Film „W imię…” – z księdzem pod rękę

Film „W imię…” – z księdzem pod rękę
Ocena4
  • Fabuła
  • Scenariusz
  • Gra aktorska
  • Zdjęcia
  • Muzyka

Kolejny polski film, który obala mit, że rodzime kino nie jest dobre. Polscy reżyserzy świetnie radzą sobie z dramatami. Sorry, taki mamy klimat, ale „W imię…” jest jednak czymś więcej niż tylko dramatem.

Historia pewnego księdza

Film bardzo szybko wprowadza nas w temat. Był sobie ksiądz Adam (Andrzej Chyra). Była sobie mała wioska. Była sobie trudna młodzież, której nikt nie dawał szansy, a którą ksiądz Adam wychowuje jak własne dzieci. Była sobie wiejska, ładna, niedoceniona, znudzona żona Ewa (Maja Ostaszewska) i był sobie jej mąż Michał (Łukasz Simlat). Były sobie problemy z przeszłości, których nawet stan duchowny nie potrafi zagłuszyć, a które budzi na powrót do życia tajemnica spowiedzi i przygody seksualne wychowanków ośrodka. Na koniec jest jeszcze chłopak troski najspecjalniejszej dla księdza Adama – Dynia (Mateusz Kościukiewicz).

Tak zaczyna się przepis na dramat małomiasteczkowego, pracowitego i zdolnego, oddanego posłudze duchownego.

Jakie słabości może mieć ksiądz?

Zadawałem sobie to pytanie przez cały film. Delikatność i emocjonalna wprawa, z jaką Małgorzata Szumowska kreśli nam historię księdza Adama, nie pozwalały oderwać oczu od ekranu. Mimo spokojnego tła, wspaniałych zdjęć i niezbyt wartkiej fabuły stajemy się na chwilę świadkami walki z góry przegranej. Może dlatego jest ona taka ciekawa i brutalnie fascynująca? Nie wiem, ale z każdą sceną przez głowę przebiegała myśl „jak to się skończy?”.

Jakie słabości może mieć ksiądz? Z punktu widzenia mężczyzny hetero – może mieć problem z masturbacją, pociągiem do kobiet, alkoholu i nadużywaniem swojego autorytetu w stosunku do wiernych. Gdyby jednak ksiądz okazał się homo lub bi – sprawa się komplikuje. Nie jest przecież możliwe, by facet homo wśród młodych mężczyzn wygrał ze sobą. No bo jak wygrać z naturą? Gdyby dodać do tego skłonności pedofilskie, czyli pociąg do dzieci – dramatom w posłudze takiego duchownego nie będzie końca.

Czy ksiądz Adam ma którykolwiek z wyżej wymienionych problemów? Możecie się łatwo przekonać, gdy obejrzycie „W imię…”.

Brak odpowiedzi na pytania

Film Szumowskiej nie odpowiada na pytania, za to lubuje się w ich zadawaniu. Widzimy człowieka z krwi i kości, pełnego żalu do siebie samego. Przyglądamy się z bliska chłopcom, którzy próbują się odnaleźć w swojej skomplikowanej rzeczywistości i poszukują autorytetu, wzorca. Mamy tu nawet subtelne nawiązanie do małżeńskiej rutyny i tragedii niezrozumienia w związku. Wszystko podane na kościelnej tacy, na którą każdy wrzuca swoje trzy grosze.

Czy to kino rozprawia się z mroczną stroną życia sakralnego? Nie, ale poddaje w wątpliwość prawdziwe powołanie i jego konsekwencje. To temat, zwłaszcza w Polsce, niełatwy, ale mimo wszystko świetnie ograny w filmie przez Chyrę, Simlata, Ostaszewską i Kościukiewicza. Do tego podawany widzom w przeszywającej ciszy, bo muzyki było tu naprawdę niewiele.

„W imię…” nie jest obrazem rewelacyjnym, ale solidnie odtworzoną i prawdopodobną rzeczywistością. Przy okazji bardzo odważną w katolickim kraju (wiem, że Polska niekoniecznie jest katolicka, ale nasze korzenie są katolickie, więc celowo używam takiego uproszczenia). Zawsze można było nakręcić ten film jeszcze lepiej, ale czy to jest potrzebne, aby zwrócić nasze oczy w kierunku problemu, który coraz głośniej krzyczy w twarz społeczeństwu?

Odpowiedź poznacie, gdy obejrzycie ten film.

Jeśli chcesz nabyć film „W imię…” – skorzystaj z oferty Empiku. W momencie, gdy dokonasz zakupu z podanego linku – ja otrzymam prowizję, więc ostatecznie Ty staniesz się posiadaczem filmu, a ja zarobię. Skorzystamy więc obydwoje, a ja będę Ci za to bardzo wdzięczny. Dziękuję!
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest3

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Dorota

    Film ogólnie na plus ale Szumowska symbolikę musiała tak wyłożyć łopatologicznie że jak ktoś się nie domyślał to jej nadmiarem dostał w ryj. Ot to cały minus ale Polskie kino często na to cierpi.

  • Kasia Koczułap

    A gdzie tam.
    To jest ten film, co mnie tak rozzłościł, bo tak bardzo zmarnowanego potencjału dawno nie widziałam! Irytująco i męcząco chaotyczny, PATETYCZNY DO BÓLU i z chamskim, nachalnym zakończeniem. Szumowska grała subtelnością, grała niedopowiedzeniami i na koniec to wszystko przekreśliła grubą krechą. Chyra i Kościukiewicz byli świetni, szkoda że nie mogli więc bardziej wykazać przez spartolony scenariusz i brak odpowiedniego kierowanie przez reżysera.

    Meh, 4/10. Zmarnowali coś, co mogło mieć moc.

    • A ja właśnie inaczej odbieram ten film. Nie wiem, gdzie znalazłaś ten patos, bo zupełnie nie było tu o nim mowy. Pięknie naiwny, nieidealny, ludzki – tak, ale patetyczny? Nie zgodzę się.
      „Nachalne zakończenie” według mnie jest tylko przerysowanym podsumowaniem zmagań oglądanych przez cały seans. Czy prawdopodobnym? Niekoniecznie, ale to taka mocna kropka nad i, która zupełnie nie przeszkadza. Nie wiem czemu większość tych, którzy obejrzeli odbierają je jako tanią prowokację. Według mnie ten „chwyt” był po to, aby właśnie przywalić widzowi na sam koniec, bo w ciągu wszystkich wydarzeń było aż za subtelnie.

      • Kasia Koczułap

        Patos był wszędzie. W tej naiwności, w tym jak ksiądz się zmaga ze sobą (te alkoholowe problemiki, te rozmowy na Skype, to bieganie, te msze, te żarliwe kazania) Ta cała delikatność Dyni, te spojrzenia, och matko, patos tu się wylewał z każdej sceny.

        No własnie mi nie przywalają w twarz tanie, prowokacyjne chwyty. Mi w twarz można przywalić niedosłownością. Gdy ma to uczucie: „o, cholera, co się własnie stało” i siedzę i się ruszyć nie mogę, to czuję się jakbym dostała w twarz. Gdy widzę taka scenę, to wywracam oczami i pod nosem szepczę dosadniejsze przekleństwo. Nie chodzi o prawdopodobieństwo czy nie tego zakończenia, ale o to, że było chamskie i nachalne. Jakby Szumowska stwierdziła: „a nic wam nie pokazałam, to teraz mam bombę, PATRZCIE, ha!”. Głupio zrobiła, bo popsuła wydźwięk na który film sobie pracował. Poza tym ten chaos scenariuszowy i fabularny, gash. Zmęczył mnie ten film, punkty zaczepienia były leciutko osadzone w historii i chwiały się w posadach.

        Ale cóż, każdy inaczej odbiera filmy i to jest piękne ;)

        • Mnie zmęczył z innego powodu i chaosu raczej nie wyłapałem. Może mamy też inne poczucie tzw. patosu. Niedosłowność to dla mnie niedosłowność, która zawsze pozwala na interpretację. Tutaj rzucono parę pytań, prowokacyjnie. Odpowiedzi nie ma, bo „dosłownie” nie wiemy przecież jak jest, co się dzieje pod czarną sukienką księdza, bo nikt tam nie zaglądał do tej pory. Szumowska to zrobiła, dlatego uważam ten film w jakimś sensie za przełomowy.