Dlaczego beznadzieja jest spoko?

Dlaczego beznadzieja jest spoko?

Sobie tak w mojej gło­wi­nie uknu­łem, że spró­bu­ję odcza­ro­wać nie­któ­re poję­cia, zazwy­czaj koja­rzo­ne jako złe, a w rze­czy­wi­sto­ści takie złe nie są. Bez­na­dzie­ja to pierw­sze poję­cie, któ­re wezmę na kanał.

Byłem w wie­lu bez­na­dziej­nych sytu­acjach, serio. Może nie wyglą­dam, może nie piszę jak jakiś depre­syj­ny furiat, może nie pra­gnę milio­nów w ban­ku i dostat­ku, któ­rym się zwy­mio­tu­ję, taki będzie wiel­ki.

Chcę być sza­ry i zwy­kły, zna­czy pięk­ny. Sza­ry jako czło­wiek na zewnątrz, kolo­ro­wy jako czło­wiek w środ­ku i jak tyl­ko będzie ku temu oka­zja, poka­zać to, co w środ­ku na zewnątrz. To trud­na sztu­ka (czy w ogó­le moż­na to nazwać sztu­ką?), żeby być w zgo­dzie tu i tam, insi­de i out­si­de. Czy umiem? Nie mam zie­lo­ne­go poję­cia, ale wiem, że żyję w wie­lu sprzecz­no­ściach, co powo­du­je wewnętrz­ne napię­cia i nie­zgo­dy. Sta­ję się wte­dy agre­syw­ny i tra­tu­ję, nawet tych dobrych ludzi, któ­rych spo­ty­kam na swo­jej krę­tej dro­dze. Potrze­ba mi zmia­ny, ale tyle o mnie, poga­daj­my o Tobie.

Wyobraź sobie, że łapie Cię beznadzieja

Nie masz wybo­ru, nie masz żad­nych dróg awa­ryj­nych, np. psu­je Ci się samo­chód w poło­wie tra­sy, jesteś sam, pomoc dro­go­wa nie przy­jeż­dża już od co naj­mniej 2 godzin i powo­li tra­cisz nadzie­ję, że cokol­wiek może zmie­nić Twój los. Na doda­tek zaczął padać deszcz, więc z para­so­lem w jed­nej ręce, dru­gą pró­bu­jesz gme­rać w sil­ni­ku.

Pod­cho­dzi jeden facet i pyta o Twój samo­chód i zaga­ja, że miał podob­ny i też mu się psuł, ale już sprze­dał. Zapa­da zmrok, facet po cichu zni­ka, jesteś prze­mar­z­nię­ty i nie widać żad­nych per­spek­tyw na zmia­nę, choć­by pogo­dy. Nie możesz uru­cho­mić auta, bo to coś z sil­ni­kiem, więc nawet ogrze­wa­nie zawio­dło. Brrrrrrrrrrr.

W koń­cu poja­wia się dwóch dra­bów i pyta, co Ty wypra­wiasz na ich tere­nie. Jesteś prze­ra­żo­ny, bo nie masz nic w zana­drzu, żeby się bro­nić, jesteś prze­mar­z­nię­ty i ostat­nią rze­czą, o któ­rej chciał­byś myśleć jest wal­ka wręcz. Do tego ten prze­klę­ty samo­chód!

Beznadzieja, nie?

A ja byłem w podob­nej sytu­acji. Tych dwóch dra­bów zapa­li­ło po papie­ro­sie, popa­trzy­ło na moje bla­chy i na mnie, wsie­dli w swo­je auto i wró­ci­li z pomo­cą. Mia­łem flasz­kę dobre­go swo­ja­ka w bagaż­ni­ku, ale za nic w świe­cie nie chcie­li przy­jąć ani kasy, ani suwe­ni­ru. Bez­na­dziej­ne przy­pad­ki.

Bez­na­dzie­ja jest mat­ką wyna­laz­ków, mógł­bym napi­sać. Nie wyna­laz­ków takich pro­sto ze skle­pu lub spod igły fachow­ca. Wyna­leź­li mnie ludzie, sami, widząc moją bie­dę potrak­to­wa­li mnie jak trze­ba, jak się powin­no. Wnio­sek więc nasu­wa mi się tyl­ko jeden: nie ma takiej bez­na­dziei, z któ­rej nie wycho­dzi się z nadzie­ją. W koń­cu lepiej jak nie ma nikt takiej nadziei jak ja i tylu zmar­no­wa­nych lat.