Jazzująca Afryka Richarda Bony - płyta Bonafied

Jazzująca Afryka Richarda Bony - płyta Bonafied
Ocena4
  • Muzyka
  • Kreatywność
  • Technika
  • Wydanie

Richard Bona to muzyk wie­lo­wy­mia­ro­wy i nie­zwy­kle pla­stycz­ny, choć osa­dzo­ny w kon­kret­nej sty­li­sty­ce. Patrząc na jego doko­na­nia moż­na powie­dzieć, że był brzyd­kim kacząt­kiem, któ­re wyro­sło na pięk­ne­go łabę­dzia.

Osobiście i intymnie

To już dzie­wią­ta (siód­ma stu­dyj­na) pły­ta tego świet­ne­go muzy­ka, któ­rą zaty­tu­ło­wał Bona­fied. Z racji tego, że nie rozu­miem ani sło­wa w języ­ku douala, nie potra­fię oce­nić ile jest dobre­go tek­stu, a ile przy­jem­ne­go pitu-pitu. Z infor­ma­cji, któ­re na sucho moż­na prze­czy­tać w opi­sie wyni­ka, że to naj­bar­dziej oso­bi­sty krą­żek dedy­ko­wa­ny dziad­ko­wi i mamie Richar­da. Opi­so­wi moż­na wie­rzyć na sło­wo, ale aby się prze­ko­nać wystar­czy odtwo­rzyć pły­tę od począt­ku do koń­ca.

Bona­fied wpro­wa­dza od począt­ko­wych dźwię­ków bar­dzo spo­koj­ny, sto­no­wa­ny i aku­stycz­ny kli­mat. Uży­wa­łem słu­cha­wek na prze­mian z gło­śni­ka­mi i zasko­czy­ła mnie pre­cy­zja, z jaką zosta­ła nagra­na ta pły­ta. Sły­chać, że wyko­naw­cy to spraw­ni muzy­cy, a nawet mistrzo­wie w swo­im fachu. Wszyst­ko jest tak dopiesz­czo­ne, że miej­sca­mi bywa... sztucz­ne. Na szczę­ście Richard nad­ra­bia sub­tel­nym, emo­cjo­nal­nym i nie­spo­ty­ka­nie ser­decz­nym woka­lem. Nie­ste­ty, mimo szwaj­car­skiej pre­cy­zji i świet­nych woka­liz bra­ku­je tu inwen­cji twór­czej, zasko­cze­nia i powie­wu świe­żo­ści. Jest zbyt ład­nie. Ryt­my, któ­re na począt­ku odsłu­chu wyda­ją się gorą­ce i pory­wa­ją­ce do tań­ca, po trzech/​czterech utwo­rach zaczy­na­ją się nudzić. Są powta­rzal­ne, trans­u­ją­ce i pew­nie dla­te­go zamiast plą­sać po poko­ju, zasną­łem...

Polak nie zrozumie Afrykanina

Tro­chę wal­czy­łem ze sobą, by nie skrzyw­dzić tej pły­ty. Zauwa­ży­łem, że muzy­ki Bony, zwłasz­cza na tym wydaw­nic­twie nie powi­nie­nem odbie­rać "po pol­sku". Jako Pola­ko­wi, te powta­rza­ją­ce się moty­wy i cha­rak­te­ry­stycz­ne brzmie­nie sek­cji ryt­micz­nej, koja­rzą­cej się z afry­kań­ski­mi tań­ca­mi noc­ną porą przy roz­pa­lo­nym ogni­sku, mogą wyda­wać się nud­ne. To zupeł­nie inna kul­tu­ra i kli­ma­ty, któ­re dane było­by mi zro­zu­mieć, gdy­bym poje­chał do Afry­ki i przyj­rzał się im z bli­ska. Na razie nie­ste­ty sie­dzę w Kra­ko­wie, więc nic z tego - nie poczu­ję tej pły­ty. Żebym jed­nak miał czy­ste sumie­nie: na wyróż­nie­nie zasłu­gu­ją fra­zy Richar­da śpie­wa­ne w chór­kach. Abso­lut­nie wysma­ko­wa­ne i cie­płe, dla­te­go przy­ku­ły moją uwa­gę i pomo­gły prze­trwać do koń­ca pły­ty. To nie­zły krą­żek, ale dla spe­cy­ficz­ne­go odbior­cy. Jazz nie gra tu pierw­szych skrzy­piec, ale to wła­śnie dzię­ki nie­mu bra­ki w pomy­słach na muzy­kę są do znie­sie­nia.

Z przy­kro­ścią (bo spo­dzie­wa­łem się wię­cej) pole­cam odtwa­rzać tyl­ko przed snem.