Brakuje mi kultury

Brakuje mi kultury

Budzę się z zimo­we­go letar­gu, jak wszyst­ko teraz wokół. Pla­ne­ty nadal krą­żą wokół Słoń­ca, Zie­mia się krę­ci, a mnie bra­ku­je kul­tu­ry.

Chwa­li­łem już kie­dyś arty­stów. Dziś chciał­bym pochwa­lić Kra­ków. Nie odwie­dza­łem go nie­mal 3 mie­sią­ce i bar­dzo stę­sk­ni­łem się za tymi ulicz­ka­mi tęt­nią­cy­mi życiem, Ada­siem na Ryn­ku Głów­nym, któ­ry jest cały w pta­sich plot­kach, za obwa­rzan­kiem, któ­ry nigdzie nie sma­ku­je tak dobrze jak tu, choć żaden z nie­go sma­ko­łyk. Za Amba­sa­dą Śle­dzia, w któ­rej wypi­łem nie­jed­no piw­ko i prze­dys­ku­to­wa­łem pół życia z Janu­sza­mi Fut­bo­lu.

Ewi­dent­nie bra­ku­je mi kul­tu­ry, tej nie­ko­niecz­nie wyra­ża­nej wprost. Zamglo­nej nie­co smo­giem, lek­ko nie­trzeź­wej i takiej mojej. Sta­lo­wa Wola, z któ­rej pocho­dzę nie ma tego, co ma Kra­ków. Jakie­goś dziw­ne­go ser­ca, któ­re bije za każ­dym razem moc­niej, gdy idę spo­koj­nie po Brac­kiej, na któ­rej wca­le nie pada deszcz (czyż­by Grze­gorz Tur­nau kła­mał?). Magia, ot, magia.

Szybkie życie

Teraz, gdy jesz­cze mam wol­ne dni i popo­łu­dnia, roz­sma­ko­wu­ję się w kawie i świę­tym spo­ko­ju. Nigdzie się nie spie­szę i zauwa­żam to, cze­go zazwy­czaj nie widać gołym okiem. Puls mia­sta, w któ­rym się nie uro­dzi­łem, ale któ­re mnie wycho­wa­ło. Czy jestem kul­tu­ral­ny albo cho­ciaż zwią­za­ny z kul­tu­rą? Nie widzę tego jasno, ale jestem pew­ny, że ta kra­kow­ska kamie­nicz­ka, obok któ­rej prze­cho­dzę na pew­no ma swo­ją dzi­ką histo­rię. Gdy jeż­dżę MPK też mam swo­je Dzi­kie Histo­rie i może kie­dyś doro­bię się kamie­ni­cy z histo­rią wła­śnie. Może uda mi się napi­sać naj­lep­szy musz­kie­cin wła­śnie pośród zim­nych kamie­nicz­nych ścian, pośród któ­rych zawsze rodzi się coś nie­sa­mo­wi­te­go i nie­po­wta­rzal­ne­go. Ze zwy­kło­ści dnia codzien­ne­go, z roz­mów z ludź­mi, któ­rym nie jest wszyst­ko jed­no. Dzię­ki thin­sty­low­com, któ­rzy nawet nie wie­dzą, że upra­wia­ją wła­śnie mój think­sty­le. Poja­wia się w tym uczu­ciu jakaś tajem­ni­ca, któ­ra choć odkry­ta, cią­gle nęci i chwy­ta za ser­ce. Tak się czu­ję, że duszę mam ze Sta­lo­wej Woli, a ser­ce w Kra­ko­wie. Gdy­bym miał wybrać życie gdzieś, na pew­no Kra­ków był­by moim nume­rem jeden. Przy­jął mnie pod swo­je skrzy­dła i pozwo­lił roz­wi­nąć wła­sne. Tutaj mogę robić rze­czy sza­lo­ne, któ­re gdzie indziej ode­bra­ne były­by jako nie­zdro­we pod­nie­ty. Tutaj czu­ję wol­ność, odmie­nia­ną przez przy­pad­ki na każ­dym kro­ku. Tu też widzę ludzi weso­łych, któ­rzy chcą wię­cej od życia, niż tyl­ko prze­we­ge­to­wać je z peł­ny­mi od pie­nię­dzy, kie­sze­nia­mi.

Tutaj jestem sobą, choć bra­ku­je mi kul­tu­ry. Tutaj mogę być, choć za wie­le nie mam, bo w sumie po co. Wystar­czy mi być, wte­dy mam tak napraw­dę wszyst­ko. Życie, swo­je życie.