Jak pisać, by chciało się czytać?

Jak pisać, by chciało się czytać?

Wbrew pozorom to nie będzie poradnik. Nie stawiam się w roli mentora, bo wiem, że jeszcze sporo pracy przede mną i choć piszę nieźle, to szlifu nigdy za wiele. Powiem za to, dlaczego chce mi się czytać, nawet jak nie mam na to ochoty.

Po pierwsze: pisz wiersze.

Na każdym kroku próbuje się nas nabić w butelkę. Jesteśmy zalewani reklamą, lokowaniem produktu, logotypami marek. Nie ma się co dziwić, bo żyjemy w konsumpcyjnym świecie, ale jego perfidia polega na tym, że mamy kupić za wszelką cenę, byle słupki w prognozach i realiach były zgodne.

Podobnież jest z pisaniem. Zamykam książkę, opuszczam artykuł, wyłączam bloga, w którym autor sili się na to, by mi coś sprzedać. Na siłę. Twierdzi, że mi to potrzebne, nieodzowne i do tego jedyne w swoim rodzaju. Tymczasem wolę, gdy zostawia się mi wybór, bo to ja decyduję. Czy zawsze wybieram najlepsze? Niekoniecznie, ale konsekwencje to już inna para butów.

Dlaczego zatem wiersz? Bo on daje wolność interpretacyjną. Im bardziej zaangażowany, podgryzający wnętrze, tym lepszy. Uwielbiam autorów, którzy tworzą, nieraz na bazie tego, co już było, nadając kolor i swój charakterystyczny sznyt. Nie lubię paszkwili bez smaku, kreowanych przez tfu!rców bez polotu, dla zabicia czasu i kanapek z hajsem. Największą radość sprawiają mi teksty, które płyną jak wspomniany wiersz, szemrzą jak strumyk, nie przeszkadzają moim myślom w swobodnym wpadaniu do głowy.

Po drugie: niedługie.

Przytłoczeni informacją, zalani formami bez treści, zmęczeni gonitwą, by zdążyć i wiedzieć, bo znać się na wszystkim wypada – mamy serdecznie dosyć. Jeśli długość członka nie ma wpływu na sukces przy zaspokajaniu kobiety, tak długość i dynamika tekstu przy zaspokajaniu czytelnika już ma. Dużo wcale nie znaczy dobrze, bo dobrze to znaczy wystarczająco. Nawet kota można zagłaskać. Podoba mi się, gdy autor używa ciekawego, kolorowego języka i nie boi się łamania konwencji. Zapowiada się interesująca podróż przez słowa i myśli od momentu, gdy czuję, że za chwilę będzie jakiś zwrot i coś się wydarzy, coś zmieni, nawet o 180 stopni. Wtedy autor ma moją uwagę.

Wiadomo jednak, że zbyt długie przeżywanie orgazmu mogłoby zabić, dlatego cenię sobie wykładanie kart na stół po kolei, niekoniecznie według klucza mocy: od dwójki do asa, ale ciągle z myślą o mnie – odbiorcy.

Po trzecie: niech nie plecie ecie-pecie.

Nie wyskakuj mi tu, smyku, z jakimś tępym pitu-pitu. W sumie nie muszę wyjaśniać. Nienawidzę pustostanów, a co za tym idzie – pustosłowia. Jeśli z tekstu nie wynika kompletnie nic, to przynajmniej formę powinien mieć ciekawą, abym nie musiał uznać, że właśnie straciłem mój cenny czas. Nie ufam ludziom, którzy nie wiedzą o czym piszą, nawet jeśli tylko teoretyzują. Wybaczam, gdy ktoś to zaznacza, ale po chwili stwierdzam: no co mi z tego, że się napocił, gdy i tak to nic nie dało?

Tak jak myli się efektywność z efektownością, tak często autorzy mylą treść z trociną. Mniej czasem znaczy więcej, więc lubię dostawać smakowity posiłek intelektualny, który ugotuje kucharz znający fach (ale także swoje ograniczenia). Trudno wymagać od tokarza, by malował obrazy jak Matejko. Niech pisze o tym, jak toczyć, bo to umie najlepiej. Zatem poważam autorów, którzy także poważają mnie, dając mi nie pitu-pitu, ale inteligentne szachu-matu.

To pisałem ja, niefachowiec w wielu calach (ponoć w każdym), życząc Wam udanego weekendu :)

photo credit: Yelnoc via photopin cc
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • „Do bez-tęsknoty i do bez-myślenia,
    Do tych, co mają tak za tak – nie za nie,
    Bez światło-cienia…
    Tęskno mi, Panie…”

    tak mi się skojarzyło automatycznie ;)

  • Świetny tekst! szczególnie zachwyciła mnie część o wierszu: wszędzie kładą do głowy, że tekst ma mieć jasny przekaz, że odbiorca ma wiedzieć, co z nim zrobić… a może czasem nasi odbiorcy nie są idiotami i można im zafundować trochę wolności o czytaniu, bez obawy o to, że coś źle zrozumieją?
    Sama mam problem z objętością: staram się, jak mogę.

  • Dla mnie pisanie „organiczne” jest tym najlepszym. Organiczne znaczy przymusowe. Piszesz, bo nie masz innego wyjścia, bo wylewa się z Ciebie i szarpie trzewia. Jak nie opróżnisz klatki piersiowej z tego narastającego ciśnienia, czujesz, że się rozpękniesz. To są perełki. Wszystko inne to warsztat. Czasem bardzo dobry i również porywający, ale nie ma tego czegoś.

  • Nie lubię pisać wierszy
    bo myśli próżno męczy
    dbanie o rymowanie
    Będzie i tak zapomniane…
    :) wiersze. Tak. Podoba mi się pomysł.
    Pozdrawiam.

  • Ja za to ostatnio doszłam do wniosku, że lubię czytać męskie blogi, tak Twój też, a babskie oglądać… Wy podejmujecie jakieś tematy i kawa na ławę, konkrety tak jak lubię. Za to na kobiecych blogach, jak się ktoś bierze za poważniejszy temat i po długości posta stwierdzam, czy będę czytać, czy nie. Jeśli jest zbyt długie, no to niestety, ale ja dziękuję. Wolę książki. Zresztą… bez czytania nie ma pisania ;)

  • Jest coś z tym pisaniem: czasami jest chęć pisania i brak słów do wyrażenia myśli; czasami chciałoby się dobrze napisać po lajki na fejsie; czasami słowo pisane jest nieodłącznym elementem pracy. Ale czytając Twoją notkę, uświadomiłam sobie, że słowo teraz jest wyjątkowo cenne.

    • Słowo jest tylko słowem, ale to wielkie zadanie dla autorów, by nadawać mu sens :)