją przyjąć zgłaszając swoje obiekcje. Tak ujmowana krytyka nie boli :)

          • Ależ przecież tak jest w teorii jak słusznie zauważyłeś. Nie zmienia to faktu, że w praktyce pracownik myśli jak pracownik, a manager… jak manager.

            Hmmm… Jeśli odbiorca nie potrafi zrozumieć krytyki, niekoniecznie jest od razu idiotą. Skąd ten wniosek? Coś ten Twój świat zbyt czarno-biały mi się wydaje :)

          • Obecnośc mocnych słów nie oznacza świat czarno-biały tylko mocne zdanie w pewnych sprawach, a w tym wypadku tak to widzę. Bo wybacz, ale nie potrafię inaczej nazwać osoby, która zacietrzewia się w swoim zdaniu nie zważając na to, co mówią inni.

          • Skoro nie potrafisz, to jest niestety Twoje ograniczenie. Mocne słowa, które nie umniejszają nikomu istnieją, tylko trzeba chcieć ich używać.

            Jak Ty to mówiłeś z tym managerem? Że zdolny manager potrafi krytyką pokierować tak, by osoba nie poczuła się urażona, a zauważyła błędy :)

          • Tak. Ale czasem trzeba też umieć na kogoś krzyknąć by wziął tyłek w troki i zaczął coś robić Konstruktywna krytyka nie zawsze działa.

            A co do ograniczenia w słownictwie – oczywiście, że mógłbym inaczej taką osobę nazwać. Ale po co? I tak do jednego się to sprowadza :)

          • Jeśli używasz krzyku, aby kogoś do czegoś „zachęcić”, to oznacza tylko jedno. Twoje polecenie nic dla niego nie znaczy, a to nie wynika z tego, że nie potrafi przyjąć „konstruktywnej krytyki”. Tylko z Twojej bezsilności, słabości i dlatego, że nie zbudowałeś poprawnie relacji z pracownikiem. On Cię zwyczajnie nie szanuje. Krzykiem chcesz ten szacunek do Ciebie i pracy wymusić? Życzę powodzenia :)

            Bartek, z całym szacunkiem do Ciebie :) Jeśli rzucasz tutaj teoriami menadżerskimi i mówisz coś o zdolnościach menadżera, a później wysyłasz totalnie sprzeczne z głoszonymi teoriami komunikaty, to powiem Ci, że… chyba nie chciałbym być Twoim pracownikiem, który prędzej czy później zostanie „sprowadzony do jednego”.

          • Serio muszę wracać do pryncypiów? No dobra, to zacznijmy od początku. Znasz coś takiego, jak metoda kija i marchewki? Marchewka to jest zachęcanie, dawanie czegoś w zamian za dobrą pracę, pokazywanie co jest ok. W to także włącza się konstruktywna krytyka.
            Kij natomiast to szeroko pojęte karanie, mówienie co się zrobiło źle, nakazywanie poprawy, a także krzyk – bo na niektórych to działa. Porównaj to z tym co wyżej napisąłem, popatrz na to i przyjmij jedną rzecz – nie mierz wszystkich swoją miarą. Na jednych działa marchewka, na innych kij, bo się przez to wezmą i na przekór pokażą, że moga lepiej. Tak to wygląda, tak to zostało stworzone i do tej pory to działa w różnych formach.

            Umiejętnością jest dopasować którą krytykę do kogo użyć. Dla Ciebie lepsza jest krytyka nie celująca w twoją osobę, ale ja wiem naprzykład, że wolę by ktoś mi dobitnie pokazał co zrobiłem źle niż głaskał po głowie mówiąc, że ‚mogę lepiej’. Dwa rodzaje osobowości, dwa różne podejścia.

            A co do ‚sprowadzenia do jednego’ – wypaczasz moją wypowiedź. Mówię tak tylko o osobach, które nie potrafią przyjąć jakiejkolwiek krytyki, co, obaj wiemy, w końcu zaczyna być błędne bo nikt nie jest nieomylny :)

          • Właśnie tą metodą niszczy się ludzką kreatywność i wartości nieodzowne do budowania prawdziwych i mocnych relacji w firmie. Spróbuj zamienić słowo „karanie” na konsekwencje (np. finansowe, choć są i łagodniejsze formy typu nagana), a „marchewka” – na zapłatę za dobrze wykonaną pracę, która nie ogranicza się tylko do pieniędzy. Wtedy zrozumiesz, gdzie popełniasz błąd w tym dosyć klasycznym, często spotykanym w firmach modelu, który niestety nie działa na dłuższą metę i jest źródłem obustronnej frustracji w dłuższej perspektywie.

            Nie da się „dopasować krytyki” do kogoś, bo Ty jesteś tylko jeden :) Jedyne, co możesz zrobić to zbudować team, opierając się na szczerości, uczciwości, kompetencji, otwartości i jasno określonych zasadach, które rozumieją wszyscy. Jeśli dla jednego pracownika będziesz „taki”, a dla drugiego „siaki”, to jak myślisz, co będzie jeśli oni dwaj ze sobą porozmawiają? Prosty proces, a wykrzacza na pierwszym zakręcie Twoje metody :) No chyba, że Ty nie chcesz budować zespołu na wartościach. Nie dziwię się wtedy, że często będziesz krzyczał :P

            Co do jakiejkolwiek krytyki – co to znaczy dla Ciebie, że ktoś w ogóle jej nie przyjmuje?

  • Kasia Koczułap

    Nie do końca się zgodzę z tym, że jedynie odbiorca czyni krytykę konstruktywną. Bo jeśli nadawca mówi: „twój tekst jest głupi”, zamiast to odbiorca nawet nadludzkim wysiłkiem, nie zrobi z tego krytyki konstruktywnej. Temu trzeba olać. I serio, można się nauczyć zlewać takie rzeczy, tak by czułego punktu nie dotykały.A jeśli ktoś mówi: „twój tekst mógłby być lepszy pod względem stylistycznym, motywów psychologicznych działania bohaterów”, etc, to wtedy krytyka jest konstruktywna i odbiorca może z niej coś wynieść. Więc będę obstawać przy tym, że nie nie wszystko zależy od odbiorcy i jednak konstruktywna krytyka istnieje. Jest też zresztą różnica pomiędzy: „jesteś idiota”, a „twoje zachowanie w tej sytuacji było idiotyczne”. Pierwsze to hejt, który dojrzałego człowieka nie uderzy w czuły punkt, drugie to konstruktywna krytyka, która zaboli i może popchnąć do zastanowienia nad sobą.

    :)

    • Kasia, jeśli musisz coś „zlewać”, to oznacza, że nie chcesz się z tym uporać. Jeśli ktoś powie mi, że któraś muszkiecina jest głupia, to zapytam go dlaczego tak uważa, w którym miejscu i spróbuję zrozumieć co ów człowiek chce mi powiedzieć.

      Stawiamy „krytyce konstruktywnej” pomniki, a tak naprawdę to chodzi tylko o tzw. krytykę zrozumiałą. To samo z „jesteś idiotą”. Jeśli ktoś tak mówi, to jeśli choć przez chwilę byłem idiotą, na pewno mnie to zaboli :)

      Hejt oparty jest na nienawiści i nie ma nic wspólnego z krytyką.

      • Kasia Koczułap

        Nie mogę się zgodzić :) Olewanie hejtu czy ataków personalnych nie świadczy o tym, że nie chcę sobie z nimi radzić, a o tym że one są niewarte mojej uwagi. Hejt i obraza w stylu: „jesteś idiotą” nie jest warta tego, abym zawiesiła na niej choć chwilę swojej uwagi. I to moim zdaniem swiadczy o dojrzałosci, szacunku do siebie i poczuciu wlasnej wartosci.

        Jeśli ktoś chce dac mi do rozumienia, ze coś mu się nie podoba, coś robię nie tak, moze uzyc innych słow. Zamiast „jestes idiota”, moze powiedziec: „zachowałas się w tej i w tej sytuacji idiotycznie”. Wtedy zapytam „dlaczego”, przemysle i wezmę to do siebie. Ja nie jestem idiotka i jesli ktos mowi tak do mnie, to mnie nie zaboli i nie wezme tego do Ciebie. :) Bo wiem, ze to nieprawda. Moge sie głupio i idiotycznie zachowac czase, ale nie jestem idiotka. Proste. Dlatego w wyrazaniu krytyki jest zasadnicza róznica.

        Ty byś pytał, a ja nawet nie chce rozmawiac z kims, kto ze swojego piedestału, pozycji autorytetu, wysokiego C i przekonania o swojej zajebistosci, lekko i radosnie stwierdza, że ktoś inny jest idiotą.

        • Kasia, jak na dłoni widać Twoją słabość, a jest nią forma. Jeśli dla Ciebie uwłaczająca jest forma, to nawet krytyka, która jest oparta na faktach, ale powiedziana mocniejszymi słowami – będzie Cię boleć.

          Dlaczego uważasz, że jeśli ktoś mówi do Ciebie „Ty idiotko”, to odnosi się od razu z piedestału, pozycji autorytetu?

          • Kasia Koczułap

            Nie. Krytyka powiedziana mocnymi słowami, która nie obraża mnie jako osoby, ale mowi coś niefajnego o moim zachowaniu/pracy/etc mnie nie boli. „Zachowałaś się jak skonczona kretynka” mnie nie obrazi, „Zachowałąś się c*ujowo* w ten sytuacji” mnie nie zaboli. „Jesteś kretyną” „Jestem c*ujem” mnie obraza, obraza mnie jako osobę i nie jest warte mojego zainteresowanie -> nie boli mnie.

            Dlatego, że wskaz mi choć jedną osobę na swiecie, która jest na tyle idealna, ze ma prawo obrazac kogos takimi kategorycznymi sadami? Kto się czuje na tyle wielki, że czuje prawo by innych od idiotów czy tam inaczej wyzywać, nie zasługuje na miejsce w moim swiecie -> jego słowa mnie nie bolą.

          • Jeśli ktoś zachowuje się jak ostatni kretyn, to nie jest przypadkiem postrzegany jak kretyn? :) Skupiasz się na formie i na krytykującym, a ja właśnie proponuję inne podejście – od strony krytykowanego. Spójrz na krytykę jak na coś syntetycznego, gdzie forma nie jest istotna, a treść właśnie.

            Ciągle mówisz o kimś większym, doskonałym, piedestałach, tak jakbyś właśnie chciała powiedzieć, że tylko „Ci wielcy mają prawo”. Rozumiem, że Tobie się to może nie podobać i ktoś nie zasługuje na miejsce w Twoim świecie, ale nie wiem, czy to wynika z szacunku do siebie, czy z pogardy do „tych większych”.

          • Kasia Koczułap

            Mam wrażenie, że się nie rozumiemy. :) „Jesteś kretynem”, a „Zochowałeś się jak kretyn, bo…”, to jest treść. I jest to treść RÓZNA. Pierwsze mnie obraza, jako człowieka, drugie pozwala zastanowić się nad błedami. Pierwsze jest hejtem, drugie konstruktywną krytyką. Pierwsze się zlewa, i nie boli; drugie boli, drugiemu się poświeca uwagę.

            Ja chcę powiedzieć tyle, że nie ma takich ludzi, którzy mieliby prawo nazywać innych idiotami, kretynami, etc. Bez względu na to, jak wielcy są.

          • Kasiu, nie rozumiemy się, ale to mi w niczym nie przeszkadza. Rozumiem, co chcesz powiedzieć i rozumiem, że krytyka skierowana personalnie jest dla Ciebie hejtem, chamstwem, czymś, co trzeba zlewać, natomiast krytyka zjawiska, którego jesteś udziałem – jest krytyką, tą konstruktywną według Ciebie.

            Z tym, że moja muszkiecina właśnie mówi o tym, że nie ma czegoś takiego jak konstruktywna krytyka, więc Twoje założenia będą się kłócić z moimi i nie dojdziemy do porozumienia (nie mylić z „racją”).

            Inaczej widzę krytykę, ot co, ale każdy może ją widzieć jak chce tak naprawdę :) Nie zgodzę się jednak z tym, że konstruktywna krytyka istnieje, bo ona staje się taka, jeśli odbiorca podjął na jej podstawie konstruktywne działania. Forma jej wyrażania jest sprawą drugorzędną, choć zgadzam się, że istotną, ale tylko z punktu widzenia jej „zjadliwości”, a nie treści.

            W takim razie nie ma sensu, abyśmy wałkowali temat, bo to będzie absolutnie niekonstruktywne :)

  • Gab

    Granica między hejtem a krytyką leży w formie wypowiedzi osoby której coś się nie podoba i chce to wypowiedzieć. hejty to osoby wypowiadające się nie chcące dyskutować, a krytycy to Ci którzy tłumaczą dlaczego/czego tak a nie inaczej widzą daną rzecz. Masz racje, ze krytyka jest konstruktywna tylko i wyłądcznie wtedy jeśli odbiorca jej taką ją czymi. Ale już zupełnie innym przypadkiem jest walenie grochem o ścianę czyli osoby które po prostu nie myślą nad tym, że ktoś je krytykuje nie bez powodu i może jest w tym ziarno prawdy. Ale oczywiście nie śmią się nawet nad tym zastanowić bo z góry zakłądają swoją racje. Amen. Pisała to ja, Gab, pokłócona z zadufaną w sobie przyjaciółką nieznosząca niczego co wiąże się z krytyką i wyrażeniem zdania innego niż jej.

    • Gab, nie zgodzę się z tym, że hejt i krytyka różnią się formą. Mogą brzmieć bardzo podobnie, ale mają inne podłoże. Hejt wyrasta z nienawiści (do świata, do innych, do siebie), natomiast krytyka – z troski.

      Co do walenia grochem o ścianę – zamknięta na argumenty osoba zaczyna się otwierać i rozumieć, gdy zostaje samotna. Bywa, że wtedy jest już za późno na relację, choć nie jest to regułą. Do zamkniętego… nawet Salomon nie naleje :)

  • Mnie zabolało, co powiedziałam wprost. Cholernie zabolało i cały czas boli, ale sama się o to prosiłam. Tę krytykę przyjęłam.

    Ale zastanawia mnie od pewnego czasu, gdzie leży granica pomiędzy krytyką, a zwykłym hejterstwem. Bo weźmy sytuację, kiedy blogerce modowej wytyka się, że ma krzywe zęby. Albo za grube nogi. Teoretycznie ktoś, kto jest nadawcą tego komunikatu, może mieć dobre intencje. Może chcieć powiedzieć: „aparat na zęby sprawi, że będziesz jeszcze ładniejsza. Szczuplejsze nogi dodadzą Ci urody i na pewno poczujesz się dzięki temu lepiej”. Tylko czy jest to krytyka, czy hejt? A może krytyka powinna odnosić się tylko do charakteru i zachowania, bo ta dotycząca wyglądu jest po prostu w złym tonie i świadczy o braku kultury i wyczucia? Co w ogóle daje nam prawo do krytykowania innych ludzi? Często łapię się na tym, gdy próbuję walczyć o zdrowe odżywianie u dzieci. Kiedy rzeczowymi argumentami próbuję udowodnić, że karmienie rocznego dziecka frytkami i plackami ziemniaczanymi to nie jest dobry pomysł, dotyka mnie zarzut o hejterstwo i o to, że nie mam prawa się wtrącać. Kiedy zwracam uwagę, że jakaś blogerka obraża swoich czytelników i zachowuje się niegrzecznie, dostaję bana. Więc czy to w porządku, że przyznajemy sobie prawo do krytyki?

    • Przede wszystkim, jak ktoś faktycznie ma krzywe zęby to jest tego doskonale świadomy. Jeśli ktoś publicznie mu wygranie ten fakt, jest hejterem, jeśli prywatnie, nie, bo go nie ośmieszy przed światem.

      • Tylko właściwie po co mówić komuś coś, o czym doskonale wie? Gdy byłam otyła, mówiono mi: „jesteś gruba”, zupełnie jakbym nie żyła z tą świadomością przez 24h na dobę. To brzmi jak zarzut :)
        Chwilę temu czytałam tekst na blogu parentingowym. Babka mocno się frustruje, że ktoś uznał fakt oddania przez nią dziecko do żłobka i jednoczesne pozostanie w domu za lenistwo. Pojawił się anonimowy komentarz, że może ta kobieta faktycznie ma z tym problem, skoro pisze o tym na blogu i próbuje się bronić. Zarzut? Komentujący to hejter.

        • Agnieszka, spójrz, że te słowa bolały najbardziej Ciebie. Bo to były zarzuty podparte przykrymi realiami, skoro byłaś otyła i choć na pewno to nie jest podejście wspierające działania, to nikt nie ma obowiązku dbać o nasze dobre samopoczucie. Ktoś stwierdzał fakt, a Ty odbierałaś to jako krytykę, a ta okazała się jednak konstruktywna, skoro schudłaś poprzez pracę nad sobą :)

          Czy była potrzebna? Trudno mi oceniać, bo Ty sama to wiesz najlepiej. Na pewno nie był to łatwy czas, ale jestem przekonany, że potrzebny, aby Ci coś uświadomić.

    • Ja z kolei nie wiem co to jest wyczucie i kultura, bo lubię mówić wprost, co myślę i czuję bez zbędnej kurtuazji. Czy to mój problem, że kogoś to boli? Nie mój. Ale znowuż jestem człowiekiem i mam empatię – nie chcę, aby ktokolwiek czuł się pokrzywdzony. Słowa przecież potrafią ranić, jeśli są zbyt ostre. Dlatego ważny jest jak zwykle złoty środek, czyli wyrażanie swoich opinii w zgodzie ze sobą, ale przedstawianie ich w sposób zrozumiały i stanowczy, nie krzywdzący uczuć drugiej osoby. Wtedy nawet te niepochlebne opinie, choć gorzkie, są smakowite :)

      Kto nam daje prawo do krytykowania innych? My sami sobie dajemy to prawo. Jeśli się z kimś przyjaźnisz, jeśli jesteś z kimś blisko, jeśli chcesz czyjegoś dobra – wspólnie możecie określić granice krytyki. Jeśli jednak pozwalasz sobie na bezpodstawne krytykowanie osoby, blogerki, kogokolwiek, kogo nawet nie znasz, to niby masz do tego prawo, ale moim zdaniem to strata czasu, energii i jednocześnie (co najcenniejsze!) utrata Twojej wiarygodności.

      Krytyka, aby była krytyką, powinna mieć podstawy, a te zazwyczaj opiera się na konkretnych argumentach. Jeśli ktoś Twoją troskę odbiera jako wtrącanie się – trudno. Z głupcem nie wygrasz, a uszczęśliwiając na siłę – wyrządzisz krzywdę i jemu, i sobie. Efekt – obustronna frustracja.

      Nasz świat ma jednego Zbawiciela – Chrystusa (oczywiście według mojej wiary). My sami nie zbawimy całego świata, więc chcąc być odpowiedzialnym za wszystkich błądzących – tracisz czas i Twoją cenną energię. Ja biorę przykład z… Boga. On nam proponuje swoje zasady i daje wolny wybór. Cierpi jak się od nich odwracamy, ale nie stawia nas przed faktem, nie krytykuje, bo robimy inaczej niż sobie dla nas wymyślił :) Jest cierpliwy, a Jego siła polega na tym, że nigdy nie rezygnuje z zachęcania do dobrych postaw i działań. Nie robi tego na siłę.

      Uczę się więc od najlepszych :) I Ciebie też zachęcam!

  • „Integralność naszego poczucia rewelacyjności” – genialne :) To mi się właśnie teraz w życiu weryfikuje. Poprzez krytykę skierowaną w moją stronę, ale nie tylko. Zobaczymy co z tego będzie, ile zostanie, ile legnie w gruzach. Ale mam przeczucie, że wszystko co się dzieje, (nawet jeśli boli) jest jednak dobre. Są takie etapy w życiu, które nazywam „oczyszczającymi”. Jasne, ego się buntuje, chciałoby trwać w przyjemnej iluzji. Tylko że to jest stanie w miejscu (czyli tak naprawdę cofanie się).
    Dzięki za ten tekst, zwłaszcza druga część mocno mnie jakoś dotyka :)

    • Dziękuję Ci za ten piękny komentarz. Już nie pierwszy raz zdarza się nam skrzyżować myśli i mówić podobnym językiem, a to świadczy tylko o jednym – jest całe mnóstwo wrażliwych ludzi, którzy mogą swoją wrażliwością dzielić się z całym światem. Nie szukając zrozumienia. Ucząc i uświadamiając, że czujemy i widzimy więcej, więc możemy kształtować piękno emocji i pokazywać fantastyczne kolory naszego świata.

      Żyć świadomie. Tego Ci życzę, Margaritum (wybacz, ciągle nie mogę z Twoim Margaritum skojarzyć imienie, przepraszam).

      • Rzeczywiście, często dobrze się rozumiemy. Dlatego jakoś intuicyjnie wyczułam, że post ma znacznie głębsze dno.
        I nie ma za co :) Wymyśliłam sobie margaritum na potrzeby internetu, jako pochodną od imienia Małgorzata. Ale widzę, że to nie takie oczywiste :P
        Pozdrawiam!

  • Ja lubię krytykę, która jest podana wprost. Nie mówię, że nie pojawia się we mnie jakiś wewnętrzny bunt, bo ten pojawia się prawie u każdego. Ale o wiele bardziej lubię, gdy ktoś powie mi prosto z mostu, co zrobiłem źle, a nie próbuje do mnie dotrzeć za pomocą jakiejś kanapki. Jeśli coś spieprzyłem, to nie potrzebuję konstruktywnego komunikatu, a jasnego przekazu: spieprzyłeś, napraw. Wg mnie to kwestia przyjęcia odpowiedzialności za swoje czyny.

    • Andrzej, dziękuję za ten komentarz :) Bywa jednak, że człowiek jest za słaby, by przyjąć krytykę wprost. Ty masz do tego zdrowe podejście, bo od razu myślisz, że skoro coś się zepsuło, to trzeba naprawić. I to jest piękne, stary! Jest jednak mnóstwo ludzi, którzy widząc, że coś się zepsuło, mówią i myślą, że wszystko jest do niczego i szukają winnych.

      Jak napisałeś – to odpowiedzialność jest kluczem. Odpowiedzialność za siebie, a nie słowa innych.