Fajnie się czyta, fajnie się słucha, fajnie się ogląda

Fajnie się czyta, fajnie się słucha, fajnie się ogląda

Lubimy uproszczenia, ponieważ pomagają nam w kilku słowach wyrazić podziw i zachwyt. Problem pojawia się wtedy, gdy słowo, dźwięk i obraz zaczynamy określać już tylko jako FAJNE.

Subiektywne recenzje

Wiemy, że Tomek Tomczyk zwany Kominkiem wydał książkę, która obiegła nasz wirtualny świat. Cieszę się, że udaje mu się z powodzeniem realizować założony plan i kibicuję najmocniej jak tylko się da. Tomek, jaki jest, każdy czyta i jedni go kochają, drudzy nienawidzą, ale wydaje się, że wszyscy szanują, a już na pewno liczą się z jego zdaniem.

Gdy ukazała się książka BLOG. Pisz, kreuj, zarabiaj. zaczął się jakiś dziwny wyścig szczurów. Kto pierwszy przeczyta, kto pierwszy zrecenzuje, hurrrra!, mamy książkę o zarabianiu w blogosferze, łaaaaa! Tak, ja też się cieszyłem, że została wydana, ale jakoś nie podniecało mnie przeskanowanie jej w mgnieniu oka po to, by napisać fajna książka, napisana fajnym językiem, o fajnych rzeczach, fajne konkrety. Niestety większość recenzji BLOGa wygląda niemal tak samo z drobnymi zmianami kosmetycznymi. I to jest smutne.

Można inaczej

Zróbmy mały eksperyment. Wybrałem trzy recenzje, które przeczytałem od deski do deski i przedstawiam je dla porównania:

Postarajcie się je przeczytać, bez względu, czy Was interesuje tematyka. Gołym okiem widać różnicę.

Tyfon poszedł po linii najmniejszego oporu, ponieważ niewiele o tej książce dowiemy się z jego recenzji, a bardziej o osobistych niespełnionych pragnieniach oraz o tym, że Tomek naprawdę wie co mówi i jest wpływowy.

zwierza zdarzało mi się na początku czytać, ale w pewnym momencie nie mogłem znieść pisania w trzeciej osobie. Zmusiłem się jednak na potrzeby testu recenzji i… nie pożałowałem. Mimo tego, że tekst jest dłuuuuugi, to warto się z nim zapoznać dlatego, że zawiera przynajmniej próbę oceny BLOGa z punktu widzenia osoby sceptycznie nastawionej do postaci Tomka Tomczyka. Mamy tu analizę zawartości i odniesienie do realiów zwierza. Recenzja (wreszcie!) traktuje o książce, zawiera refleksje i poddaje pod wątpliwość zawarte w niej tezy. W skrócie – zwierz próbuje sam pomyśleć o swoich standardach blogowania i współpracach z firmami, a książka Kominka ją (tak, zwierz to kobieta) tylko do tego inspiruje.

Jeszcze inaczej jest w przypadku Maćka Budzicha (mediafun). Z przyjemnością czytałem wers po wersie jego analizę aktualnej sytuacji blogosfery oraz prognozy na przyszłość. Tutaj na pierwszym miejscu nie ma Kominka i jego knigi. Maciek rozprawia się z wieloma stwierdzeniami z książki Tomka, spogląda na nie z innej perspektywy (jakby nie było jest równie wpływowym blogerem). Próbuje ocenić na ile rady Tomka będą przydatne w przyszłości, na ile case’y przedstawione w BLOGu są aktualne i czy rzeczywiście standardy wypracowane przez jego autora rzeczywiście można (jeszcze) nazywać obowiązującymi normami.

Wcale nie musi być fajnie, nie powinno

Można pisać recenzje byle jak, sztampowo i powtarzać jak papuga oklepane stwierdzenia. Wtedy będzie tylko fajnie, niestety. Ja osobiście też mierzę się z materią subiektywnych opinii i eksperymentuję z formą. Po 3 miesiącach pisania i recenzowania głównie płyt oraz filmów powoli krystalizuje mi się mój osobisty schemat, który oczywiście co jakiś czas łamię. Niemniej staram się pisać tak, by nigdzie nie można było przeczytać takich tekstów jak u mnie. Czy jestem inny na siłę? Nie. Staram się być unikalny. Chcę, aby moja recenzja sklepała Cię po pysku, powiedziała Ci, że jesteś niewiele wart, jeśli nie zauważasz tego, co krzyczy, by być zauważone. Gdy spotkam złoto, opiszę na milion sposobów jego blask tak, że Cię oślepi i wtedy poczujesz jego moc.

Czy mi się to udaje? Sami oceńcie. Na pewno jednak chcę się uczyć i szukać takich form, które nie pozostawią wątpliwości, że coś jest dziadostwem, coś ma potencjał, ale nie jest dojrzałe, że coś jest owocem genialnego umysłu i zderzenie z nim zmieni Twój światopogląd. Czy narzucam swoje zdanie? Jasne, ale i zachęcam do dyskusji, więc dlaczego pojawia się kolejne nagminnie spotykane zjawisko (nie tylko u mnie). Brak komentarzy pod recenzjami. Dziwi mnie to, że notki są czytane, a (prawie) nikt nie komentuje, mimo tego, że wydawałoby się, iż często przesadzam z peanami lub nie wyczerpuję tematu do końca. Może powinienem próbować pisać inaczej? Odpowiedzi na to pytanie oczekiwałbym od Was, choć wiem, że piszę bardzo dobre recenzje i mam swoje zdanie na ich temat. Warto jednak porozmawiać o tym, co dla Was znaczy dobrze napisana opinia? Ona przecież nie zawsze musi być pozytywna i kształtująca światopogląd czytelnika. Powinna być przede wszystkim szczera, napisana prosto z serca, z uczuciem. Wtedy ma jakiś sens. W przeciwnym razie to będą tylko fajne literki, na fajnym blogu, fajnie napisane, fajnym prostym językiem, z fajnym zakończeniem. Takie tam recenzyjne blogowe fajansiarstwo.

photo credit: JD Hancock via photopin cc
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Czytałam kilka recenzji i powiem szczerze, że najbardziej zaintrygował mnie tekst Maćka.

    • Dlatego go podlinkowałem, bo Maciek naprawdę trafnie (to się jeszcze okaże!) przeanalizował bazę, od której wyszedł Kominek.

  • Recenzja inaczej – podejmuję. Staram się komentować recenzję jak inne teksty – jeśli tylko wiem, o czym mowa i mam coś do powiedzenia to chętnie się wcisnę z własnym zdaniem.

  • Częściej czytam i komentuje recenzje tych książek, które już przeczytałam. Wtedy jest pole do dyskusji, mogę dodać coś od siebie albo zauważyć, że autor tekstu wyłapał coś co ja pominęłam. No bo co napisać pod recenzją czegoś z czym się nie miało do czynienia? Że brzmi ciekawie i chyba przeczytam/obejrzę? Bullshit, i tak tego nie zrobię. Dlatego nie widzę sensu w komentowaniu czegoś czego nie widziałam, bo nic o tym nie wiem i mój komentarz byłby całkowicie bezwartościowy.

  • Pisałem o tym już na TT :). Brakuje mojego case’a (który pochwaliłeś!) recenzji koncertu na TT :). 140 znaków!

    Edit: Imo, ja lubię czytać recenzje. Czasami te krótkie, które zdradzają tylko o czym będzie film i nie mówią nic więcej, czy jest fajnie czy nie. Czasami sięgam po dłuższe analizy.

    • Żeby nie było, że Cię pominąłem :) Jasne, że recenzje też można pisać na TT, choć bardziej skłaniałbym się ku określeniu zachęty/zachętki. Na TT jest za mało znaków, by coś opisać, nie da się też za bardzo przekazać fabuły (dla filmów), ale najłatwiej ubrać w słowa uczucia i Ty to wczoraj zrobiłeś. Niestety… na koncert Fismolla nie dotarłem, a szkoda.

  • Dałeś do myślenia.

    (i tak, czuję się okropnie pisząc jedno zdanie komentarza, gdy inni piszą Ci całe akapity. I właśnie dlatego napisałam to poprzednie zdanie. I to też. ;))

  • matulumatulu

    Muszkieterze, postanowiłam skomentować, ponieważ sama „siedzę” w książkach od kilku lat, prowadzę m.in. blog recenzencki (choć wolę używać słowa „książkowy”) i obserwuję to, w jaki sposób ludzie o literaturze piszą. Nie twierdzę bynajmniej, że w temacie tym zjadłam wszystkie rozumy i że wiem, jak powinno się pisać, bo byłoby to duże nadużycie. Niemniej w swoim życiu popełniłam już ponad 250 opinii (znów nie użyję słowa „recenzja”) na temat książek najróżniejszych gatunków i mam świadomość, że to niełatwe zadanie i wielu ludzi (w tym także często ja, jestem o tym przekonana!) robi to w sposób nudny. Już jakiś czas temu zauważyłam, że najgorsze i najbardziej nudne są te opinie, które nie pokazują stosunku autora do recenzowanego dzieła. Często jest tak, że recenzent streszcza powieść i na końcu dodaje tylko dwa zdania od siebie. Nie ma w tym pasji, nie ma w tym emocji. Mnie również się to zdarza i choć próbuję z tym walczyć, nie zawsze się udaje, zwłaszcza gdy o książce napisać muszę (bo to egzemplarz recenzencki na przykład), a jest na przykład na tyle przeciętna, że najchętniej w ogóle bym o niej zapomniała. Wtedy w wielkich bólach piszę zdanie po zdaniu i cierpię :)))

    Ale załóżmy, że większość tych, którzy pisali o książce Tomka, robiła to z własnej woli, bo kupili, bo chcieli żeby przeczytał, itd. itp. Śmiem twierdzić, że duża część ludzi z tej grupy nie nawykła do pisania na temat literatury, więc tu akurat nie dziwiłabym się ubogiemu językowi i temu, że książka po prostu „jest fajna”. Także to, że ktoś pisze, nie oznacza zawsze, że jego język jest barwny, bo do tego trzeba również czytać :)) Coś może być fajne, ale zdecydowanie lepiej, gdy jest niesamowite, niezwykłe, oszałamiające, zapierające dech w piersiach, czy fenomenalne.

    A to zdanie jest moim dzisiejszym zdaniem dnia: „Gdy spo­tkam złoto, opi­szę na milion spo­so­bów jego blask tak, że Cię oślepi i wtedy poczu­jesz jego moc.”

    Pozdrawiam! :)

  • Król skromności widzę :)

    Po recenzje przychodzą dwa rodzaje czytelników bloga: ci, którzy już czytali daną książkę/obejrzeli dany film są skłonni dyskutować. Jeśli do tej pory nie miałeś komentarzy, widać zajmujesz się niszowymi dziełami kultury. Są też tacy, którzy przychodzą bo dana książka ich zainteresowała. Ale to jak mają skomentować taką recenzję? Bo w blogosferze książkowej nagminnie spotyka się komentarze: „Brzmi super, chyba się skuszę/To chyba nie dla mnie. Zapraszam do mnie!”. Naprawdę jesteś zainteresowany komentarzami takiej wartości?

    Sama piszę o popkulturze, więc rozumiem ból braku poczytności takich wpisów. Na moim blogu, który funkcjonuje mniej więcej od takiego samego czasu, co twój, największą popularność (poza wpisami o blogosferze, wiadomo) mają wpisy, w których jakieś dzieło krytykuję. Zdarzają się głosy sprzeciwu, głównie merytoryczne, choć spotykam się także z komentarzami typu: „typowa hejterka internetowa, bo krytykuje pisząc językiem potocznym”. To w ramach dygresji.

    Co do zwierza. Jestem ogromną fanką Kasi, bo od pierwszych słów każdej jej notki bije olbrzymia pasja. Widać, że ma fioła na punkcie popkultury i dzięki temu ma tylu zwolenników. Ja sama nie opuszczam ani jednego jej wpisu. Styl specyficzny, owszem, jednak jest to chyba najbardziej popularny blog o kulturze. Andrzeja nie liczę, bo o kulturze to on jednak pisze rzadko.

    I tak na marginesie: kurcze, naprawdę nie wiedziałeś, że zwierz to kobieta? Który facet pisałby w trzeciej osobie i określał się mianem „zwierza”? Brzmi jak zboczenie :)

    • O ironio Ty moja :) Cieszę się z tego głosu w sprawie. Nie mam zbyt wielu komentarzy pod recenzjami, ale nie ich obecność jest moim celem. Mam inne notki, które stawiają pytania, na które nie ma łatwych odpowiedzi i jeśli tak nie byłoby nikogo, to rzeczywiście miałbym się czym martwić ;) Nie potrzeba mi też shit-contentu typu „fajnie napisane” – naprawdę wiem, że fajnie napisałem, tylko chciałbym wiedzieć co się tam zaturlało w Twoim mózgu po przeczytaniu moich słów. Takie komentarze mnie interesują, choć łechtają ego. Łechtanie jednak to słabizna, wolę gdy ego szybuje pod sufitem, a to dzieje się tylko w ogniu komentarzy :)

      Nie wiem na ile zwierz jest popularny, ale potwierdzam również wartościowość jej tekstów. Niemniej nie mogę jej czytać, po prostu. Taka forma mi nie odpowiada, katuje mnie i odbiera całą przyjemność z analizy podejmowanego tematu.

      Na marginesie: ja wiedziałem od razu, ale niektórzy czytelnicy niekoniecznie, więc wolałem to zaznaczyć.

      • Też bym wolała żeby wszyscy się na moje teksty rzucali, ale co poradzić :) Wybrałam sobie taką blogową ścieżkę, bo to mnie interesuje, a że to droga trudna, żmudna i mało obiecująca – mówi się trudno. Najwyżej nie podbiję świata.

        Dobrze że masz dobre zdanie o własnych tekstach, to pcha do działania. W recenzjach tworów kultury, o których nie słyszałeś wcześniej, ciężko żeby coś się zaturlało w mózgu poza: „brzmi fajnie, pewnie jak wpadnie mi w ręce to poczytam”. Owszem, zdarza się że jakaś recenzja wpłynie na mózg, wyzwoli falę skojarzeń i niedającą się zwalczyć potrzebę podzielenia ze światem własnymi przemyśleniami. Jednak jest to sytuacja na tyle rzadka, że blogi stricte o kulturze nie cieszą się popularnością :) Z tego powodu dużo większą popularnością cieszą się wpisy, w których zestawia się jakieś dzieła razem lub też podsumowuje je w żartobliwy sposób. O dziwo, recenzje potrafią przyciągnąć też sporo czytelników. Przykładowo, na blogu Myszy: http://myszamovie.blogspot.com/2013/10/theres-something-about-carrie.html recenzja Carrie wygenerowała grubo ponad tysiąc wyświetleń w ciągu kilku dni. Jak na taką specyfikę recenzji i taką jej długość jest to wynik wręcz imponujący :) Ale widać rzeczowość i wpasowanie się z tematem przyciąga.

        Recenzje pełnią też dwie funkcje. W przypadku, gdy chcesz opowiedzieć o czymś, co wciąż leci w kinach, najlepiej zabrać się za to jak najwcześniej. Wtedy możesz liczyć może na mniejszą liczbę reakcji w pierwszej fazie, później może się zdarzyć, że ludzie po wizycie w kinie wrócą, by podzielić się wrażeniami. Jeśli nie zajmujesz się nowościami, zawsze z większym zainteresowaniem spotkasz się, wydając opinię na temat czegoś ogólnie znanego. Nie spotkasz się z wielkim zainteresowaniem recenzując „Światy Chrestomanciego”, ale już „Władcę Pierścieni” – owszem.

        • matulumatulu

          Ola, dobrze też wyglądają w statystykach recenzje bardzo intensywnie reklamowanych książek, pisane jeszcze przed ich premierą :)

          • O, to z pewnością, ty bardziej że cykl życia takiej książki w internecie to ledwie kilka tygodni. W obliczu tak wielkiego rynku wydawniczego i faktu, że teraz tak naprawdę każdy może książkę wydać, trzeba się z takimi recenzjami strzeszczać :) Ale ja jeszcze do takiego sukcesu blogowego jak propozycje współpracy nie doszłam.

          • matulumatulu

            Współprace recenzenckie to nie taki miodzik, jak może się wydawać :P

          • A jak to wygląda w Twoim przypadku? Ciekaw jestem.

          • matulumatulu

            A różnie :))) Czasami otrzymuję propozycję (tu najczęściej zwracają się do mnie agencje) zrecenzowania konkretnej książki, bo na przykład nadchodzi jej premiera, a sama książka jest bardzo głośna, ale przeważnie dostaję od wydawnictwa listę premier na dany miesiąc i wybieram to, co najbardziej mi pasuje tematycznie. Problem pojawia się wtedy, kiedy książki przychodzą z opóźnieniem i stos „do przeczytania” rośnie np. do dziesięciu książek, z czego połowa to własne. I na napisanie o tych własnych brakuje czasu, bo te od wydawnictw mają pierwszeństwo. Wtedy kiszka.

  • Recenzje to bardzo ciężki kawałek chleba. Głównie dlatego, że w recenzji nie powinny się znajdować informacje dotyczące treści samej w sobie, czyli nie może ona tłumaczyć, o czym jest książka. A często problemem recenzji jest to, że po ich przeczytaniu w zasadzie nie mamy ochoty wziąć tytuł do ręki, bo już wszystko o nim wiemy. Tak jest w przypadku filmów szczególnie, książek również, mniej w przypadku muzyki, która z natury jest trudnodefiniowalna.
    Ale jeśli już ktoś się bierze za recenzję, to musi zostawić pole do manewru dla czytelnika. Recenzja, niezależnie czy pozytywna czy negatywna, musi zostawić pole do zastanowienia, czy przypadkiem autor recenzji nie jest w błędzie. No chyba, że recenzujemy coś totalnie tragicznego. Ale po co wtedy recenzować? ;)

    • Też zastanawiałem się, czy dziadostwo też wypada recenzować. I wiesz co, myślę, że tak. Jak inaczej piętnować coś, co rzeczywiście jest kiepskie (a np. wielu się tym zachwyca, bo miliony much nie mogą się mylić). Mój dobry kumpel kiedyś prowadził audycję muzyczną w radiu. Prezentował muzykę głównie alternatywną z bardzo skromnym, ale autorskim komentarzem. Miał jedną z lepszych słuchalności, więc przyjrzałem się jak to robi. Paradoksalnie nie puszczał wszystkiego co mu się podoba, co było dobre. Pokazywał obraz muzyki, jej przekrój. Opisywał dlaczego jakaś droga zespołu wydaje mu się zła, niemniej sam zespół jest wartościowy. I wielu się z nim zgadzało, wielu nie, a czasem wręcz mówili – smęcisz :) Tak się jednak buduje społeczność słuchaczy, którzy mają otwarte uszy, niezamknięci na jeden gatunek, jedną drogę.

      • Pewnie. Pamiętasz sytuację w mediach z filmem ‚Kac Wawa’? Piętnował go każdy i podejrzewam, że przez to stał się tak popularny (negatywnie, ale jednak). Jeśli ktoś go nie widział, a będzie w TV, to pewnie ten film włączy – bo kiedyś słyszał, jak wielki to chłam.
        Czasem lepiej jest przemilczeć niektóre twory, bo nawet jak opiszemy, jak bardzo są złe, to często będzie to reklamą ;)
        A muzyka to, tak jak mówiłem, trochę inna bajka. Jeszcze bardziej subiektywna niż książka czy film, bo twory artystyczne z założenia mogą zawsze do kogoś trafić. O ile nie jest to żart pokroju zespołu Weekend, który trafił do zasmucająco wręcz dużej publiki. Kill me.

  • Recenzja recenzji, dobre ;) Moje zdanie na ten temat znasz – ja nie piszę recenzji, bo sam ich nie czytam. Nie piszę też dlatego, że moi czytelnicy nie przychodzą do mnie po recenzje. Tych jest pełno w sieci i wiele z nich jest napisanych przez osoby uznawane za autorytety, które jakiś wpływ na ludzi w tej materii mają. Poza tym, osobiście sam wolę wyrobić sobie zdanie czytając książkę czy oglądając film. I to może też być jednym z powodów braku komentarzy. A drugim jest – tak jak napisała Xez – brak możliwości odniesienia się do tematu i dyskusji z autorem recenzji.

  • Dlaczego komentarzy pod recenzją brak? Bo może akurat nie przeczytał jej nikt, kto mógłby się odnieść (nikt kto czytał, oglądał, słuchał). Bo może nie przeczytał jej nikt, kto miałby ochotę przeczytać, posłuchać, obejrzeć i potem się odnieść. Chcesz komentarzy pod recenzjami, recenzuj dzieła kultowe, takie, które wszyscy znają, nowości, które z miejsca okrzyknięte są hitami. Recenzuj superprodukcje, Miley Cyrus i Madonnę.
    Recenzja niekoniecznie jest po to, by z nią dyskutować. Jeśli ktoś zapamięta, w milczeniu pójdzie w świat i gdy kiedyś zobaczy okładkę, przypomni sobie recenzję i może się skusi.

    • Skoro ktoś czyta recenzję to według mnie albo chce się coś na temat dzieła dowiedzieć, czyli jest nim zainteresowany. Drugą grupę stanowią Ci, którzy z dziełem się zapoznali i mogą się nie zgadzać z moimi przemyśleniami. Skoro zatem ktoś czyta, by później nic z tym nie zrobić, to nie rozumiem po co czyta ;)
      Co do proponowanego przez Ciebie podejścia – nie zamierzam być Onetem, Gazetą czy Filmwebem, które nastawione są na masowego odbiorcę, zatem będą pisać o popularnych dziełach (niekoniecznie ‚kultowych’ – swoją drogą, co to znaczy?). Czy w ogóle to jest droga, by pisać o tym, o czym pisze każdy, by dotrzeć do mas? Masa zazwyczaj nie myśli i łyka to, co się jej podaje, bez pytania czy to dobre jest.

      Z jednym się zgadzam – recenzje nie zawsze są po to, by z nimi dyskutować.

      • A może ktoś czyta, bo akurat mu się nudzi, albo czyta dlatego, że to Ty napisałeś, bo akurat zajrzał, że jest coś nowego. Nie znasz motywów ludzi.
        Nie zachęcam Cię do pisania o superprodukcjach. Ot tak rzuciłam, bo to na pewno gwarantuje więcej komentarzy niż coś, o czym nikt nigdy nie słyszał, nie widział i nawet obok tego nie przechodził.

        • Wiem, rozumiem, jednak wtedy pisałbym „pod publiczkę”, a przecież nie o to chodzi :) Zresztą większość z komentujących ten tekst, w tym także Ty skupiła się na liczbie komentarzy, a przecież nie o to cho, Panie Dziejku. Porozmawiajmy o jakości recenzji, o tym jak mają wyglądać, jak je pisać, żeby trafiały. Analiza potencjalnego czytelnika jest potrzebna, ale jest jak wróżenie z fusów. Każdy jednak z czytających Muszkietera przeczytał co najmniej jedną (sic!) recenzję w życiu. Pytam o to, czy uznał ją za dobrą, a jeśli tak, do dlaczego? Nieważne, czy to tym myślał w czasie czytania, czy nie.

          • Skupiłam się na komentarzach, bo o nie zapytałeś :)
            Nie poczułam tak silnej potrzeby rozmawiania o jakości recenzji, bo wydało mi się to dość oczywiste. Sama czasem je piszę i życzyłabym sobie, by nie ograniczały się do „fajne było”. Nie wiem, na ile mi się udaje.
            Nie każdy potrafi napisać dobrą recenzję, a wielu chce po prostu pochwalić się, że coś oglądało, czytało…, więc pisze. Głupio napisać jedno zdanie z tytułem ;) więc piszą chociaż, że fajnie było.
            Słabe recenzje nie denerwują mnie tak bardzo jak recenzje ze spoilerami.

          • Recenzje ze spojlerami to kiszka jest. Nawet jeśli są jacyś masochiści, którzy mogą być odbiorcami takich tekstów, to powinno być jasno zaznaczone na samym początku recenzji, że zdradza treść.
            Sensownie zauważyłaś o tym fajansiarstwie na zasadzie pochwały „oo, czytałem, ooo, oglądałem”, ale dla mnie to shit-content. Jest prawie jak beknięcie po zjedzeniu dobrego hamburgera ;)

          • Spoilery to ciekawy temat. Wszystko przecież zależy od rodzaju recenzji i grupy docelowej odbiorców. Jeśli piszesz na temat czegoś niszowego i nowego, to wiadomo że trzeba tych szczegółów z fabuły zdradzać jak najmniej. Ale jeśli piszesz o Harry’m Potterze, i większość odbiorców Twojego bloga to dwudziestolatkowie, można przyjąć że większość ma lekturę za sobą. Na samym początku trzeba koniecznie napisać że spoiilery są, ale wtedy można dać upust swoim opiniom i napisać: „Jak ona mogła zabić X?!”. To przyciąga i wywołuje w odbiorcach większe emocje.