Efekt stadny

Efekt stadny

Nie było mnie chwilę, bo jak pisałem na fanpejdżu, w realu działo się w tym tygodniu dosyć sporo. Nie obyło się jednak bez obserwacji i wyplucia paru myśli w internetowy eter. Efekt? Właśnie go czytacie.

Odpoczynek od blogosfery i społecznościówek daje wspaniałe rezultaty. Zauważyłem jak wiele łączy światy wirtualny i realny (na nowo, znowu, jeszcze raz). Jednym z czynników, które istnieją w równym stopniu w internecie i realu jest efekt stadny.

Lubię wyrażać własne zdanie i nigdy nie bałem się tego robić. Bardzo szybko okazało się, że w większości przypadków, dzięki mojej bezpośredniości (którą niektórzy nazywają prostactwem lub, w maksie, prostolinijnością), potrafię zrazić do siebie wiele osób. Miałem etap, gdy przejmowałem się tym aż za bardzo. Pokłosiem tych doświadczeń jest choćby ten tekst, bo to nadal trochę boli, ale dziś jestem silniejszy i nie czuję potrzeby zaspokajania nieswoich oczekiwań. Nie przepraszam już za to, że żyję.

Doszedłem do momentu, w którym zrozumiałem, że myślę inaczej niż większość i zamiast uznać to za wadę, zaakceptowałem jako unikalną właściwość. Przywara w jednej krótkiej chwili stała się zaletą. Ileż musi być takich jak ja, niedoceniających swoje możliwości, blokujących je, by istnieć w stadzie? Z pewnością bardzo wielu i kibicuję im, aby potrafili wyrwać się z kajdan zależności od opinii innych ludzi.

Niezależność w wielu wypadkach oznacza samotność, a ona potrafi skutecznie odebrać chęć do bycia indywidualistą. Lubimy, gdy się nas lubi. Pytanie tylko, czy będziemy sami siebie lubić, jeśli w stadzie nie jesteśmy sobą, by być lubianym. Z doświadczenia wiem, że to droga do zniszczenia swojej tożsamości. Traktować siebie jak produkt, który należy dostosować do potrzeb klienta to znaczy odebrać sobie część człowieczeństwa, stanowiącą o wyjątkowości i wartości prawdziwego, świadomego życia. Człowiek nie jest produktem, choć coraz częściej próbuje się go wrzucić do worka pod nazwą „marka”. Personal branding stał się niemal religią, którą wyznaje mnóstwo nieświadomych swojej tragedii ludzi. Już jakiś czas temu wypisałem się z tego owczego pędu i zmieniłem kierunek na zwyczajność.

Czy zatem zwyczajność może być wyjątkowa? Oczywiście. Zwykłe emocje pojawiające się w różnych sytuacjach, generowanych przez normalne życie nie są przeżywane codziennie. Ciary na plecach na koncercie na żywo zawsze pojawiają się w momentach nie do przewidzenia. Gdy wokół leje deszcz, niebo ciska piorunami w ziemię i wydaje się, że nie ma szans na radość, czyjś słoneczny uśmiech i spokój w oczach daje poczucie bezpieczeństwa oraz świadomość, iż duch współodczuwania ma się dobrze. Zgoda na to, co przyniesie los, ale bycie przygotowanym na wysiłek – rzecz tak normalna, że swoją zwykłością może zabić – jest wspaniałym wyjątkowo zwyczajnym uczuciem. Niestadnym, choć przeżywanym w stadzie.

Powtarza się nam, że jesteśmy kowalami własnego losu. Nie zgadzam się. Jesteśmy kowalami własnych decyzji, bo tylko na nie mamy wpływ. Być jednostką w stadzie, czy jego przewodnikiem – to też wybór. Nie jest prosty, jak każda ważna decyzja, ale na szczęście zależy tylko ode mnie. Nie od stada.

photo credit: Vincepal via photopin cc
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+2Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Ja tam od podstawówki nie goniłam za stadem- może i byłam ‚za poważna na swój wiek’ a palenie i picie za szkołą uważałam za przejaw głupoty i towarzyskiej desperacji a dodatkowo miałam swoje zdanie na wiele tematów to jednak zazwyczaj byłam z tych cichych i szarych myszek (chyba,ze coś mnie wybitnie zbulwersowało). A teraz jak potrzeba to mogę i gruchnąć swoim zdaniem i od kilku dobrych lat mam to gdzieś co sobie ludzie pomyślą- zahartowałam się chyba ;)

    • Ja byłem zawsze z przodu. Nie bałem się wyrażać opinii, ale z czasem uznałem, że więcej na tym tracę niż zyskuję. Morał z tego taki, że w pewnym momencie przestałem głośno mówić, co tak naprawdę myślę. Ten czas na szczęście minął :)

  • Ola

    To jest straszne. Najgorsze dla mnie jest to, że za każdym razem gdy zrobie cos dla kogoś poświęcając swoje sprawy, wkurzam sie na siebie niemiłosiernie i postanawiam: następnym razem bedzie inaczej. Nigdy nie jest. Złoszczę sie jedynie, że dałam sie kolejny raz wykorzystać… Niestety chęć bycia dobrym dla reszty stada odbija sie na mojej psychice. A Ty w tak normalny sposób uswiadomiles mi, ze w pewnym momencie ockne sie i zdam sobie sprawę, że nie mam żadnej tożsamości, że poprostu siebie nie lubię! Chyba czas sie ocknac… I w końcu zauważyć, że da radę żyć inaczej…

    • Bardzo się cieszę, że uświadomiłaś sobie to bagno. W stadzie trzeba umieć żyć, ale nigdy swoim kosztem.

  • Kiedyś bardzo chciałam być lubiana. Najlepiej przez wszystkich. Nawet jeśli się z kimś nie zgadzałam, nie mówiłam tego wprost, tylko jakoś tak nieśmiało, niepewnie, żeby do siebie nie zrazić. Zwariować można było, więc dałam sobie spokój. Dorosłam chyba.

  • rozsądna

    Nigdy nie lubiłam tłumów i tak mi zostało, więc efekt stadny na mnie nie działa. Nie potrzebuję akceptacji innych, żeby być szczęśliwa, bo wystarczam sama sobie. Zabrzmiało strasznie, ale tak jest – staram się zawsze robić to, co uważam za słuszne, a nie coś, co może dogodzić czy spodobać się innym. I ani mnie ziębi ani grzeje, co inni o mnie sądzą.

    Ale nie jest też tak, że zrażam do siebie innych. Pochlebiam sobie, że jestem wystarczająco inteligentna, żeby unikać otwartej konfrontacji i obrażania innych, a mimo to przeprowadzić swoje plany i przekonać innych do ich realizacji. Doprowadzenie do konfliktu to ostateczność, gdy naprawdę nie widzę innego wyjścia, a nie chcę odpuścić, bo to ważne dla mnie.

    Uważam, że zawsze trzeba żyć w zgodzie z samym sobą, bo wtedy jesteśmy szczęśliwsi i czujemy się spełnieni.