Będzie, co ma być

Nie jestem fanatycznym katolikiem, ale w najtrudniejszych momentach życiowych szukam pomocy w Biblii. Znajduję tam czasem słowa, które odpowiadają na moje pytania lub przynajmniej są wskazówką.

Dla Rity.

Cytat, który stał się inspiracją do napisania tego tekstu brzmi uniwersalnie: Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy”.

Często zapominam zamartwiając się o jutro o tej prawdzie. Mówimy „carpe diem”, żyj chwilą, a ja niestety nie zawsze potrafię. Takim jestem już skundlonym przypadkiem, że ciągle, mimowolnie nawet, dokonuję analizy tego, co się może wypieprzyć. Nie ma sensu, abym walczył ze swoją naturą, ale dobrze byłoby przynajmniej, abym postarał się ją oswoić i wykorzystać potencjał.

I tu zaczyna się właśnie jazda, bo jak wykorzystać uwagi do życia, otoczenia, pracy czy czegokolwiek, czynione przez kogoś, kto non-stop jest w opozycji, non-stop malkontenci, non-stop szuka dziury w całym. Przecież narzekaczy jest całe mnóstwo wokół nas, ale ja jestem przypadkiem szczególnym, ponieważ moje czarnowidztwo jest podyktowane faktami, doświadczeniami i podparte argumentami.

Dziś nie wdaję się już w dyskusje, z których wynika, że narzekam. Dziś chcę powiedzieć, że da się twórczo wykorzystać swoje cechy, z którymi stabloidyzowany, kolorowy, nie znający bólu, cierpienia i trosk świat zdaje się walczyć.

Do czego taki dziurosearcher się przydaje? Jest jak saper na polu minowym – nie daje sobie zgody na pomyłki i jest bardzo ostrożny. Raczej nie zagra w ruletkę, bo to za duże ryzyko. Raczej nie będzie chwalił niedoskonałego, a że idealnych rzeczy jest mało – to niewiele komplementów pada z jego ust. Świetnie sprawdzi się w testowaniu wszystkiego, co wymaga poprawek, co ma być doskonałe, bo tylko on właśnie jest w stanie do tej doskonałości dążyć. Nie zadowala się byle czym, poszukując wersji ostatecznej, najlepszej. Perfekcja jego żoną, niezależność kochanką, kłopoty z komunikacją – jego dziećmi. Na szczęście stać go na alimenty (tj. rezygnację z wychowywania niektórych dzieci), bo zazwyczaj, gdy się za coś bierze – robi to do końca, do imentu, a gorycz porażek wypija do dna, krzywiąc się lekko, jakby zjadł plaster cytryny.

Gdyby tak doprawić takiego osobnika szczyptą humoru, to wyjdzie całkiem sympatyczny człowiek, którego da się lubić i kochać nawet, ale za cenę akceptacji jego dziwactw.

Piękni 30-letni

Jestem facetem po 30. Można więc powiedzieć, że swoje już wiem, bo nie jestem 20-letnim młokosem, który wchodzi w świat ani przesadnie doświadczonym 50-latkiem, którego niewiele zdziwi. Taki dojrzały, ale jeszcze młody egzemplarz. Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo cieszę się, że jestem w tym wieku i mam niesamowitą świadomość swoich możliwości. Na marginesie – dowiaduję się też o jego ograniczeniach, ale daruję sobie utyskiwanie o tym, że muszę spać dłużej, używać pumeksu i od czasu do czasu przejść się do lekarza na przegląd techniczny.

Wiek to wspaniały, naprawdę. Zacząłem jednak wpadać w dziwny kołowrót myśli, że łomatkobosko, jest już za późno na robienie różnych dzikich rzeczy i przeżywanie przygód, a teraz moim jedynym celem jest branie na siebie odpowiedzialności za komórkę rodzinną oraz przeżywanie w trudzie i znoju problemów codzienności. I to wszystko dopiero uszlachetnia mój byt.

Nagle poczułem jak z młodego człowieka staję się stetryczałym mentalnie facetem, z piwnym brzuszkiem, pilotem TV, żoną w papilotach i mnóstwem rachunków do zapłacenia.

STOP!

Nie chcę tak żyć, nie chcę taki być. To nie mój świat i nie model, do którego dążę. Pierwszą myślą był opór i gniew, ale później zgoda, że niestety taka moja rola. I nacisk na samego siebie, który powodował wrzenie mojej osobowości uwielbiającej wolność, a nie niewolniczy kierat.

Trwałem sobie tak w poczuciu realizacji misji, która nie jest moją. Robiłem wszystko, aby stać się tym, kim nie chciałem być. To znaczy ostatecznie chcę mieć rodzinę i zanurzyć się w obowiązkach z nią związanych, ale nie oznacza to, że muszę rezygnować z siebie.

Acha! – druga myśl zakołatała do mojej głowy: zapomniałeś o głaskaniu siebie! O robieniu czegoś tylko dla siebie. O zadbaniu o swoje mizerne, wygłodzone samopoczucie. O zrobienie czegoś głupiego, co sprawia tę najprostszą, nietrwałą chwilę radości. Tę ludzką, przyziemną, ale przyjemną stronę życia. Zwyczajność, na którą „bohaterowie” nie dają sobie zgody.

Nie jestem „bohaterem”. To już wiem :)

Będzie to, co musi być

Śpiewam sobie z Marylą i Uniatowskim: „będzie to, co musi być, wsłuchaj się w pierwotny rytm, zsynchronizuj z Ziemią puls, zdarzeń nie przyspieszy nic”. Tak, chciałem dogonić przyszłość i przejrzeć boski plan, dopaść siebie z przyszłych dni i sprawdzić, czy szczęśliwy ze mnie gość. Biegnąc do tej przyszłość, zapomniałem o teraz. Nawet mój Szef, ten tam na Górze mówi, abym nie martwił się o jutro, bo przecież dzisiaj ma sporo swojej biedy.

Bo to właśnie tak jest, że oczy nie zawsze zwrócone są w kierunku, w którym powinny patrzeć. Ręce wtedy się gubią i nie wiedzą, w co się włożyć. Centrum zarządzania na karku szaleje i zamyka się na urlopie w wariatkowie, a bez niego przecież ani rusz, no chyba, że na poziomie zombiaka. Ale nawet zombiak wie, że trzeba żyć z głową, bo ciągle szepce sobie pod nosem „gdzie jest mózg? gdzie jest mózg?”. Tu i teraz. I wiem, że brzmi to niesamowicie słabo i śmierdzi truizmem, ale nie potrafię inaczej tego wyrazić.

W tym chyba cała tajemnica oczywistości. Będzie, co ma być :)

Pomóż mi dotrzeć do innych. Podaj dalej, jeśli chcesz.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Pin on Pinterest1

Jeśli podoba Ci się muszkiecenie i masz ochotę na więcej...

...zapisz się do Muszklettera! Raz w tygodniu dostaniesz garść informacji związanych z muszkieterskim thinkstajlem (i nie tylko). W każdej chwili możesz zrezygnować, więc subskrybuj bez obaw :)

  • Anna Myśka Grzechowiak

    Dopisuję się do grona trzydziestolatków i dodam dość nieskromnie pewnie, że z każdym rokiem sama siebie lubię coraz bardziej ;-) U siebie też zauważam zwiększoną potrzebę snu dla regeneracji, choć skróconą ilość dziennej energii przypisywałam raczej kiepskiemu odżywianiu i życiu w biegu ;-) Przyjemnie się Pana czyta :-)

    • Ania, dzięki za komentarz. Z tym Panem to przesadzasz, Damian wystarczy, albo Muszkieter – jak wolisz :) A co do lubienia – fajnie, ja też się tego uczę. Dzień w dzień :)