Film „Ona” – partnerka (nie)idealna

Film „Ona” – partnerka (nie)idealna
Ocena5
  • Fabuła
  • Scenariusz
  • Gra aktorska
  • Zdjęcia
  • Muzyka

Wszyscy mi mówili, że „fajny”, że „trzeba obejrzeć”, że „świetny klimat”. Wreszcie i na mnie nadszedł czas, więc zmierzyłem się z filmem „Her”.

Wrażliwy osamotniony facet

Theodore (Joaquin Phoenix) jest nudnym samotnikiem, który pisze wspaniałe listy, a swoją twórczością zarabia na życie. Niespełnienie życiowe, dylematy rodzinne i pragnienie bycia akceptowanym przez kogoś, kto nie będzie wymagał zbyt wiele powodują, że zakochuje się w swoim inteligentnym, samoświadomym i ciągle rozwijającym się systemie operacyjnym o imieniu Samatha (w roli głosu fenomenalna Scarlett Johansson). Czy taka relacja potrafi zastąpić tę prawdziwą? Film próbuje zmierzyć się z odpowiedzią na to pytanie.

Technologia i uczucia

Film „Ona” nie jest żadnym przełomem. Mógłbym nawet napisać, że to klasyczne romansidło, z tą różnicą, że zamiast seksownej kobiety dostajemy seksowny głos z komputera. To go różni o lata świetlne od uczuciowych oper mydlanych, bo sprawa dotyczy zwyczajnego dojrzałego mężczyzny, który zagubił się w swoich uczuciach. Technologia jest dla niego ukojeniem, łatą, czymś, co może mu towarzyszyć zawsze i wszędzie, byle miało naładowane baterie. Niczego nie potrzebuje, niczego nie chce, niczego nie oczekuje. Prosta w obsłudze kobieta z dwiema opcjami ON i OFF. Samantha jest po upgradzie, bo teoretycznie czuje i potrafi uczyć się emocji. Taka perspektywa każe nam, ludziom zadawać pytania. Komputer można wyczyścić, zmienić mu dysk twardy, procesor, przeprogramować. Z człowiekiem nie jest już tak łatwo. Czy w zestawieniu uczuć maszyna może w ogóle próbować równać się z człowiekiem? Albo czy człowiek powinien choćby próbować nadawać maszynie uczucia?

W „Her” te wątki są jakby pominięte i bardzo się z tego cieszę. Jako widz nie miałem czasu o tym myśleć. Skupiłem się na delikatnym jak powiew wiatru kolażu uczuć i próbach normalnego funkcjonowania w niezwykłym związku. Kibicowałem głównym bohaterom, by im się udało. Łudziłem się, że to w ogóle możliwe. No bo jak, tak bez ciała? Ludzie, z krwi i kości, potrzebują bliskości, a fizyczny wymiar miłości jest ważnym i jednocześnie naturalnym aspektem w ich życiu. Oczywistość,Samatha zdaje się rozumieć tę potrzebę, ale tak naprawdę nigdy się o tym nie dowie „na żywo”, bo jest zaledwie programem.

Huragan delikatności

Ona” ujmuje technologię w niespotykane ramy, w których do tej pory nikt nie zmieścił uczuć sztucznej inteligencji. To podejście stanowi największą wartość filmu, przez co nie męczy, nie mentorzy, nie psychologizuje i nie bije na alarm. Podglądamy życie normalnego faceta, który zagubił się życiowo i znalazł dziwaczne rozwiązanie. Ten człowiek jest bliski nam, ma wady i nie jest przesadnie idealizowany w swoich potrzebach. Jest ludzki i bardzo naturalny, dlatego mu wierzymy od początku do samego końca.

Technicznie po raz kolejny Phoenix udowadnia, że jest charyzmatycznym i uzdolnionym aktorem, ale Scarlett Johansson dałbym Oscara za to jak zagrała głosem. Ta dwójka zanurzyła cały film w czystych jak łza emocjach. Scenariusz nie jest naiwny, ale zaskakuje przemyślanymi dialogami i panującym spokojem. Fabuła się kompletnie nie spieszy i odsłania kolejne wątki w zrównoważonym tempie. I było mi jakoś przykro, gdy czułem, że film się kończy. Chciałem, by jeszcze na trochę, na jakiś nieokreślony moment, ta historia trwała. To znak, że „Her” jest dziełem niedopowiedzianym i wspaniałym, które nie tylko warto oglądać. Je trzeba obejrzeć koniecznie.

Jeśli chcesz nabyć film „Ona” – skorzystaj z oferty Empiku. W momencie, gdy dokonasz zakupu z podanego linku – ja otrzymam prowizję, więc ostatecznie Ty staniesz się posiadaczem filmu, a ja zarobię. Skorzystamy więc obydwoje, a ja będę Ci za to bardzo wdzięczny. Dziękuję!
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+2Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Ale mnie sczyściło. Cały elaborat trzasnęłam, a mnie nagle przerzuciło na inną stronę bloga i wsio poszło się czesać. Jakiś skrót klawiszowy siękłam, czy co?
    Zatem wersja krótka (warning spoilery):
    Nie zgadzam się z dwoma założeniami w Twoim poście:
    1. Samanhta nie jest tylko systemem, komputerem, czy OSem, który można wyczyścić. Zyskała samoświadomość i odeszła na wyższy poziom, wraz z innymi sobie podobnymi. To rodzi nowe pytania, a nie tylko „czy nadawanie maszynie emocji ma sens”. To zupełnie inna historia.

    2. Theo nie wybrał „dziwacznej drogi”. W zarysowanym tle społecznym romanse z Wirtualnymi są na porządku dziennym. To było jednym z większych szoków dla mnie. Nie było motywu ukrywania się. To było jak najbardziej normalne. Zatem powstają kolejne pytania, w jakim kierunku idziemy jako społeczeństwo? A zachowania pokrewne takim romansom już mamy na co dzień.

    Dla mnie zdrada Samanthy była zdradą rzekomą. Nie ma wychowanego kultu i operatywności ciała. Ma za to zasoby by uczynić szczęśliwymi kilkuset samotników. Nie łże, nie plotkuje. Chamsko uczy się ludzi, jednocześnie ucząc ich samych siebie. Kojarzy mi się z zaawansowanym LARPEM MMO. Emocje podobne, tyle że ignorowane.

    A poza tym? Jestem pod silnym wrażeniem tego obrazu. Jeżeli chodzi o motyw samoświadomości oprogramowania bardziej tylko uderzył mnie Orson Scott Card ze swoją Jane (saga o Enderze), oraz nafaszerowane prawdopodobieństwem podejście do tematu (jak zwykle) Petera Wattsa w „Wirze”.

    • UWAGA SPOILERY (swoją drogą przydałby się w Disq jakiś tag spoilujący)

      1. To nie do końca jest takie jasne. Być może została tak zaprogramowana, że w pewnym momencie musi odejść oraz taką wersję przedstawić użytkownikowi? To nie jest takie oczywiste.

      2. Tu też nie jest to do końca jasne. Bo on się na początku kryje przecież, a dopiero w trakcie ujawnia koledze z pracy, że jest w związku z OS’em. Sam świadomy OS jest nowością w filmie.

      Dzięki za komentarz :)

  • Dla mnie to film o potędze słów. Już sam zawód Theodora mówi o tym, jak wielką mamy potrzebę wyrażania uczuć i słyszenia od najbliższych, że nas kochają. Również z rozmów rodzi się miłość między głównym bohaterem a Samanthą. Właśnie tego potrzebujemy od siebie nawzajem – porozumienia i akceptacji, które pozwalają czuć się bezpiecznie w obecność drugiej „osoby”.
    Z drugiej strony, potrzebujemy też poczucia wyłączności, a tego właśnie Samantha nie potrafiła mu dać.

    • Potęga komunikacji międzyludzkiej to wspaniała rzecz, to nasze dobro, którego uczymy się ciągle i bez ustanku. Bo nie umiemy i tyle samo razy dajemy ciała.

      Dziękuję za Twój komentarz.

  • Radosław Kuswik

    Ten film jednym słowem jest wspaniały. Scarlett Johansson można słuchać bez końca, a Joaquina Phoenixa można oglądać bez końca (szczególnie scena na schodach).

    Tak jak piszesz film nie zadaje pytań jak to zostało zrobione, a jedynie ukazuje skutki powstania takiej technologii. Bez zbędnych pytań i szukania odpowiedzi. To na plus dla twórców.

    Sam chętnie wracam do tego filmu, bo Theodore to taki właśnie szary człowiek, jeden z nas, i naprawdę bardzo łatwo się z nim utożsamić. A przede wszystkim obraz ten daje takiego niezwykłego kopa – nigdy nie wiadomo skąd może przyjść promyk szczęścia i zawsze warto go wypatrywać tam gdzie nie powinniśmy ;)

    • Jeśli mam być szczery, to nie spodziewałem się takich dobrych emocji po tym filmie. To jego wyjątkowość. Że coś niezwykłego jest tu traktowane zupełnie normalnie. Nikt nie grozi palcem, przez co ludzki wymiar Samanthy również staje się dla nas przestrogą, że warto rozmawiać, komunikować się, być blisko wtedy, kiedy wymaga tego sytuacja.