100 notek minęło jak jeden dzień

100 notek minęło jak jeden dzień

Ta not­ka nosi dum­nie nume­rek 100. Moja pierw­sza set­ka tek­stów wca­le nie przy­szła łatwo i przy­jem­nie, a ja jestem prze­ra­żo­ny, gdy myślę o losie kolej­nych.

Wró­ci­łem nie­daw­no z kina i dłu­go myśla­łem, o czym dzi­siaj napi­szę. Mam w gło­wie pust­kę i jestem zdru­zgo­ta­ny. Ja napraw­dę nie wiem co będzie dalej z tym moim blo­go­wa­niem. Sta­wiaj cele, osią­gaj je, walcz - piszą i mówią do mnie wszyst­kie sygna­ły. Rewe­la­cja. Cele mam, tup­tam sobie cały czas do przo­du i napraw­dę nie wiem, co sta­nie się w 2014 roku. Mam swo­je życze­nia (Czas na zmia­ny), ale nie­ustan­nie zasta­na­wiam się, czy uda mi się je speł­nić i Was nie zawieść. Tak, śmiesz­nie to brzmi, ale tak jak Wy macie ocze­ki­wa­nia wzglę­dem mnie, tak i ja ocze­ku­ję od sie­bie kon­se­kwen­cji oraz wytrwa­ło­ści.

Zaczy­naj z wizją koń­ca - przy­po­mi­nam sobie to powie­dze­nie za każ­dym razem, gdy uru­cha­miam jaką­kol­wiek dzia­łal­ność. Blog mnie nie­sa­mo­wi­cie dener­wu­je, bo wiem, że nie mogę tu prze­wi­dzieć nicze­go. Co przy­nie­sie Nowy Rok, na któ­ry tak wszy­scy cze­ka­ją, by już móc uczyć się pisać nową datę zamiast 2013? Nie mam bla­de­go poję­cia i to mnie prze­ra­ża. Nie pój­dę do jasno­wi­dza, aby mnie utwier­dził w swo­ich wymy­słach nt. przy­szło­ści. Nowe, świe­żut­kie 365 dni do dys­po­zy­cji, w cza­sie któ­rych mogę popeł­nić zgod­nie z aktu­al­ną nor­mą ok. 260 wpi­sów. Póki co, nie potra­fię nawet wyobra­zić sobie tej licz­by i masy. Poważ­nie. Czy mi się uda? Znów nie wiem i mnie to drę­czy.

Musz­kie­ter się roz­kle­ja - pomy­ślisz. I dobrze, bo rze­czy­wi­ście tak jest. Czu­ję nie­ma­łą odpo­wie­dzial­ność za to, co dzie­je się tutaj. Z Tobą i z Two­imi myśla­mi pod moim wpły­wem. Świat i ludzie, któ­rych spo­ty­kam (Ty tak­że!) dostar­cza­ją mi nie­usta­ją­cej inspi­ra­cji. Może to komicz­nie zabrzmi, ale tę wenę nale­ży kon­tro­lo­wać. Nie moż­na pozwo­lić jej zawład­nąć całym ja. To było­by cho­re. Blo­go­wa­nie musi stać się Two­im spo­so­bem na życie - co za bul­l­shit. Z wła­sne­go doświad­cze­nia wiem, że pisa­nie tutaj sta­ło się przy­jem­ną męczar­nią. Przy­jem­ną dla­te­go, bo wyrzu­cam z gło­wy kłę­bią­ce się w niej myśli, wszyst­kie - złe, dobre, moty­wu­ją­ce, dołu­ją­ce, no każ­de. Męczar­nią dla­te­go, że każ­da ope­ra­cja na otwar­tym mózgu nie nale­ży do roz­kosz­nych doznań, zwłasz­cza, że wyeks­tra­ho­wa­ne pofrag­men­to­wa­ne myśli trze­ba ubrać w nie­sfer­men­to­wa­ną for­mę. To prze­cież kolej­ne wyzwa­nie, któ­re­mu nale­ży spro­stać i zro­bić to dabest. Jed­nak bez moje­go życia, nie było­by spo­so­bu na blo­go­wa­nie, dla­te­go to życie powin­no być spo­so­bem na blo­go­wa­nie.

Z innej becz­ki. Ambi­cja. Ta prze­je­ba­na ambi­cja. Potra­fi wywin­do­wać Cię wyso­ko i spo­wo­do­wać, że zosta­niesz mistrzem świa­ta, ale z dru­giej stro­ny jest nisz­czy­ciel­ską siłą. Kto jej nie ma? Dokła­da­cze towa­ru w mar­ke­tach i zasu­wa­cze w McDonald's? Oni też mamią się pod­su­wa­ny­mi przez nią marze­nia­mi, bez wyjąt­ku. Ambi­cja jest dro­gą, luk­su­so­wą dziw­ką. Nie sprze­da­je się za fri­ko, a cena jaką trze­ba zapła­cić za jej zaspo­ko­je­nie prze­kra­cza wyobra­że­nie prze­cięt­ne­go zja­da­cza chle­ba. Dla­te­go jest taka nie­bez­piecz­na i jed­no­cze­śnie pięk­na.

Wła­śnie ona nie pozwa­la mi poprze­stać na pierw­szej set­ce tek­stów. W cza­sie, gdy wszy­scy znów życzą sobie naj­lep­sze­go (podob­nie jak w Boże Naro­dze­nie), ja chcę real­ne­go i nama­cal­ne­go. Nie­ra­cjo­nal­nie nie­co jed­nak zro­bię kolej­ny krok w nie­zna­ne. Nie ze stra­chu, ale z cie­ka­wo­ści.

Do siego 2014!

photo credit: *Zephyrance - don't wake me up. via photopin cc