Dzień dobry, mam na imię człowiek

Dzień dobry, mam na imię człowiek

Kończysz szkołę średnią i musisz zdecydować na jakie pójść studia. Masz 18, 19, może 20 lat i myślisz, że decydujesz właśnie o swoim losie, a przecież tak niewiele wiesz o życiu. Dlatego później przywiązujesz dużą wagę do tytułów, które nic nie znaczą.

Licencjat, magister, doktor, profesor, czyli wykształcenie

Lubujemy się w tytułach, które dają nam poczucie wyższości. Kto na sali ma ze trzy fakultety? O czym to świadczy? O tym, że nie mógł się zdecydować, czy może taka zdolniacha, że machnięcie trzech kierunków nie jest problemem? Każdy musi odpowiedzieć sobie sam na to pytanie, bo nie jestem żadnym arbitrem w temacie, zwłaszcza, że swój pierwszy tytuł związany ze studiami zdobyłem z wielkim bólem po dziesięciu latach z okładem.

Chyba problemem jest istota słowa wykształcenie. Teoretycznie studia mają nas wykształcić w danym kierunku. Tymczasem moim zdaniem brakuje im elementów kształtowania, wręcz mam wrażenie, że czasem to one właśnie deformują człowiecze odruchy. Uczymy się jak być najlepszym, jak kombinować, jak uciekać od odpowiedzialności, jak ściągać, jak wykorzystywać. Na koniec każemy sobie czapkować, bo mamy wykształcenie wyższe! Wychodzi więc na to, że w kwestii bycia człowiekiem ukształtowanym licencjat > magister > doktor > profesor, a powinno być przecież na odwrót.

Artysta, krytyk, publiczność, plebs, czyli określenie

Ostatnio na Ćwierkaczu padł cytat Oscara Wilde – „Powinnością krytyka jest edukowanie publiczności, powinnością artysty jest edukowanie krytyka.”. W pierwszej chwili pomyślałem: ależ mądre! W drugiej niestety stwierdziłem, że to kolejna kategoryzacja. Ktoś musi być artystą (czyli tworzącym), ktoś krytykiem (czyli oceniającym), ktoś publicznością (czyli odbierającym twórczość) i ktoś plebsem (czyli masą żyjącą na poziomie fizjologicznym).

Gdyby tak przemieszać role i założyć, że krytyk może być artystą, publiczność krytykiem, artysta plebsem, a plebs publicznością, to co się stanie z tym mądrym wynurzeniem znanego Oscara? Przestanie mieć sens. Jeśli drążyć dalej, to bardzo łatwo zrozumieć dlaczego go traci.

Dzień dobry, nazywam się człowiek

Oto cała istota tytułów, nazw, określeń. Są nic niewarte, bo są dla nas protezami, które pozwalają się dookreślić. Człowieka nie definiuje liczba fakultetów oraz poczucie, czy jest bardziej krytykiem, bardziej artystą, czy bardziej publicznością. Ważne jest, co zrobi z wiedzą, którą nabywa idąc przez życie oraz jak ukształtowały go doświadczenia (więc ich liczba też jest jakąś miarą). To taka prosta, a często zapominana prawda. Można się przecież uczyć całe życie i… pod koniec bytu nadal nie umieć i nie rozumieć kompletnie nic. Można wiedzieć mnóstwo o człowieku, pięknie go określać z pomocą kwiecistych mów, a nigdy nie doświadczyć prawdziwego humanitaryzmu.

Z pomocą przychodzi otwartość na każdego współdzielącego z Tobą powietrze. Najtrudniej być człowiekiem dla człowieka. Tytuły i dookreślenia w zderzeniu z organicznym poznaniem są bladym dymkiem, rozwiewanym przez nawet najsłabszy powiew człowieczeństwa. Nazwy są po to, byśmy potrafili się odróżnić. Wyróżnia nas zupełnie co innego.

photo credit: mikeyp2000 via photopin cc
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • „Nazwy są po to, byśmy potra­fili się odróż­nić. Wyróż­nia nas zupeł­nie co innego”. Oj tak. Podpisuję się rękami i nogami. I nieustannie zadaję sobie pytanie – ilu osób nie doceniliśmy, ile ciekawych znajomości przeleciało koło nosa, z ilu rzeczy sami zrezygnowaliśmy tylko z powodu „zaszufladkowania”? I nie tylko związanego z wykształceniem.

  • Słusznie, drogi Muszkeyu. Poza tym przez walkę o tytuł, byłeś nieobecny na Blog Experts – tego nie można zapomnieć.

    • Spoko, Marcin. Obecny byłem, ale duchem. Tytuł tytułem, ale przypominam, że jestem starym, zaśniedziałym studentem pracującym od wielu lat ;) Więc Ty mi tu nie imputuj, bo trzepnę w otwartej jak się na żywo zobaczymy.

  • „Najtrudniej być człowiekiem dla człowieka”. Jedno z mądrzejszych swierdzeń, jakie ostatnimi czasy przeczytałam.

    Tytuły jakie nosimy przed nazwiskami nie określą nas jako ludzi. Są, bo ludzie lubią się oceniać nawzajem. Licytować i wywyższać, jak zresztą napisałeś. Ja skończyłam swoją edukację, pełną pasji i miłości do zawodu, którego się uczyłam, kilka lat temu, a dziś poza prywatnymi zleceniami, studia te nie są mi tak naprawdę potrzebne. Pracuję w czym innym, spełniam się jako człowiek, mam ciągły kontakt z ludźmi, interesuję się milionem innych rzeczy, których automatycznie się uczę, a dzięki tej otwartości umiem i potrafię znacznie więcej, niż kiedyś, studiując. A w tym wszystkim co robię, i co stale mnie kształtuje, czuję się szczęśliwą osobą. Tytuł przed nazwiskiem tego nie zapewnia.

  • rozsądna

    „Problemem jest istota słowa wykształcenie”
    Dokładnie. Ja kończyłam studia w czasach, gdy uczelnie kształciły elity, a nie wszystkich chętnych. Musiałam przejść sito egzaminów wstępnych pisemnych i ustnych, i nikogo nie obchodziło, że maturę zdałam na samych piątkach – uczelnie miały własne kryteria odpowiednie do poszczególnych kierunków, które każdy kandydat musiał spełnić, jeśli chciał studiować na danej uczelni. Dzisiaj jak to wygląda każdy widzi.
    Nie robią na mnie wrażenia tytuły, sama mam jakieś, ale wiem, że to człowiek kryjący się za nimi jest ważny. Ilu jest profesorów, którzy w istocie niewiele sobą reprezentują, a ich zadufanie i pycha wołają o pomstę do nieba?
    Moja córka studiuje dwa kierunki dziennie na dwóch różnych uczelniach w Krakowie i daje sobie radę na tyle dobrze, że na obu przyznano jej stypendium naukowe. Jeden studiuje z rozsądku,a drugi z zamiłowania. Niestety realia są takie, że po niektórych kierunkach możliwość znalezienia zatrudnienia jest niemal zerowa. I potwierdziło się to także w przypadku mojej córki. W wakacje odbyła praktyki studenckie z obu kierunków. Po praktykach z kierunku wybranego z rozsądku od razu zaproponowano jej pracę na dogodnych dla niej warunkach (praca z domu, a w biurze wtedy, gdy to możliwe). Natomiast po praktykach z kierunku wybranego z zamiłowania usłyszała, że oni marzą o takich pracownikach, ale niestety teraz nie ma etatów, może jednak u nich pracować jako wolontariuszka – tylko, że tam już dwoje takich wolontariuszy pracowało od roku bez szans na zatrudnienie w dającym się przewidzieć terminie.
    Efekt jest taki, że przyjęła ofertę pracy, studiuje kierunek z rozsądku, na którym robi w tym roku licencjat, a na kierunku z zamiłowania wzięła dziekankę, żeby dać radę ze wszystkim. I w październiku wróci na kierunek z zamiłowania, bo mimo wszystko to z nim chce wiązać swoją przyszłość, jeśli tylko otworzy się taka możliwość.