Czy bycie outsiderem to wybór?

Czy bycie outsiderem to wybór?

Wróciłem właśnie ze spotkania #OMGKRK Summer Jam i nie mogę od razu pójść spać, bo mnóstwo myśli wiruje mi pod czachą. Byłem już na kilku spotkaniach „tego rodzaju”, ale to okazało się nieco inne.

Nie chcę skupiać się na samym spotkaniu, bo poszedłem na nie tylko dlatego, że Rita mnie wyciągnęła. Nie miałem żadnej motywacji, aby ruszyć się z domu. Za to wiedziałem, że na miejscu będzie Konrad z Halo Ziemia, z którym ostatnio burzliwie dyskutowałem o narzekaniu. Nadarzyła się okazja, aby skonfrontować virtual z realem, więc grzechem byłoby nie skorzystać.

Jak zawsze na takich spotkaniach, można skupić się na pierdołach i dyskutować o niczym. Można też załatwić parę interesów, wymienić wizytówki i postarać się być zauważonym. Poniekąd po to te spędy są. Ja na ten moment tego nie potrzebuję. Szukałem ciekawych rozmów, interesujących tematów i ludzi chętnie zajmujących stanowisko w dyskusji. Znalazłem i dlatego tak bardzo się cieszę.

Dzięki Konradowi, tattwie i Ricie mój świat stał się nieco bogatszy. Rozmawiać przez kilka godzin i nie móc się nagadać, wchodząc sobie co rusz w zdanie (bo jest przecież tak wiele do powiedzenia), to znak, że mam do czynienia z ludźmi z „mojej bajki”.

„Czym jest ta Twoja bajka, Muszkieter?” – rozmyślałem wracając Słoniem do domu. Wiem, ten mój filozoficzny ton, nieraz odbierany jako autorytarny i nieznoszący sprzeciwu sznyt, bywa męczący dla innych. Czy dla Was, Czytelników – nie wiem. Ciągle tu wracacie i dajecie znać o sobie, jednocześnie podnosząc kąciki moich ust i składając je w uśmiech. Dziękuję. Nie chcę jednak traktować Was jako wyznacznik czy to, co wyprawiam na Muszkieter.in jest coś warte. Miary ilościowe potrafią być zgubne w sytuacji, gdy najważniejszy jest charakter i rzeczywista wartość do zaoferowania. Rozmyślam na ile daję, na ile odbieram i nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Zdaje się, że jestem gdzieś po środku, jakby trochę na bezludnej wyspie, umieszczonej pomiędzy wielkim światem blogosfery a światem realnym. Czerpię z Was. Daję z siebie.

Dziś czuję się lekko ogołocony, ale i spełniony. Pozwoliłem się ocenić na żywo. Dałem zgodę na parę gorzkich słów, choć powiedzianych na (niby) luźnym spotkaniu i z lekkim uśmiechem na twarzy. Trudno oddać ten stan słowami, ale to cios prosto w ryj, o który sam się prosiłem, zadany bez ostrzeżenia. Poprzez trudne pytania, niełatwe tematy i szukanie dziury w całym.

Jestem za to ogromnie wdzięczny. To trochę jak odkrywanie siebie na nowo. Przeglądanie się w lustrach oczu osób, które Cię otaczają i nie chcą nic od Ciebie, ale z ostrożnego dystansu patrzą, oceniają, analizują. Nagle pada komenda: Cel! Pal! Pocisk został wystrzelony.

Groźnie brzmi, ale uwielbiam takie konfrontacje. To najwspanialsza rzecz, jaką mogą dać sobie ludzie, którzy chcą się poznać. Nikt nie wychodzi ranny z takiego polowania. Co najwyżej dochodzi do siebie nad ranem, a wszystkie czynniki razem wzięte sprzyjają refleksji. W tą zawsze chętnie się zanurzam.

Uświadomiłem sobie, że przez bycie trochę na skraju, trochę z dala, trochę z boku – stałem się outsiderem. Nie z wyboru, nie do końca świadomie. Tak po prostu. Czy chcę to zmieniać? Na ten moment nie wiem, bo nie czas na takie decyzje. Już nieraz znalazłem się w podobnej pozycji i za każdym razem ów punkt wskazuje mi drugi człowiek. Damian, zastanów się – mówi do mnie. Szczerze, bez złośliwości, bez emocji. Więc mielę, wałkuję, rozkładam na części i dochodzę do tych samych wniosków.

Nigdy nie wybierałem tego, że lubię się odciąć od innych. Kocham ludzi i oni są mi potrzebni do życia. Ubóstwiam pławienie się w głębinach rozmyślań i czasem boję się, że z takich wycieczek trudno mnie ściągnąć do świta żywych. Wiem, że tego nie wybieram, bo to dzieje się samo. Pośród tłumu z automatu staję się jak odrębny byt. Osamotniony, nie uczuciowo, ale tak jakby duchowo. Gdzieś daleko na Księżycu właśnie wylądowały moje myśli i akurat teraz nie potrafię się z nimi skomunikować. Życie toczy się dalej. Mijają mnie chwile, z których nie potrafię skorzystać w pełni. A przestrzeń woła.

Jestem outsiderem, po trosze buntownikiem, ale nie z wyboru. Również nie bez wyboru. Świadomość niczego nie zmienia, poza zrozumieniem mechanizmów, które uruchamiają całą machinę. Bycie w środku i bycie obok, prawie jak rozdwojenie jaźni, to najsilniejsza część mnie. Czy powinienem to leczyć? Nie sądzę, bo jak można wyleczyć się z siebie. Co najwyżej poprawić kontrolę emocji i działań. Bycie outsiderem często mi nie odpowiada, ale wchodzę w tę rolę zupełnie mimowolnie. Czasem nawet nie chciałbym tego robić, ale to (póki co) silniejsze ode mnie.

Nie chcę tego zmieniać. Chcę na to wpływać, bo bycie outsiderem to nie jest wybór. Jak już jestem, jaki jestem, to przynajmniej rozumiem, dlaczego zdarza mi się nie chcieć być sobą. Niesłychanie zabawna obserwacja, która zawiedzie mnie gdzieś. Nie wiem jeszcze gdzie, ale czuję, że będzie inaczej i to kolejny etap zmian.

Dziękuję wszystkim Dobrym Duchom i Dobrym Rozmówcom. Dziękuję niezmiennie Wam, którzy doczytaliście do tego momentu. To nie jest dla mnie łatwy tekst, może nawet nie jest do końca spójny, ale właśnie taki chciałem napisać.

Od serca, po mojemu.

photo credit: twm1340 via photopin cc
Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Ana

    Też uwielbiam ludzi, lubię spędzać z nimi czas, słuchać, dyskutować bez końca, ale lubię też towarzystwo tylko i wyłącznie swoich własnych myśli. Bywa, że przez to w pewnych sytuacjach nie potrafię odnaleźć się w jakimś towarzystwie i wtedy mi takie odchodzenie na bok nie odpowiada. I bardzo sobie cenię, gdy ktoś szczerze, niezłośliwie ściąga mnie na ziemię.

    • Każdy z nas potrzebuje chwili dla siebie, gorzej właśnie, gdy włącza się ona w towarzystwie, bo jakby nie było po to się spotyka z innymi ludźmi, aby poświęcić im trochę czasu.
      Jeśli nie odpowiada Ci towarzystwo, to je zmień – często się tak mówi, ale to też nie jest do końca wyjście w sytuacji, gdy dyplomatycznie wypada, abyś w nim trwała. Na dłuższą metę oczywiście – trzeba zmienić klimat, skoro się w nim nie odnajdujemy. Niemniej nieraz warto dać innym szansę na przekonanie do siebie, bo… niektórzy zyskują dopiero przy bliższym poznaniu :)

      • Ana

        Na szczęście, takie „wyoutowanie” w towarzystwie praktycznie mi się nie zdarza. Częściej chyba zdarzają się są sytuacje, że boję się, że nieznane mi towarzystwo, w które wejść muszę, bo np. jadę na wyjazd służbowy, samo mnie wyoutuje, bo doskonale wiem, że zwykle przy pierwszym kontakcie w jakiś tam sposób się dystansuję i to jest silniejsze ode mnie.

        Ale co do tego, że ludzie zyskują przy bliższym poznaniu – jak wiele jest w tym prawdy! Moją aktualnie chyba najlepszą koleżankę ze studiów traktowałam z dystansem, bo jej nie znałam poza wspólnym lektoratem i niezbyt przychylnymi opiniami naszych wspólnych znajomych, którzy znali ją nieco lepiej choćby ze względu na przebywanie w jednej grupie na studiach – na zajęciach i poza nimi. Ale gdy zdarzyło się tak, że miałam okazję poznać ją bliżej, pierwsze wrażenia (i zasłyszane opinie) okazały się tak bardzo krzywdzące, że aż było mi wstyd. A nie poznałam się na osobie, z którą dzieliłam pokój przez dwa lata, a okazała się – ładnie to ujmująć – świetną bajkopisarką. Zatem ja akurat jestem z tych osób, które dają drugą szansę, bo ich tego życie nauczyło :)

  • Wiesz, jak jest: wolę mówić wprost niż unikać tematu. Na żywo łatwiej coś wyjaśnić tak, żeby nie ryzykować niedopowiedzeń. Sama wolę usłyszeć prawdę, nawet jeśli czasami jest to lekki policzek, niż trwać w samozadowoleniu – może czasami przesadzam i jestem zbyt bezpośrednia, ale koniec końców przynajmniej nie mogę sobie zarzucić, że nie byłam szczera.
    Chyba o to chodzi – traktować innych tak, jak samemu chce się być traktowanym. Szczerze. Uczciwie. To ważniejsze niż kurtuazja.

    Dzięki za ten wieczór :)

    • Gdybyś nie była taka, jaka jesteś, nie mielibyśmy o czym rozmawiać. Kurtuazję stosuję wobec ludzi, na których mi kompletnie nie zależy, których nie znam i siłą rzeczy nie mogę okazać szacunku, poza elementarnym poszanowaniem dla innej jednostki.

      Lubię bezpośredniość i za nią Ci właśnie dziękuję.

  • Jak motyl i skafander, wyłoniłeś się z tej poczwarki. :) Taki kubeł zimnej wody czasem jest przydatny. Dobrze gdy człowiek znajdzie odpowiedniego rozmówcę, nagle wiele rzeczy się wyjaśnia.