Głodnego nakarmić

Głodnego nakarmić

Na chodniku, na dworcu, na rynku, pod sklepem. Spotykamy ich wszędzie. To ludzie, którzy wiecznie „potrzebują na chleb”.

Czekałem na przyjazd autobusu. Dworzec, jak to dworzec – pełno ludzi, krzątających się w poszukiwaniu swojego stanowiska, ciągnących za sobą wielkie torby, a wśród nich „oni” – poszukiwacze zamyślonych dusz, które przypadkiem mogą mieć te parę groszy na bułkę. Są dosyć charakterystyczni i widoczni pośród innych, ponieważ nigdzie się nie spieszą. Za to bacznie obserwują, przechadzając się niby od niechcenia po każdym zakątku dworca.

Miła, pogodna staruszka

Stałem, bo nie było gdzie usiąść i wyglądałem za autobusem, który za żadne skarby nie chciał pojawić się na horyzoncie. PolskieBusy są bardzo charakterystyczne, więc nie dałoby się ich nie zauważyć. Wtem! Podchodzi do mnie miła, sympatyczna staruszka w purpurowym wdzianku. Zadbana, ale bez przesadnego makijażu, w wydawałoby się nowym albo co najmniej czystym ubraniu.

Niech mi pan da pieniądze na coś do jedzenia. Bardzo proszę.

Jestem katolikiem i uczono mnie, że głodnego trzeba nakarmić. Moja noga jeszcze zbyt sprawna nie jest, a autobus z żoną na pokładzie mógł przyjechać w każdej chwili. Pomyślałem jednak, że skoro ta urocza staruszka jest głodna, to postaram się jej pomóc.

Dobrze. Chodźmy do sklepu, to kupię Pani bułkę lub co tam Pani będzie chciała.

Babcia spochmurniała. Miałem wrażenie, że w 2 sekundy wkurzyła się na mnie. Nie wiedziałem dlaczego, bo przecież chciała coś zjeść, a ja zaoferowałem pomoc. Może wolała kasę zamiast posiłku? Nie wionęło od niej alkoholem, więc teoretycznie już miałem wyciągnąć pieniądze i przełamać moją zasadę „Jesteś głodny? To Ci kupię, zjedz!”, gdy purpurowa starsza dama odwracając oczy w kierunku innego „źródła dochodu” rzekła:

Wiesz, ja chciałam drożdżówki kupić. O tam, w Awiteksie. To 500 metrów stąd.

Nie czekała na moją odpowiedź. Zostawiła mnie z lekko opadniętą szczęką i bez ceregieli podeszła do kolejnego chętnego do „pomocy”.

Na jakich zasadach pomagać?

Nie jestem Bóg wie jak zamożnym gościem. Nie wybudowałem jeszcze domu, nie spłodziłem syna, nie zasadziłem drzewa. Pracuję od kilkunastu lat i w ten sposób zarabiam pieniądze. Tych z kolei używam do zaspokajania potrzeb. Między innymi za nie kupuję chleb, bułki, masło, pomidory, szynkę, ser i inne produkty potrzebne do normalnego funkcjonowania.

Za każdym razem, gdy podchodzi do mnie „zwyczajnie wyglądający” człowiek, który mówi o swojej potrzebie, coś we mnie zgrzyta. W pierwszej chwili lustruję go, aby ocenić, czy chcę w ogóle z nim rozmawiać. W drugiej – wsłuchuję w jego mowę, bo mogę przy okazji wyłapać czy aby nie jest pod wpływem. W trzeciej – decyduję, co dalej, czyli czy pomagać.

I wtedy dylemat eskaluje. Bo ja kompletnie nie wiem komu pomagam i czy w ogóle o jakiejkolwiek pomocy można tu pomyśleć choć przez chwilę. Nie jestem w stanie sprawdzić czy pomagam głodnemu karmiąc go, bo jak widać na przykładzie purpurowej starszej pani – ona pogardziła moją bułką. Nie mam pewności czy czasem nie próbuję poprawić mojego samopoczucia, bo bułka prawie nic mnie nie kosztuje, a wewnętrzny Jarząbek jest zaspokojony i szczęśliwy.

Zazwyczaj nie ma problemu z decyzją, gdy podchodzi człowiek wyglądający na żula. Zniszczony życiem, alkoholem i nie dbający o higienę osobnik jest odrażający i odpycha na starcie nie tylko wyglądem, ale i zapachem. Jak jest miły i cedzi przez pozostałości po zębach jakiś wymyślony wierszyk „hej chłopaku, hej dziewczyno, rzuć złotówkę mi na wino”, to jeszcze możliwość wsparcia czasem przechodzi. Wiadomo przynajmniej w jakim celu zbiera fundusze, a że jest alkoholikiem, który potrzebuje alko do życia, to jak mu rzucę tę złotówkę to pomagam. Co będzie jak mu tej złotówki nie podaruję?

Po ludzku wydaje się niemożliwe porównać pana żula i moją przykładową purpurową babcię, którą z żulerią łączy tylko możliwość korzystania z tej samej dworcowej toalety. Mnie jednak wydaje się, że między tymi skrajnymi przypadkami jest zasadnicza różnica.

Żul jest szczery, babcia wykorzystuje mechanizm „porządnickiej”, a taką przecież z automatu należy szanować. Żul być może stracił żonę, a jego dorosłe dzieci wyrzuciły go z domu, po czym załamał się i odnalazł na dnie butelki. Babcia nie dorabia do emerytury – ona naciąga „na głód”, ale ma większe wymagania. Niespełnienie ich grozi pozostawieniem potencjalnego żywiciela w pełnej konsternacji i szukaniem innego naiwniaka. Żul miał marzenia i stał się utracjuszem bez przyszłości, za którego wybory odpowiada liczba procentów alkoholu w cieczy. Babcia jest nowym rodzajem businesswoman, wykorzystującej bez skrupułów zdrowe odruchy napotkanych „sponsorów”.

Babcia i żul też są ludźmi

Mogę tak spekulować w nieskończoność. W jakimś sensie rozumiem swoje odruchy i dylematy, ale jedno mnie wkurza w takich sytuacjach. Chodzi o potrzebę kontrolowania inwestycji swojej kasy. Żul ma się odwdzięczyć uśmiechem lub „dziękuję, uprzejmy panie”, a babcia ogromną radością ze spożywania drożdżówek z Awiteksu.

A przecież to wolni ludzie, którzy mogą decydować samodzielnie o tym, co zrobią z pozyskanymi funduszami.

Zazwyczaj sami chcemy decydować o tym, jak wydamy swoje uczciwie zarobione pieniądze. Czy żul lub babcia nie ma takiego prawa? Dlaczego to ja mam decydować za nich? To przykre, ale niezwykle częste. Ja też miewam taki dyskomfort i chcę zarabiać tyle pieniędzy, aby nie musieć zastanawiać się jak bardzo cenna jest moja złotówka. Chcę mieć możliwość kupowania drożdżówki babciom i dorzucania do wina żulom, jeśli jednym i drugim sprawi to przyjemność.

Nie mam prawa zabraniać żulowi się zapijać, a babci naciągać. Mam prawo decydować jedynie o swoich pieniądzach i sobie. Mam prawo wybierać mnie zamiast żula i babci, bo z bliźnim jest tak, że trzeba go traktować jak siebie samego. Jeśli ja nie będę szanował swoich pieniędzy i zasobów, to żul i babcia tym bardziej tego nie zrobią. Pomaganie im poprzez dofinansowanie ich zachcianek pozwala zaspokoić jedynie moją potrzebę bycia szlachetnym, a im wyrządza krzywdę, bo wartość takiego ruchu oprze się jedynie w głębokości mojego portfela, a nie serca.

Wartość jedzenia czy ubrania zostaje im przywrócona w sytuacji, gdy są używane. Babcia naje się bułką jeśli jest głodna, a żul dostanie nowe spodnie, gdy stare się zniszczą. W tym kontekście drożdżówka i alkohol są tylko fanaberią, ponieważ to nie one mogą rozprawić się z prawdziwym głodem, tym na normalne i godne życie. To zawsze jest decyzja żula i babci, na którą ja, sponsor, nie mam wpływu.

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+2Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Paulina Pięta – paPRyczka

    Dobrze, powiedziane. To wszystko zależy od podejścia. Na przykład ja uważam i znam z autopsji przypadki gdzie Ci ludzie naprawdę wyciągają ponad 300 zł dziennie! Rozumiecie??? 300 zł! Chciałabym mieć taką dniówkę. To jest pasożytnictwo i pójście na łatwiznę. Uważam, że osoba typu żul czy pani od drożdzówki mogą sobie znaleźć pracę jako opiekunka, zamiatacz liści, ochroniarz czy cokolwiek innego i zarobić na swoje życie.
    Po drugie czemu ja mam zapieprzać, harować, starać się całe życie a dana osoba przyjdzie i poprosi i ma. Każdy jest odpowiedzialny za swoje życie, kieruje nim i wybiera. Jeśli nie stać Cię na to, żeby iść do pracy tylko żerować to dla mnie jesteś pasożytem – po prostu.

    Inna sprawa, że wiele z tych osób, to wysyłane przez „bossów” króliczki, które tej kasy na oczy nie widzą.

    Kończąc ten jakże frustrujący temat ja nie daję kasy nikomu, mogę dać ofertę pracy, pomóc znaleźć pracę, ale nie będę poszerzać tego biznesu.

    • Paula, tu mam właśnie dylemat. Jeśli te pieniądze nie są ukradzione, to jak zaglądanie komuś do portfela. Nie wszyscy są pasożytami, ale fakt, że denerwują Ci, którzy żerują na współczuciu i na udawaniu zbitych piesków zarabiają krocie. To jest właśnie nieuczciwe w całej sytuacji. Jak napisała tutaj @magdanazimno:disqus – Ci ludzie niszczą w nas, przechodniach, ludzkie odruchy. Zniechęcają do pomagania tym rzeczywiście potrzebującym.

      Podoba mi się za to Twoje podejście do dawania im szansy na pracę. Dziękuję Ci za ten komentarz.

  • Ile razy chciałam pomóc w tym roku albo mężczyzna mój – ani razu nie trafiliśmy na osobę ‚głodną’. Nie chcieli nic poza pieniędzmi. ‚Nie z tego sklepu, tylko z Kauflanda, a to 10 km stąd’. Albo ‚mleko dla dziecka’ miało być nie z tej apteki, ale tej ‚pod domem, więc on weźmie kasę i kupi wracając’, jakby nie mógł wracać z mlekiem. Najgorsze jest to, że tacy ludzie zamykają tym, co mogliby pomóc, oczy na serio potrzebujących. Bo potem człowiek wątpi i już nie chce pomóc.

  • Kiedyś udało mi się zrobić takiej babci zakupy spożywcze. Zaczepiła mnie pod kościołem, nie na dworcu, więc może to inny sort. Anyway, babcia babci nierówna, żul żulowi pewnie też :)
    Nie mam niestety żadnej gotowej metody postępowania w takich sytuacjach, zawsze czuję zakłopotana. Kiedy ktoś mnie o coś prosi, zazwyczaj nie ma czasu na dłuższe rozkminki, dużo zależy od tego jak komu z oczu patrzy. Czasem zwycięża zdrowy rozsądek, a czasem zwykłe współczucie.