Czym jest ten cholerny lifestyle?

Czym jest ten cholerny lifestyle?

W sieci jest mnóstwo blogów lifestyle’owych. Kilka obserwuję i cały czas próbuję zrozumieć ich fenomen oraz znaleźć odpowiedź na pytanie – czym jest ten cholerny lifestyle?

Uwaga!

Jeśli jesteś podatny na krytykę i jednocześnie piszesz bloga lifestyle’owego – ostrzegam, że czytasz na własną odpowiedzialność. 

Blogosfera cały czas ewoluuje i powiększa swoje pole. Coraz więcej osób chce pisać i dzielić się ze światem swoim… no właśnie. Czym? Tendencja jest dosyć przykra, bo mamy wysyp blogerów piszących wyłącznie o sobie i ich dramatycznie codziennym życiu.

Nie znajduję wyjaśnienia co to jest ten cały lifestyle. Od kilku miesięcy usilnie szukam odpowiedzi na to pytanie, zgłębiając przeróżne blogi, te bardziej i mniej znane. Jakby tak przełożyć znaczenie słowa na polski, to rozchodzi się o styl życia. Nadal nie wiem co to jest, bo w większości blogów lifestyle’owych tematom podejmowane przez ich autorów, pisząc delikatnie, stylu brakuje. Nie widzę nic podniecającego np. w opisywaniu barłogu na łóżku hotelowym, a i takie perełki się zdarzają.

Pokuszę się (jak zwykle) na filozofowanie, że może ja jestem za głupi na ten cały lifestyle i go zupełnie nie rozumiem. Do tej pory styl w ogólnym znaczeniu był dla mnie definicją smaku, gustu, jakości, unikalności. „Ten to ma styl” albo „To w jego stylu” określało raczej, że ktoś jest charakterystyczny, niekoniecznie niepowtarzalny, ale wobec niego nie przechodziło się obojętnie.

Wobec blogera lifestyle’owego można przejść obojętnie, bo nie pisze o niczym ciekawszym niż kotlet w bułce od McDonalda. Na dodatek wydaje mi się, że życie nie może mieć stylu. Jestem zwolennikiem określenia, że powinno mieć sens, a styl? On jakoś najbardziej kojarzy mi się z ubieraniem, ale żeby nikogo nie skrzywdzić, to można mieć również styl pisania, mówienia, grania, argumentowania. Nikogo jednak nie interesuje styl picia wody, jedzenia hamburgera, czy składania pościeli w hotelu. To są takie pierdoły, że czytanie o nich aż boli w oczy.

W sumie mogę nie czytać, ale czuję się częścią blogosfery i społecznie nastawiony fragment mojego charakteru każe mi gwałcić przeciętność krytyką. Wiadomo, że pisać może każdy i o wszystkim, ale trudno przymykać oko na to, że tak wiele osób się tym brandzluje. Nie wspominając już o markach, które idą na łatwiznę i przyjmują z przesadną pokorą dla statystyk ten cały lifestyle, prawie jak filozofię życia. Ta przecież nie wyrasta z pustki, a lifestyle… jest płytki jak woda po kostki. Polo TV ma największą oglądalność w Polsce, to znaczy, że disco polo ma jakiś sens, poza sprzedażowym? Hmmm… Może to właśnie o to chodzi! Lifestyle jest produktem, który ma sprzedawać, nie przynosząc żadnych dodatkowych wartości. Nadal nie wiem, tylko się tu głośno zastanawiam. Wy też możecie, w komentarzach.

Tymczasem wolę rzucać się na głęboką wodę, dlatego dziś dziękuję wszystkim blogerom nie-lifestylowym za wszelkie wartościowe teksty, którymi obdarzyli internet. Pośród nijakości i braku stylu to Wy właśnie jesteście jasnymi punktami blogerskiej mapy.

photo credit: thelearningcurvedotca via photopin cc
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Trafiłem tutaj szukając definicji ‚blog lifestylowy” bo właśnie się zastanawiałem, czy mogę swój blog przypisać do tej kategorii (jeśli będziesz chciał wejść, będę wdzięczny za Twoją opinię na ten temat: http://www.operator-paramedyk.pl). Za to bardzo spodobało mi się to, co napisałeś: że życie ma mieć sens, a nie styl. Myślę, że właśnie o to chodzi i blogi lifesense’owe to byłoby to:-).

  • Pingback: O vlogerstwie polskim. Część II: Ku zagładzie stylu – Strona Tytułowa()

  • Mnie to pojęcie wydaje się skomplikowane dlatego, że wprost przeciwnie, mnie trudno sobie wyobrazić życie bez stylu. Jak to: czy jeśli jem kanapkę z pomidorem w szlafroku od mamy, wokół nie ma ciętych kwiatów ani świec, tylko pałający niezdrowo serialem brudnawy ekran monitora, to znaczy, że to jest bez stylu? To ma jakieś cechy, to ma charakter i odróżnia mnie od innych: nawet, jeśli nie robię temu zdjęć. Pojęcie stylu odnosi się do łacińskiego stilus, czyli rylec. To ma dość niepokojące konotacje: po pierwsze z narzędziem (a może chwila refleksji nad tym, do czego go używamy?), po drugie, z czymś ostrym. Można sobie tym zrobić krzywdę.

    • Kolejny ciekawy komentarz. Dzięki, cieszko! Przy takim podejściu wszystko może mieć styl, czyli koło się zamyka, a ja powoli znajduję odpowiedź na pytanie. Aktualnie panujący w większości styl lajfstajlu na blogach po prostu nie pasuje do mojego thinstajlu ;)

  • Aż mnie podkusiłeś żeby założyć bloga lawstyle.pl z dopiskiem – najlepszy polski blog o stylu życia prawników.

    • O widzisz! Po cholerę jakaś tam praKreacja.

      • Aplikant radcowski w hotelowym barłogu, to byłoby coś! Kurka wodna, garnitur by się wymiętosił.

        • Idziesz w hardkor ;) Powinny to być co najmniej dwie nieogolone łydki wystające spod kołdry, zwiastujące pełną nagość. Na stoliku jakaś soda, jakiś dżus, byle rolowania nie ująć nigdzie.

          • Dobra, to zróbmy tak. Ty będziesz kreatorem mojego wizerunku, a ja będę się sprzedawał. Przygotuję się mentalnie i jedziemy z tym koksem.

          • Brzmi jak plan. Resztę obgadamy już drogą prywatną.

  • Od kiedy life to życie, a stylów jest tyle, ilu luda… po prostu nie każdy styl jest dobry (choć definicja stylu i stylowości raczej nie zakłada, że styl może być zły), tak mamy różne lifestyle i niekoniecznie stylowe.

    • Magda, właśnie. Gdzie wrzuciłabyś swojego bloga? W jaką kategorię (gdybyś musiała, bo przecież nie musisz)?

      • Pytanie ciężkie. Myślę, że byłoby to gdzieś na pograniczu ‚sranie w banie’ i psychologii niestosowanej…

        • A ja się założę o wizytę u dentysty, że wrzucają Cię w lifestyle. Może chcesz dołączyć do thinkstylowców? :)

  • Blog lifestylowy to nic innego jak ładna nazwa dla internetowych pamiętników pisanych przez nastolatki lata temu, z których wszyscy się śmieją. Ot co!

    • Choć nie do końca się zgadzam, coś w tym jest.

      • No tak, w końcu lifestyle jest profesjonalny i na nim trzaska się kasę, a na pamiętnikach to tak nie bardzo. No chyba, że jest się fejmem pokroju C. Wurst. Jego pamiętnik byłby wiele wart ;)

  • coś w tym jest. taki paradoks, że dużo blogów lajfstajlowych nie ma żadnego stylu. lifestyle trochę stracił na wartości przez to, że kojarzony jest bardziej ze zdjęciami jedzenia i szeroko pojętych ‚stylizacji’.

    mój blog opisałam już na wejściu jak bardziej życiowy niż życiowostylowy, ale też od czasu do czasu miewam takie myśli, czy nie poszerzyć jego tematyki, bo, no właśnie, tak jak pisze Agnieszka poniżej; ludzi wielu nie itnteresuje czyjś światopogląd. jednak mimo wszystko czuję, że nie potrafiłabym pisać o takich trywialnych sprawach (choć nie wiem, czy treści przeze mnie dotychczas poruszane są bardziej wartościowe dla niektórych). w kazdym razie czuję, że lifestyle, o którym mówisz – często trochę wymuszony, jest po prostu nijaki. w tej kwestii zdecydowanie zgadzam się z Twoją opinią.

    pozdrawiam!

    • Kiedy mnie akurat wydaje się, że mówienie o sobie do siebie jakby jest trochę bez sensu. Właśnie o różnicach światopoglądowych się rozmawia (wbrew hasłu „o gustach się nie dyskutuje”, które dla mnie osobiście jest bzdurną dyplomacją powtarzaną z dziada pradziada), a żeby takie znaleźć, należy je łuskać. Blog jest świetną formą do wyrażania opinii i dlatego uważam, że to właśnie o światopoglądzie się na nim pisze. Są też blogi tematyczne skupiające się na temacie, a nie osobie blogera. Im z kolei bliżej już nieco do dziennikarstwa, choć nie w prostej linii.

      Podsumowując – ludzi otwartych interesuje światopogląd innych, dzięki czemu mogą skonfrontować lub zrewidować swój własny. Nie rozmawiamy o sprawach ważnych, bo takie rezerwujemy dla szkół, kościołów, mediów, publicystyki w ogóle i… polityków. W zamian za to podniecamy się bluzeczkami, wyjazdami za granicę (nie poznawaniem obcej kultury, bo to cenna sprawa, tylko zwykłym chwaleniem się, gdzie to ja nie byłem) czy nowymi butami. Taki lajf nie ma stylu. Z taką przytumanioną nieco Polską staram się polemizować.

      • Mnie interesuje światopogląd innych, ale pod warunkiem, że są to osoby, z którymi mam jakieś relacje… Dlatego o światopoglądzie i poważnych sprawach wolę rozmawiać ze znajomymi, a opinie zupełnie obcych mi osób, o których nic nie wiem interesują mnie w znacznie mniejszym stopniu. Po prostu – czas, który poświęciłabym na czytanie opinii zupełnie obcych ludzi wolę poświęcić na spotkanie ze znajomymi i dyskusję o ich światopoglądzie.
        Nie mam natomiast w moim otoczeniu osób, które inspirują mnie pod względem rozwoju zawodowego czy zdrowego stylu życia i tego szukam na blogach.

        Ja też czasami ze zdziwieniem patrzę jak to możliwe, że ludzi interesuje wpis o jednym tuszu do rzęs czy video relacja z szykowania się do sklepu po bułki. To dla mnie szokujące, ale z drugiej strony… To też znajduje odbiorców. To w sumie dobrze, że ludzie są tak różni i nie dla każdego jedyną słuszną drogą jest pisanie o światopoglądzie i bardzo poważnych sprawach ;) pozwól żyć tej przytumanionej Polsce, widocznie ma inne potrzeby niż ty. Jej prawo ;)

        • Mam taką małą prośbę do Ciebie – możesz wpadać częściej do komentarzy u mnie? Jakoś czuję, że moglibyśmy spokojnie i bez żadnego stresu popolemizować o światopoglądzie :)

          Spójrz na to z innej strony. Ludzie z Internetu to też ludzie. Ja sieć wykorzystuję właśnie do nawiązywania różnych kontaktów – używam jej jak narzędzia. Blog też jest swego rodzaju młotkiem, którym walę w odpowiednie gwoździe. Ja z kolei nie mam zbyt wielu znajomych, z którymi mogę swobodnie rozmawiać o światopoglądzie. Ba! Więcej mam takich, co chcą być fit (choć im nie wychodzi, heheh) i pieprzą jak najęci o tym zdrowym odżywianiu i siłkach, jakby to była jakaś religia.

          Daleki jestem od mówienia innym, co mają robić i jak żyć. Czasem mentorzę i stąd krzywdząca łatka „wszechwiedzącego”, któremu się w rzyci poprzewracało. Zdążyłem się już przyzwyczaić. Taki mój lajfstajl. Jeśli „pospacerujesz” po moim blogu, sama stwierdzisz, że podejmowane tutaj tematy nie zawsze są hiper-poważne. Chcę tylko, by zawsze reprezentowały odpowiednio wysoki poziom, który odstraszy tych, których mi tu nie potrzeba. Zasada jest przecież prosta. Jaki blog, tacy Czytelnicy. Jeśli będę pisał o pomadkach i bluzeczkach, trafi do mnie stado osób, które tylko tym się interesują. Nie odbieram im prawa do bycia pomadkowo-bluzeczkową młodzieżą. Niech sobie będą, ale ja poszukuję innych Czytelników. Tych, którzy nie mają problemu z kupieniem bluzeczki i pomadki, a te czynności traktują jak codzienność, a w życiu szukają czegoś więcej niż dobra materialne.

          Piszę dla takich, którym nie jest wszystko jedno, którzy mają swoje zdanie, którzy chcą siebie kształtować i umieją nawiązać dialog zawsze tam, gdzie rodzi się konflikt. Lubię buntowników, ale z powodem do buntu. Szukam wreszcie tych, którzy ze mną będą chcieli zmieniać nasze małe światy, rozpoczynając od tworzenia relacji.

          Matko, ale patetycznie wyszło :)

          • Dziękuję za zaproszenie :) ale nie jestem tu pierwszy raz, lajkuję Twój profil na FB, więc wpadam kiedy jakaś zapowiedź wpisu mnie zainteresuje :) bo to też nie jest tak, że zawsze mówię NIE postom światopoglądowym.
            I zgadzam się też, że określenie „lifestyle” jest trochę niefortunnie używane w odniesieniu do blogów takich jak Twój. Tak samo blogiem lifestylowym nie jest dla mnie blog kosmetyczny czy modowy, gdzie faktycznie poruszane są takie „problemy” jak dobór pomadki do sukienki czy odwrotnie.
            Bronię tylko swojej definicji lajfstajlu, czyli tej części blogosfery, która poprzez pokazywanie swojego stylu (czy też trybu ;)) życia inspiruje innych do pozytywnych zmian. Dla mnie to, że ktoś pod wpływem mojego bloga zaczął czytać składy kupowanych produktów spożywczych albo kupił rolki to jest duża wartość, dlatego nie zgadzam się z opinią, że lifestyle to tylko pierdzielenie o bluzeczkach, barłogach czy innej dupie Maryni ;)

          • Dlatego Twoja definicja lajfstajlu mi się podoba. Sama podkreślasz, że jego jakość wynika z wartości (w Twoim przypadku – inspiracja). O niczym innym nie marzę, by większość była inspirująca w mądry sposób. Boli mnie właśnie to, że to niestety mniejszość. Dla prawdziwych lajfstajlowców to akurat dobrze. Będą mogli stworzyć unikalne miejsca w sieci, które w krótkim czasie mogą stać się popularne.
            Nie zmienia to faktu, że na razie w Polsce raczkujemy w temacie.

  • Dlatego często trafia mnie szlag gdy ktoś mówi o moim Chaosie per „blog lifestylowy”.
    Lubię mówić o sobie (ale Ciebie i kilku innych również mam też mam w tej kategorii), że piszę blog THINKstylowy. I sama osobiście preferuję takie czytać. Po prostu bardziej interesuje mnie co ludzie mają w głowach, nie w szafach, lodówkach i walizkach.

    • Thinkstyle – to jest to! :D

      • Hehe, chyba znalazłeś odpowiedź :) Może być jeszcze diestyle, ale jeszcze młodyś :D

        • Diestyle’em zajmuje się Wkurzony i nie będę mu w szkodę wchodził ;)

  • O, to o mnie. Mogłeś chociaż podlinkować. Dla czytelników -> na Więcej Luzu znajdziecie wpis „o barłogu na łóżku hotelowym”.

    A tak na serio – spójrz na blogosferę. Bez problemu znajdziesz ludzi, dla których lifestyle znaczy zupełnie coś innego. Są ci, którzy piszą o strasznie głębokich sprawach natury mentalnej, są Ci, którzy sprzedają swój styl ubierania się, ale masz też tych, którzy lubią pośmieszkować, napisać coś totalnie z czapy, pokazać część swojego NORMALNEGO życia. Nie trzeba błyszczeć, żeby prezentować swój styl życia. Zauważ, że czytelnicy/widzowie często utożsamiają się ze swoimi ulubionymi blogerami nawet, jeśli są tak zwyczajni, jak Ty i ja. Naprawdę, czasami nie trzeba doszukiwać się bardzo głębokiego sensu wpisów, bo może nie mają takie być. Mój miał być absurdalny, miał być tani, bzdurny. I taki jest.

    A teraz coś całkiem z czapy -> jesteś kolejną osobą z Krakowa, która strasznie głośno próbuje analizować czyjeś zachowania tak, jakby nie można było tego zwyczajnie olać i skupić się na robieniu własnych, niewątpliwie fajnych rzeczy. Zamiast głośno myśleć na temat innych ludzi, ich błędów i głupoty (pozdrawiam) lepiej skupić się na sobie. Naprawdę. Nie wiem, czy to specyfika Krakusów, ale spotykam się z tym już któryś raz.

    A teraz coś ode mnie – niewątpliwie, nie wiesz, co to lifestyle. I chyba nie musisz wiedzieć, bo plasujesz się w tej części blogosfery, która wie, czego chce. I tu powinieneś zostać, a nie tracić czasu na analizę cudzego pokoju w hotelu. Więcej luzu, naprawdę.

    Pozdro stary, keep on good work! ;)

    • Dzięki za komentarz, Krzychu. Fakt, Twój barłóg był pociągnięciem za spust. Jakby to napisać… Po prostu lubię analizować i nie zależy to od demografii, bo przecież jestem ze Stalowej Woli, czyli Krakus tzw. napływowy, słoik-master. Czy robię to głośno? Jeśli coś jest zjawiskiem, które nie dotyczy tylko jednostki, to warto o tym pisać. Zresztą, na Muszkieter.in piszę o społeczeństwie, więc wszystko gra. Jestem po części społecznikiem i lubię poprawiać, zmieniać, krytykować, ale i chwalić swych pobratymców. Nie jest to przecież tożsame z brakiem dbałości o własne sprawy. Nie przeceniaj też siebie za bardzo, bo Twój pokój w hotelu to zaledwie kropla w morzu tego naszego polskiego, blogerskiego, nijakiego lifestyle’u.
      Wiesz, co w tym wszystkim jest najgorsze? Że mnie też kwalifikują do lifestyle’u. Może powinienem wymyślić jakąś nową kategorię typu moralstyle, krakstyle (vide głośne analizy :D), blogstyle, klimstyle :)

      Nie bój nic, jestem wyluzowany w sprawach, w których powinienem być wyluzowany, ale za troskę – dzięki!

    • Ale… ale… Muszkieter nie jest zwyczajny :)

  • Hmm… Ja uważam swój blog za lifestylowy, a nie uważam aby był o niczym i nie zawierał wartościowych treści. Może dlatego nie poczułam się urażona twoim wpisem, bo mam nieco inną definicję lifestyle’u ;). Dla mnie blogi, które poruszają kwestie wspomnianego przez Ciebie barłogu na łóżku hotelowym to blogi o niczym i ja na takie zwyczajnie nie wchodzę. Czytam tylko blogi, które mogą mnie do czegoś zainspirować, które mogą w jakiś sposób ubarwić moją rzeczywistość, podsunąć mi ciekawy pomysł, pokazać mi, że coś można zrobić inaczej – ciekawiej, atrakcyjniej, lepiej… Nie interesują mnie zbytnio blogi światopoglądowe, bo czyjaś opinia na jakiś temat niewiele wnosi do mojego życia. Przeczytam i zapomnę. Dla mnie życie może mieć swój styl. Inny styl życia prowadzi freelancer, inny osoba pracująca na etacie a jeszcze inny mama zajmująca się dziećmi. Inny styl życia reprezentują miłośnicy rękodzieła, a zupełnie inni fani podróży. To wszystko jest dla mnie stylem życia i uważam, że to bardzo inspirujące rzeczy.
    Co do zainteresowania blogosferą lifestylową przez reklamodawców – ani trochę mnie to nie dziwi. Jeśli choć na chwilę przyjmiesz moją definicję blogów lifestylowych – zrozumiesz dlaczego :). Prawdziwy, fajny „lifestyle” inspiruje. A tego oczekują reklamodawcy – aby bloger inspirował swoich czytelników (piszę z perspektywy nie tylko blogera, ale i osoby zawodowo zajmującej się marketingiem wykorzystującym nowe media).
    Pozdrawiam :)

    • Dzięki za komentarz. Z tej perspektywy rzeczywiście dużo lepiej wygląda ten cały lifestyle :) Porównywane przez Ciebie style kojarzą mi się znowuż z „trybem”, który nie brzmi już tak nośnie.
      Sama podkreślasz – inspiracja, motywacja, ubarwienie, pomysłowość, atrakcja. Czy one wszystkie mają związek ze stylem życia? Niekoniecznie, ale na pewno są wyjątkowe i takiego lifestyle’u brakuje w blogosferze. To znaczy jest, ale stanowczo za mało.

    • „Czytam tylko blogi, które mogą mnie do czegoś zainspirować, które mogą w jakiś sposób ubarwić moją rzeczywistość, podsunąć mi ciekawy pomysł, pokazać mi, że coś można zrobić inaczej – ciekawiej, atrakcyjniej, lepiej…” – mam dokładnie takie samo podejście. W tym kontekście cieszę się bardzo, że do siebie wpadamy.
      Zastanawiam się nad tym lifestylem, trudno mi stwierdzić, że mój blog jest taki.
      Natomiast jeśli chodzi o „blogi o niczym”, to bardziej niż nad ich autorami zastanawiam się nad czytelnikami. Bo przecież skądś się biorą te statystyki i dziesiątki w większości pustych komentarzy. Ale jeśli ktoś czyta albo pisze np. w Grazii, Vivie albo czymś innym, nie mówimy, że coś jest z nim nie tak albo że głupio robi. Chociaż za każdy rodzaj lektury tak naprawdę człowiek płaci jednym – czasem. Stąd, wracając do blogów, kilka razy zastanawiam się, czy dodawać blog do czytnika, czy też nie.